Trudno mieć do Karola Nawrockiego pretensje, że stara się wykorzystywać każdą możliwą okazję do budowania i umacniania relacji z Donaldem Trumpem. Nawet jeśli oznacza to udział wydarzeniu, które wielu uznaje za pozbawiony gustu cyrk. Można mieć za to pretensje, że prezydent Polski na obcej ziemi atakuje premiera i marszałka Sejmu czy mówi, że „sytuacja finansów [jego] państwa jest dramatyczna”.
Tak jak można się było spodziewać, reakcje na galę MMA pod Białym Domem podzieliły się w USA wzdłuż partyjnych linii. Dla przeciwników amerykańskiego prezydenta niedzielne wydarzenia są dowodem upadku rządzonej przez Trumpa Ameryki. W ich interpretacji USA zmieniają się na naszych oczach w „idiokrację” albo imperium rzymskie z czasów swojego zmierzchu i upadku. Dla zwolenników prezydenta gala jest wielkim triumfem Trumpa, dowodem jego genialnego słuchu społecznego i kontaktu z „prawdziwą Ameryką”, o jakim „liberalne elity” mogą tylko marzyć.
Podobnie polaryzująca będzie ocena uczestnictwa Karola Nawrockiego w tym wydarzeniu — do czego znacząco przyczyni się to, co przy okazji wizyty prezydent powiedział na temat polskiego rządu, a zwłaszcza ministra Domańskiego i stanu finansów państwa.
Gala UFC w Białym Domu. 200 proc. Trumpa w Trumpie
Z całą pewnością w niedzielę w nocy zobaczyliśmy sceny, jakich Biały Dom nigdy nie widział. Budynek ikoniczny dla amerykańskiej historii i demokracji stał się tłem brutalnego widowiska, współczesnej walki gladiatorów. Zawodnicy rozgrzewali się ćwicząc kopniaki w Zielonym Salonie, gdzie na ogół podaje się herbatę odwiedzającym Stany państwowym gościom. Po wygraniu walki, jeden z zawodników Josh Hokit, korzystając z chwili globalnej widoczności, oświadczył niepytany przez nikogo „Michelle Obama jest mężczyzną, mam rację Ameryko?”. Rozległ się może nie huraganowy, ale jednak aplauz.
Żaden inny prezydent nie wpadłby nawet na pomysł, by wprowadzić podobną estetykę do Białego Domu. W niedzielnych uroczystościach zobaczyliśmy 200 proc. Trumpa w Trumpie. Było w nich wszystko to, co kocha amerykański prezydent: wielki spektakl, celebracja hipermęskości, brutalna konkurencja, bezpretensjonalna rozrywka odwołująca się do najprostszych gustów, wreszcie kult jego własnej osoby.
To ostatnie było najbardziej problematyczne w wydarzeniach z niedzieli. Gala celebrowała jednocześnie 250. rocznicę deklaracji niepodległości i 80 urodziny Trumpa. Państwowe symbole zostały zawłaszczone dla autocelebracji przywódcy, który nie jest przecież właścicielem Białego Domu, tylko kimś sprawującym nad nim kuratelę w imieniu amerykańskiego narodu. Nie powinien traktować go jak swojego kasyna w Atlantic City. Osobiste święto Trumpa zlało się z obchodami rocznicy, która powinna jednoczyć wszystkich Amerykanów, także tych najbardziej krytycznych wobec amerykańskiego prezydenta.
Prezydent USA Donald Trump w czasie gali UFC przed Białym Domem
Foto: EVAN VUCCI / Reuters
Czy to jest obraz siebie, jaki Ameryka chce przedstawić światu?
Jest oczywiście część Ameryki, która doskonale odnajdzie się w tej estetyce. I demokraci nie powinni patrzeć na nią z góry i dawać jej do zrozumienia, że nie ma dla niej miejsca w szerokiej, demokratycznej koalicji. Jednocześnie, wbrew temu, do czego przekonują nas zwolennicy Trumpa z dumą podający zdjęcia i filmiki z gali w mediach społecznościowych, nie jest to większość Amerykanów.
Opublikowany w piątek sondaż Ipsos dla agencji Reuters pokazywał, że tylko 16 proc. ankietowanych uznało organizację gali UFC przed Białym Domem za właściwe. Przeciwnego zdania było aż 46 proc. badanych, prawie trzykrotnie więcej. Co kluczowe, tylko jeden na trzech wyborców republikanów dobrze oceniał plany organizacji gali — pomysł prezydenta nie zachwycił nawet większości wyborców jego własnej partii.
Trudno się dziwić brakowi entuzjazmu Amerykanów dla prezydenckiej inicjatywy. W amerykańskiej tradycji prezydent ma być sługą narodu, pierwszym obywatelem, a nie stojącym ponad społeczeństwem dyktatorem czy monarchą. Tymczasem cała celebracja z niedzieli sprzeczna jest z taką republikańską tradycją i przywodzi na myśl raczej standardy Azji Środkowej. Monarchie w przeszłości były przynajmniej elementarnie poważne i zdolne do tworzenia aury prawdziwego majestatu. Tymczasem Trump łączy „monarchiczne” ambicje z formą, która przy wszystkich swoich pretensjach jest przede wszystkim jarmarczna.
