Po 25 latach historia PiS dobiega powoli końca. Prawo i Sprawiedliwość, które stanowiło jedną z dwóch największych części polskiej sceny politycznej właśnie przestaje istnieć. I nie dlatego, że odeszło, czy zostało wyrzuconych 30-paru posłów, ale dlatego, że prezes jest słabszy niż kiedykolwiek.
To co działo się między prezesem Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim opowiadamy państwu od pół roku. Już wtedy pisaliśmy, że to sytuacja, która prędzej czy później musi skończyć się rozłamem, bo nastroje w partii od wielu miesięcy eskalowały. To wisiało w powietrzu. Ale wisiało dlatego, że prezes Jarosław Kaczyński dawno przestał być tym silnym politykiem, jakiego pamiętamy jeszcze sprzed sześciu lat.
Zaczęło się wcale nie od Mateusza Morawieckiego, tylko od Zbigniewa Ziobry. Kiedy w grudniu 2020 r. minister sprawiedliwości powiedział, że nie podoba mu się polityka premiera, że Morawiecki jest uległy wobec Unii Europejskiej i że to wszystko razem idzie w złym kierunku, a Solidarna Polska rozważa wyjście z klubu PiS (wniosek Janusza Kowalskiego), prezes zamiast wyrzucić ziobrystów z hukiem, jak czynił to niejednokrotnie, zaczął iść na ustępstwa.
Potem były kolejne, a to preambuła do ustaw sądowych, a to targi o KPO. Wieczna, trwająca trzy lata wojna w koalicji rządzącej, byleby Ziobro ze swoimi ludźmi i kwitami z Ministerstwa Sprawiedliwości nie wyszedł i nie odebrał PiS większości. W 2021 r., prezes nie miał problemu z wyrzuceniem gowinowców, bo zanim to zrobił, rozebrał ich po kawałku i miał pewność, że z Gowinem odejdzie tylko kilka osób. Nie po to wysłał Bielana ze specjalną misją, żeby mu Gowin mógł zaszkodzić. Ale Gowin był łatwy do ogrania. Jego grupa polityczna to była raczej grupa służąca do akademickich dyskusji, a nie do uprawiania polityki.
Dla Gowina polityka była elegancką rozgrywką szachową. Dla ziobrystów kibicowską ustawką. Dlatego prezes nie dał rady ich ani podzielić, ani przejąć, ani specjalnie skonfliktować wewnętrznie. Jednak już wtedy było widać, że słabość prezesa wobec wewnątrzpartyjnych frakcji jest coraz większa. Może je na siebie napuszczać, ale niewiele z tego wynika.
Morawiecki chciał być wypchnięty
Prezes sprzed lat nie czekałby pół roku, żeby podjąć decyzję. Kiedy rozstawał się z rozłamowcami z Polska Jest Najważniejsza w 2010 r. czy z Solidarną Polską w 2011 r. potrzebował 24 godzin. Tym razem im bardziej prezes starał się przytrzymać harcerzy Morawieckiego, tym bardziej oni wymykali mu się z rąk.
Im bardziej prezes stawiał warunki, tym bardziej oni pokazywali, że te warunki mają za nic. Kilkukrotnie od kwietnia — wtedy formalnie zostało zarejestrowane stowarzyszenie — apelował o zawieszenie Rozwoju Plus, zlikwidowanie, czy opuszczenie. Za każdym razem jak grochem o ścianę. Nic nie stawia lidera w bardziej niekorzystnej sytuacji niż ostentacyjne lekceważenie ze strony grupy posłów.
Prezes stanął przed sytuacją, która nigdy do tej pory nie miała miejsca. Jego słowa przestały być najwyższym nakazem w partii. Wierni pozostali już tylko jego starzy druhowie, którzy innego życia niż przy prezesie nie znają. Nawet „maślarze” nie są najbardziej lojalnym towarzystwem. Po prostu wybrali inną niż „harcerze” metodę nacisku. Jak się okazuje — skuteczną, bo udało im się Morawieckiego i jego grupy z partii pozbyć. Oczywiście nie bez pomocy. Morawiecki chciał być wypchnięty, maślarze chcieli go wypchnąć, więc wszyscy zadowoleni. Tyle że odbyło się to przy minimalnym udziale prezesa Kaczyńskiego. W całym tym sporze wygląda jak woskowa figura, którą dwie zwaśnione strony przeciągają między sobą.
