Poza Jarosławem Kaczyńskim PiS miał w swojej historii trzech premierów: Kazimierza Marcinkiewicza, Beatę Szydło i Mateusza Morawieckiego. Z tej trójki dwójka — Marcinkiewicz i Szydło — została odsunięta na polityczny margines. Jaki los czeka Morawieckiego?

Jakie są źródła rozłamu w PiS? Nie chodzi tylko o stowarzyszenie Morawieckiego? [WYJAŚNIAMY]

Szydło znalazła na luksusowej politycznej emeryturze w Parlamencie Europejskim, a Marcinkiewicz tylko sporadycznie uaktywnia się jako komentator polityki. Morawiecki od kilku miesięcy stara się, by nie podzielić ich losu. I, jak wszystko na razie wskazuje, ta walka doprowadziła go do wypchnięcia z partii.

Trudno nie zauważać tu pewnego wzorca. Kaczyński, w przeciwieństwie do Tuska, potrafi delegować kierowanie rządem na innych polityków. Jednocześnie osoby, które podejmują się tej misji, prędzej czy później nie kończą w PiS najlepiej — tak jakby Kaczyński za każdym razem uruchamiał mechanizm mający zablokować nadmierny polityczny wzrost wskazanego przez siebie szefa rządu.

W zasadzie wszyscy premierzy wskazani przez Kaczyńskiego nie byli w momencie obejmowania steru rządów osobami z pierwszego szeregu partii, cieszącymi się w niej silną, niezależną pozycją. W 2005 roku Kazimierz Marcinkiewicz był szanowanym parlamentarzystą, zwłaszcza ze względu na swoją pracę jako przewodniczący sejmowej komisji Skarbu Państwa w latach 2004-2005, nikt jednak nie spodziewał się, że to on miałby zostać kandydatem PiS na premiera.

Został nim głównie dlatego, aby wysunięcie na ten urząd Jarosława Kaczyńskiego nie zaszkodziło prezydenckim szansom jego brata, Lecha.

W 2005 roku wybory parlamentarne miały bowiem miejsce dwa tygodnie przed pierwszą turą prezydenckich. Gdyby PiS wysunęło jako kandydata na szefa rządu Jarosława Kaczyńskiego, mogłoby to obniżyć skłonność wyborców, by na prezydenta wybrać jego brata bliźniaka Lecha — pomysł, by dwa najważniejsze urzędy w państwie oddać bliźniakom, wielu wyborcom mógł się wydawać jednak dość ryzykowny.

Marcinkiewicz jako premier nie sprawdził się politycznie źle. Rząd — choć mniejszościowy i zmagający się z ciągłymi wewnętrznymi problemami — nie miał najgorszych notowań. Jego szef bardzo dobrze odnalazł się w pejzażu medialnym sprzed dwóch dekad, w którym dominowały telewizje całodobowe i tabloidy. Mimo to po roku musiał, pod naciskiem partii, złożyć dymisję.

Oficjalnym powodem było wysunięcie Marcinkiewicza do walki o prezydenturę Warszawy w wyborach samorządowych w 2006 r. — Platforma Obywatelska narzuciła narrację, że kto wygra wybory na prezydenta Warszawy, ten wygra wybory samorządowe, a z polityków PiS w stolicy szanse ma wygrać tylko Marcinkiewicz — mówili politycy PiS.

Marcinkiewicz, „premier z Gorzowa”, nie miał jednak nic wspólnego ani ze stolicą, ani z samorządem, a Warszawa, podobnie jak inne wielkie miasta, zaczynała się już zwracać przeciw PiS. Były premier przegrał z Hanną Gronkiewicz-Waltz, co w zasadzie okazało się końcem jego politycznej kariery. Marcinkiewicz próbował sił w bankowości, zakładał think tank z Michałem Kamińskim i Romanem Giertychem, w 2007 roku opuścił PiS, potem deklarował poparcie dla Platformy Obywatelskiej i wielokrotnie krytykował swoją dawną partię. Większości opinii publicznej kojarzył się jednak głównie z powodu małżeńsko-rozwodowych perypetii.

Jednocześnie można się zastanawiać, czy powodem dymisji Marcinkiewicza naprawdę było przekonanie liderów PiS, że tylko on może wygrać w Warszawie. Gdy Marcinkiewicz odchodził, rząd mniejszościowy przekształcał się w rząd koalicyjny z LPR i Samoobroną, a PiS chciał, żeby obok liderów tych dwóch partii — Leppera i Giertycha — zasiadał też w nim Jarosław Kaczyński. Do Marcinkiewicza miano też pretensje, że na tle swoich koalicyjnych wicepremierów jest mało wyrazisty.

Głęboko krytyczny stosunek do pomysłu Marcinkiewicza jako premiera od początku miał prezydent Lech Kaczyński, który uważał, że tylko jego brat zasługuje, by stanąć na czele rządu. Prezydent, jak sam później przyznawał, naciskał na zmianę premiera. Istotną rolę mogła też odegrać popularność i medialna sprawność „premiera z Gorzowa” — obaj bracia Kaczyńscy mogli uznać, że zaczyna on za bardzo politycznie wyrastać i trzeba pokazać mu właściwe miejsce w szeregu. Jakie nie byłyby powody, Kaczyńscy „rzucając na Warszawę” swojego premiera, skutecznie wypchnęli go z polityki.

