Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz to tylko jedno z czterech nazwisk, które powinny zostać szczególnie uważnie rozważone przez premiera przy podejmowaniu decyzji o rekonstrukcji rządu. Naturalnym kandydatem do podmiany wydawałby się Marcin Kierwiński. Ale w tym przypadku ważny jest wewnątrzpartyjny kontekst.

Wkrótce zacznie się ostatni rok kadencji obecnego Sejmu. Od końca wakacji funkcjonować będziemy w trybie prekampanijnym, a od następnych wakacji — w kampanijnym. Perspektywa przyszłorocznych wyborów będzie teraz najsilniej określać politykę rządu, w tym jego spodziewaną jesienią rekonstrukcję. Donald Tusk potrzebuje bowiem teraz nie tylko ministrów, którzy będą radzili sobie w zarządzaniu swoimi resortami, ale także takich, którzy będą w stanie w coraz bardziej kampanijnych warunkach sprawnie bronić polityki rządu i sprzedawać opinii publicznej jego sukcesy.

Patrząc na te kryteria, kogo należałoby więc wymienić?

Zacznijmy może od tego, kogo premier wymieniać w żadnym wypadku nie powinien. Wskazać tu można przede wszystkim trzech ministrów: Andrzeja Domańskiego, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.

Ta ostatnia budzi kontrowersje, jej współpraca z premierem nie zawsze była łatwa — starli się np. przy okazji mającej ukrócić nadużywanie umów cywilno-prawnych reformy PIP. Ale jest postrzegana przez lewicowy elektorat jako jedyna osoba z Nowej Lewicy w rządzie, która próbuje realizować w nim jakąś minimalnie ambitną lewicową agendę. Jej usunięcie dałoby argument Partii Razem, że w koalicji z Tuskiem żadnej realnie społecznie progresywnej polityki prowadzić się nie da, co mogłoby przekonać część wyborców Nowej Lewicy do przeniesienia poparcia na lewicę opozycyjną.

Z kolei Andrzej Domański od trzech lat jest ministrem odpowiedzialnym za politykę i komunikację rządu w kwestiach gospodarczych, a to właśnie to, czy wyborcy za rok uznają, że dalsze trwanie obecnego rządu będzie, czy nie będzie sprzyjać im osobistemu dobrobytowi, może określić wynik wyborów. Wymiana kluczowego ministra w tym obszarze rok przed wyborami uruchomiłaby pytania o stan gospodarki i finansów państwa, mogłaby zostać odczytana jako przyznanie się rządu do porażki na kluczowym froncie.

Równie ważnym frontem jest ten związany ze sprawami bezpieczeństwa. Tutaj ciężar komunikacji brał na siebie i radził sobie z tym całkiem sprawnie Władysław Kosiniak-Kamysz. Jego wymiana w sytuacji, gdy rząd przedstawia projekt SAFE jako swój wielki sukces, a Kosiniak-Kamysz broni go przed prezydentem, wdając się z nim coraz bardziej publiczny spór, mogłaby być niezrozumiała. Kosiniak-Kamysz jest też ministrem z najlepszymi sondażowymi wskaźnikami zaufania. W lipcowym sondażu CBOS badającym zaufanie do polityków zajął drugie miejsce, wyprzedził go tylko Karol Nawrocki.

Jednocześnie w ostatnim sondażu UCE Research dla Onetu Kosiniak-Kamysz znalazł się w czołówce ministrów, których badani chcieliby wymienić — zajął w tym rankingu czwarte miejsce, jego dymisji domaga się 8,6 proc. badanych. Na wynik ten mogą się jednak składać głównie głosy zadeklarowanych przeciwników rządu, negatywnie oceniających spór ministra obrony z Karolem Nawrockim, a niekoniecznie głosy rozczarowanych wyborców znajdujących się w zasięgu obecnej koalicji.

Także inni ministrowie najczęściej wskazywani przez badanych jako kandydaci do dymisji to politycy budzący najsilniejsze emocje antyrządowego elektoratu. Zajmująca pierwsze miejsce z wynikiem prawie 12 proc. Barbara Nowacka dawno temu stała się dla prawicy symbolem ataku na tradycyjne wartości w szkole i edukacji. Marcina Kierwińskiego opozycja próbowała skleić z aferą Dawida Kacprzyka, bo minister spraw wewnętrznych jest szefem warszawskich struktur KO, oraz aferą z pomocą dla powodzian na Dolnym Śląsku. Jolanta Sobierańska-Grenda tak jak Kosiniak-Kamysz kojarzona jest ze sporem z prezydentem o SAFE. Piąty w rankingu Waldemar Żurek to twarz rozliczeń z PiS.