Na spór z Morawieckim prezes rzucił cały swój autorytet. Postawienie ultimatum obarczonego konkretną datą musiało doprowadzić do przesilenia. Nasi rozmówcy z Nowogrodzkiej twierdzą, że prezes był długo pewien, że Morawiecki się ugnie. Ale jeśli to prawda, to jeszcze gorzej, bo oznacza, że Jarosław Kaczyński po prostu nie ma pojęcia, co dzieje się w jego własnej partii. Nie słyszy głosów z partyjnych dołów, nie wie, gdzie przebiegają linie podziału i nie prowadzi analiz, które były przez lata jego domeną.
Uparł się, co było słychać także w dzisiejszym wystąpieniu, że PiS musi iść na prawo, bo tam odeszli jego wyborcy. Kompletnie nie rozumie, że tych wyborców nie da się odzyskać, że skończyły się czasy, kiedy prezes apelował „wspierajcie, nie przeszkadzajcie” i elektorat, który nie miał wyboru, grzecznie stawał w kolejce do urny. Teraz ma wybór. Ma radykałów, większych radykałów, oraz ekstremalnych radykałów. Do wyboru do koloru. Prezes nie rozumie, że droga Morawieckiego w kierunku konserwatywnego centrum była pewną metodą na poszerzenie elektoratu, czy skuteczną tego nie jesteśmy i nie będziemy w stanie już stwierdzić. Bowiem sam Morawiecki i jego ludzie to może być dla wyborców za mało, Morawiecki ze sztandarem PiS mógł do części przemówić.
Młode wilki wyczuły słabość prezesa
O słabości prezesa świadczy coś jeszcze. Zajmuję się polityką od 30 lat. Dokładnie od 1996 r., kiedy pierwszy raz weszłam do Sejmu jako stażystka Wiadomości TVP. Przez ten czas rozmawiałam z politykami Porozumienia Centrum, a potem PiS, na dziesiątki tematów, oficjalnie i nieoficjalnie. Nigdy nikt z legitymacją partii nie ośmielił się do mnie powiedzieć złego słowa na Jarosława Kaczyńskiego. To po prostu się nie zdarzało. Oczywiście krytykowali niektóre działania prezesa. Nie rozumieli niektórych posunięć, ale nigdy nie dawali wyrazu złym emocjom. Przez ostatnie dni kilkakrotnie usłyszałam słowa „staruch” albo „dziad” w odniesieniu do prezesa Kaczyńskiego. Nagle, zwłaszcza w młodych wilkach, obudził się duch walki z liderem. Nagle chcą go obalić. Nagle idą z pochodniami na Nowogrodzką.
Prezes Kaczyński trzy lata temu po raz trzeci wygrał wybory (licząc z pierwszym rządem PiS czwarty). Rok temu po raz trzeci obsadził Pałac Prezydencki (licząc z Wałęsą czwarty). Dzisiaj jest liderem partii, która ociera się o 20 proc. i którą wyprzedzają połączone siły Mentzena, Bosaka i Brauna. Z jego fortuny zostały resztki, bo prezes Kaczyński uwierzył we własną propagandę. Został rozegrany przez własnych ludzi, którzy żeby go nie denerwować niektórych rzeczy mu nie pokazują, którzy podsuwają mu wydrukowane posty z internetu, ale tylko niektóre, którzy wmawiają mu w końcu, że sondaże kłamią, a ich badania mówią co innego. Prezes zapomniał, że najgorzej to uwierzyć we własną propagandę. Nie zwrócił uwagi, że mimo wygranej w 2023 r. nie może stworzyć rządu, bo nie ma potencjalnych koalicjantów. Że to nie głosy wyborców PiS dały zwycięstwo Karolowi Nawrockiemu.
Prezes PiS jest słaby słabością upadającego królestwa. Zbyt silny, żeby upaść i zbyt zapatrzony w przeszłe zwycięstwa, żeby zrozumieć błędy. Odejście Morawieckiego niczego nie zmieni, bo w PiS pojawią się kolejni, którzy uznają, że skoro były premier mógł szantażować prezesa, to oni też mogą. Będą stawiać żądania, eskalować spory i podsycać konflikty. Część ucieknie, bo uzna, że okręt tonie. Teraz dopiero zobaczymy, jak pięknie można się nienawidzić w jednej partii. Oczywiście do wyborów jest półtora roku i w polskiej polityce absolutnie wszystko jest możliwe. Jakiś układ przed wyborami, jakiś układ po wyborach, ale to już nigdy nie będzie ten PiS. Smutek, z jakim prezes ogłaszał dzisiaj koniec pewnego etapu, wskazuje, że i Jarosław Kaczyński wie, że to, co było dla niego najważniejsze, partia, właśnie przestaje istnieć.