Także Beata Szydło przed 2015 rokiem pozostawała polityczką z dalszego szeregu partii. Odznaczyła się jako szefowa wygranej kampanii Andrzeja Dudy i na fali tego sukcesu została wysunięta jako kandydatka PiS na premiera. Szydło inaczej niż Marcinkiewicz miała luksus samodzielnych rządów z przyjaznym — do czasu sporu o reformy sądów w lecie 2017 r. — prezydentem Dudą.

Działania Szydło, poczynając od odmowy publikowania niekorzystnych dla władzy wyroków Trybunału Konstytucyjnego, wyprowadziły przeciwników PiS na ulice, ale reformy społeczne jej gabinetu, na czele z 500+, okazały się dla partii politycznym złotem. Choć bywała traktowana lekceważąco przez przeciwników i część komentatorów, to twardy elektorat PiS ją uwielbiał.

Pod koniec 2017 r. Jarosław Kaczyński zdecydował się jednak wymienić ją na Morawieckiego. Dlaczego? Tu raczej nie chodziło o to, że Szydło zbyt dobrze radziła sobie z budową własnej popularności, a o szerszą polityczną kalkulację. Kaczyński uznał najpewniej, że Szydło zrobiła swoje, firmując kluczowe reformy socjalne oraz pierwsze posunięcie na froncie „reform” wymiaru sprawiedliwości i że nie wnosi ona już wartości dodanej jako szefowa rządu. Postawił więc na mającego wizerunek centrowego technokraty Morawieckiego, by ten naprawił relacje z Unią Europejską, a przynajmniej osłabił opór wielkomiejskiej klasy średniej wobec PiS.

Odwołanie Szydło przebiegło w dość ośmieszający polityczkę sposób. Komitet Polityczny PiS przyjął bowiem dymisję Szydło wieczorem tego samego dnia, w trakcie którego rano w Sejmie głosowany był wniosek o konstruktywne wotum nieufności wobec szefowej rządu. Rano PiS bronił swojej premier, a po wygranym głosowaniu Kaczyński wręczył jej bukiet kwiatów. Wieczorem na Szydło wymuszono dymisję.

Szydło objęła w rządzie Morawieckiego funkcję wicepremier ds. społecznych, była jednak całkowicie niewidoczna politycznie w tej funkcji. Wiosną 2019 roku wystartowała w wyborach europejskich i w okręgu obejmującym województwa małopolskie i świętokrzyskie uzyskała rekordowy wynik. Parlament Europejski okazał się jednak dla byłej premier luksusową polityczną emeryturą, na której przebywa do dziś, praktycznie niewidoczna w krajowej polityce po prawej stronie.

Na tym tle trajektoria Morawieckiego prezentuje się dość wyjątkowo. Nie tylko dlatego, że rządził najdłużej i jako jedyny przeszedł jako premier pozytywną wyborczą weryfikację, dowożąc PiS drugą kadencję samodzielnych rządów.

Morawiecki, podobnie jak Marcinkiewicz i Szydło, był polityczną kreacją Jarosława Kaczyńskiego, to lider PiS wciągnął go do polityki jako premiera ds. rozwoju w rządzie Szydło. Inaczej niż była premier, o Marcinkiewiczu nie wspominając, Morawiecki był jednak w stanie wykorzystać czas w rządzie, by zbudować w PiS własną drużynę. Na razie Kaczyńskiemu nie udało się rozebrać stronnictwa Morawieckiego. Jeśli były premier utworzy w Sejmie swój własny klub, to będzie miał ok. 30-40 szabel, co jest bardzo solidnym kapitałem startowym. Morawiecki ma też swoją własną „rozwojową” opowieść i rządowy dorobek, na którym może teraz budować poparcie.

Po przegranych wyborach w 2023 r. pozostał on też jedną z kluczowych postaci w partii. Jednocześnie procesy grożące jego marginalizacją zaczęły się już w zeszłym roku, gdy PiS postawił w kampanii prezydenckiej na Karola Nawrockiego i zaczął dystansować się w niej od swoich rządów, zwłaszcza tych Morawieckiego. Po zwycięstwie Nawrockiego kolejne kroki, zwłaszcza wskazanie Czarnka jako kandydata na premiera, odsuwały Morawieckiego na boczny tor.

Ale były premier też prowadził swoją grę. Aby chronić się przed marginalizacją, zaczął budowę własnego stowarzyszenia, tak jakby już przygotowywał sobie plan awaryjny na wypadek usunięcia z partii. Wydarzenia ostatnich dni wypychają Morawieckiego z PiS i zmuszają go od odpalenia planu B już teraz.

To może być najtrudniejszy test w całej jego karierze, który zadecyduje, czy nie podzieli losów pozostałych premierów Kaczyńskiego. Ale biorąc pod uwagę dynamikę w PiS i to, że partia nigdy nie zaakceptowałaby przywództwa Morawieckiego, a on marginalizacji, być może — prędzej czy później — to, co stało się w mijającym tygodniu, było nieuniknione.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version