Jednocześnie przynajmniej trzy przypadki stanowią problem także z punktu widzenia komunikacji z rządowym elektoratem. Nowacka zmobilizowała prawicę, ale nie zaspokoiła przy tym ambicji lewicowo-progresywnej opinii publicznej. Likwidacja zadań domowych budziła wątpliwości także w środowiskach przychylnych rządowi. Za rok ministrze nie będzie łatwo bronić dorobku MEN. Chociaż z drugiej strony w ciągu roku wiele się w resorcie nie zmieni, a Nowacka potrafi być kampanijnie sprawna.

Żurek z początku wydawał się świetną polityczną decyzją, dał nową nadzieję na naprawę wymiaru sprawiedliwości i zmobilizował prorządowy elektorat. Dziś jednak widać, że realnie zmiany i rozliczenia idą znacznie wolniej, niż oczekiwaliby tego wyborcy. Jeśli minister nie ma dobrego pomysłu na ostatni rok kadencji, to być może należałoby pomyśleć także nad nowym otwarciem w Ministerstwie Sprawiedliwości. Chociaż wycofanie się z Żurka byłoby też politycznie kosztowne i trudno wyobrazić sobie kogoś, kto przy wecie prezydenta osiągnie więcej.

Kierwiński powinien obok Kosiniaka-Kamysza budować narrację rządu w obszarze bezpieczeństwa, tymczasem wikła się w kolejne kontrowersje. Komunikacyjnie minister radzi sobie dość słabo, jest jednak kluczową postacią w strukturach partii i na razie jego pozycja ma być bezpieczna. Choć gdyby nie wewnątrzpartyjny kontekst, to właśnie Kierwiński wydawałby się naturalnym kandydatem do rekonstrukcji.

Czwarty taki trudny przypadek to Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Liderka Polski 2050 jako jedna z niewielu członków gabinetu próbuje wnosić w jego prace intelektualny ferment, proponować nową politykę i nowe rozwiązania. Jednocześnie jest w tym politycznie nieskuteczna, a jej spory z koalicjantami sprawiają wrażenia, że obóz rządowy pęka, ciągle się kłóci i zajmuje się głównie sobą. Jej ewentualna wymiana na Szymona Hołownię, o której od jakiegoś czasu spekulują media, mogłaby uspokoić sytuację w rządzie — pod warunkiem, że nie doszłoby przy okazji do utraty większości w Sejmie. Były marszałek Sejmu potrafił być bardzo sprawnie komunikować się z wyborcami. Pytanie, czy po 2025 r. nie zatracił tej zdolności i czy sprawdzi się na trudnym, wymagającym eksperckiej wiedzy stanowisku ministra funduszy.

Te cztery przypadki — Nowacka, Żurek, Kierwiński i Pełczyńska-Nałęcz — powinny zostać szczególnie uważnie przemyślane przez premiera przy rekonstrukcji. Jednocześnie w rządzie mamy szereg ministrów bardzo słabo widocznych komunikacyjnie albo po prostu nieradzących sobie z komunikowaniem działań własnych resortów. Ich wymiana, o ile są sensowni następcy, może tylko pomóc rządzącej koalicji.

Oczywistym przykładem jest ministra klimatu i środowiska Paulina Henning-Kloska. Jej resort w ogóle nie poradził sobie z wytłumaczeniem Polakom, jaki jest sens systemu kaucyjnego, przez co jego percepcję określają prawicowe narracje o tym, jak „rząd robi z ludzi śmieciarzy”. Trudno też uznać, by merytorycznie niebudząca większych zastrzeżeń ministra kultury Marta Cienkowska dobrze radziła sobie z obroną takich pomysłów jak emerytury dla artystów.

Jednocześnie nawet najsprawniejsi komunikacyjnie politycy nie poradzą sobie, jeśli nie będzie czego komunikować. Jeśli rząd nie będzie miał pozytywnych propozycji rozwiązań zmieniających na lepsze życie dużych grup Polaków — jak np. ogłoszone właśnie zmiany w podatkach.

Dziś — także według sondażu UCE Research dla Onetu — tylko niecałe 40 proc. wyborców uważa, że obecna koalicja zasługuje na kolejną kadencję. Nawet wśród wyborców KO wątpliwości ma co dziesiąty wyborca, a wśród wyborców Nowej Lewicy — niewiele mniej niż co trzeci. Same personalne zmiany nie odwrócą tych niekorzystnych dla rządu wskazań.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version