Mauricio Ruffy rozgrzewa się w Zielonym Saloniku Białego Domu przed walką z Michael Chandler na UFC Freedom 250
Foto: Jacquelyn Martin/Pool / Reuters
Sądząc po reakcjach w mediach społecznościowych, obrazy, jakie zobaczyliśmy w niedzielę pod Białym Domem, niekoniecznie są obrazami, jakie sami Amerykanie chcieliby pokazywać światu. Amerykańska kultura ma znacznie więcej do zaoferowania niż gala UFC, motocross, pokazy lotnicze i inne atrakcje, jakie w poniedziałek Trump zaprezentował pod Białym Domem.
Wielu obserwatorów z całego świata, ogólnie przyjaznych Stanom, od dawna patrzy na to, co Trump robi z międzynarodowym wizerunkiem Stanów z autentycznym przerażeniem. Obchody z niedzieli utwierdzą te uczucia.
Co ugrał Nawrocki?
Jednocześnie na całym świecie znajdują się środowiska ciągle zafascynowane kulturową rewolucją MAGA. W Polsce są one wyjątkowo silne. W przeciwieństwie do swoich odpowiedników w większości państw Europy Zachodniej nasza prawica wciąż trwa w swojej fascynacji Trumpem i trumpizmem. Można się spodziewać, że także w Polsce ocena obchodów będzie przebiegać na linii: populistyczna prawica i cała reszta. Nawet jeśli Jarosław Kaczyński potrafił przyznać, że jemu walki MMA się nie podobają, bo woli sporty walki, gdzie obowiązują jakieś elementarne „rycerskie zasady”.
Podobnie wyglądać będzie ocena tego, czy obecność Karola Nawrockiego w tym wydarzeniu była, czy nie była sukcesem. Był on jednym z niewielu obecnych na gali europejskich liderów. Stronnicy prezydenta będą przekonywać, że to dowód wyjątkowo dobrych relacji Nawrockiego z Trumpem. Przeciwnicy, że wszyscy inni przywódcy najpewniej „olali ten cyrk”.
Nie wiemy obecnie, czy Nawrocki miał okazję dłużej porozmawiać z Trumpem podczas wizyty poza krótką, uchwyconą przez kamery rozmową w trakcie gali. Jeśli nie, to będzie to okazja do kpin przeciwników prezydenta. Jednocześnie trudno mieć do Karola Nawrockiego pretensje, że pojechał do Stanów i że stara się wykorzystywać każdą możliwą okazję do budowania i umacniania relacji z Trumpem — nawet jeśli czasami nie szłoby to łatwo.
Miejmy nadziei, że Trumpowi prezydent nie mówi takich rzeczy
Jednocześnie prezydent postanowił wykorzystać wizytę, by dołożyć do polaryzacyjnego pieca. Pod polskim kościołem w Silver Springs w stanie Maryland mówił dziennikarzom, że on wszystko robi dobrze w relacjach ze Stanami, ale niestety swoją „antyamerykańską” polityką Donald Tusk i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty psują to, co jemu udaje się zbudować.
„Gdyby był rząd, który jest w stanie skorzystać z tej koniunktury, która narysowała się w relacji dwóch prezydentów, byśmy byli dużo dalej. Mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować polski rząd do tego, aby korzystać z ułożenia tych relacji na najwyższym szczeblu” — mówił Nawrocki.
Prezydent Nawrocki wypowiada się tu trochę w poetyce Nikodema Dyzmy, który żegnając się z posadą prezesa Banku Zbożowego, mówi swoim dawnym podwładnym: „i wiem, że przyjdzie tu taki, co spie**** wszystko to, co ja zrobiłem”. Tak niestety wygląda logika naszej polaryzacji i słowa Nawrockiego nie szokują już tak, jak powinny. Choć żaden prezydent w historii III RP nie atakował tak ostro rządu w kontekście relacji z kluczowym sojusznikiem. Nawrocki zaatakował też ministra Domańskiego, stwierdzając, że z jego winy „sytuacja finansów państwa jest dramatyczna”. Można było wywnioskować, że według prezydenta zagraża to realizacji naszych porozumień z Amerykanami.
Prezydent w trakcie zagranicznej wizyty przekonujący, że jego kraj nie radzi sobie finansowo z realizacją sojuszniczych zobowiązań, to jednak coś dość osobliwego. Możemy mieć tylko nadzieję, że przynajmniej w rozmowach z Trumpem prezydent przedstawia trochę inny obraz Polski niż w medialnych wypowiedziach na potrzeby partyjnej nawalanki — bo standard, gdy prezydent trzyma się od niej z daleka, jest przynajmniej na razie już nie do uratowania.

