Marta Kurzyńska, Interia: Czy Karol Nawrocki będzie nowym liderem prawicy?
Marcelina Zawisza, Partia Razem: – Myślę, że już jest. Problem w tym, że pan prezydent – tak samo jak premier – gra na zaostrzenie nastrojów i polaryzację. Idą na zwarcie zamiast na współpracę, co jest skrajnie szkodliwe dla stabilności, bezpieczeństwa i rozwoju kraju. Potrzeba budowania wspólnoty ponad podziałami z perspektywy głowy państwa powinna być fundamentem, a widzimy konflikt. Prezydent powinien łączyć, a nie brać udział w partyjnej wojnie.
Czy jest w ogóle szansa na koniec wojny polsko-polskiej?
– Nie mam wątpliwości: dwa największe ugrupowania zrobią wszystko, by tę polaryzację utrzymać. To leży w ich czysto partyjnym interesie, a nie w interesie społeczeństwa. Słyszymy o końcu polaryzacji, a rzeczywistość pokazuje, że oni jej potrzebują do budowania poparcia.
A może polaryzacja wynika ze słabości innych partii? Partia Razem ma, delikatnie mówiąc, trudną sytuację sondażową. Nie jesteście nawet partią drugiego wyboru. Jak chcecie przekonać do siebie ludzi?
– My nie czekamy bezczynnie, tylko stale pracujemy u podstaw. Po kampanii prezydenckiej i trasie „Lata z Razem” nasi przewodniczący, Adrian Zandberg i Aleksandra Owca, są w nieustannym rozjeździe po kraju. Odwiedzili już ogromną liczbę miejscowości. To nie jest tak, że jeździmy do ludzi tylko na sześć tygodni – nasza praca trwa cały rok. Większość sondaży daje nam stabilne wyniki wokół pięciu proc. i powyżej.
I to wam wystarcza? Nie macie apetytu na więcej?
– Pamiętajmy, że gdy Adrian startował na prezydenta, dawano mu od 0,5 proc. do 1 proc. poparcia. Wyprzedził kandydatkę Nowej Lewicy i zrobił wynik wyższy, niż zapowiadano. Prowadzimy interwencje poselskie – od Poznania po bieszczadzkie Lesko, po Leszno czy Kalisz. Chcemy zbudować silny klub, który po wyborach podyktuje twarde, precyzyjne warunki koalicyjne.
Sugeruje pani, że wejście do rządu w przyszłości wchodzi w grę, ale na zupełnie innych zasadach? Dzisiejszą rządzącą Lewicę oceniacie niezwykle krytycznie.
– Tak, ponieważ konsekwentnie walczymy z „koryciarstwem”. Do polityki nie idzie się po to, żeby się nachapać i wsadzać swoich do spółek czy urzędów. Z tym walczymy. Walczymy też z tchórzostwem – gdy ktoś boi się utraty stołka posła, senatora czy marszałka i nie potrafi postawić się w ważnych sprawach. Chcemy współtworzyć rząd, ale na precyzyjnych i jasnych zasadach. Umowa koalicyjna została celowo sformułowana ogólnie, by nikt nie mógł rozliczyć jej realizacji. My na taki układ bez konkretów nigdy się nie zgodzimy.
Ale bycie w opozycji odbiera wam realną sprawczość.
– Rząd ma większość bez nas i od początku słyszeliśmy, że naszymi postulatami nie muszą się przejmować. Skoro w demokratycznym kraju partia nie dostaje gwarancji realizacji swoich kluczowych punktów programowych, a bez szantażu koalicyjnego nie ma wpływu na rząd, to jedynym uczciwym krokiem jest przejście do opozycji.
Gdybyście mieli lepszy wynik, moglibyście rozgrywać sytuację i tu koło się zamyka.
– Chcemy rządzić, ale nie będziemy kwiatkiem do kożucha. Prawda jest taka, że brak realizacji obietnic przez ten rząd doprowadził do wzrostu skrajnej prawicy. Gdyby Razem miało decydujące głosy, postawilibyśmy wiele nadziei z 2023 roku jako twarde warunki działania koalicji. Walczymy o to, by doprowadzić do tego w przyszłym roku.
Z czym planujecie wejść w nowy sezon polityczny?
– W sierpniu Sejm nie obraduje, co jest dobre dla wyborców. Wyborcy są dziś przebodźcowani komunikatami politycznymi. Ta krótka przerwa pozwoli wszystkim przewietrzyć głowy.
Robicie sobie wakacyjną przerwę, ale konkurencja zapowiada, że nie odstawi nogi. To nie jest zgubna strategia?
– Sierpień to akurat dla każdej partii czas przegrupowań. My nogi nie odstawiamy – jesteśmy świeżo po udanej trasie w Polsce wschodniej. Tam, gdzie jeszcze rok, dwa lata temu nie było struktur Razem. Spotkania w Krośnie, Przemyślu, Rzeszowie czy Chełmie organizowały coraz liczniejsze koła Razem. Za to od września wracamy z pełną parą i ofensywą programową. Nasz przekaz będzie bardzo konkretny.
Co zaproponujecie?
– Skupiamy się na czterech obszarach. Pierwszy to jednolita danina – uproszczenie podatków i likwidacja „świętych krów”. Nauczycielka płaci wysokie podatki, a lekarz zarabiający 1,5 miliona płaci zaledwie 14 proc. Wszystkie podatki i składki chcemy połączyć w jedną prostą i sprawiedliwą opłatę, by skończyć z przywilejami, z których nie korzysta większość Polaków. Drugi to twarda walka z „koryciarstwem” poprzez otwarte, transparentne konkursy na stanowiska, by kompetencje decydowały zamiast legitymacji partyjnych. Nie może być tak, że wykształceni ludzie patrzą, jak jakiś „banan” z nadania partyjnego zajmuje dobre posady. Trzeci to ratowanie ochrony zdrowia. Czwarty to uzdrowienie rynku mieszkaniowego przez budowę tanich mieszkań na wynajem, ograniczenie najmu krótkoterminowego i blokowanie wykupu mieszkań przez fundusze inwestycyjne.
Może to wewnętrzna walka na lewicy sprawia, że elektorat jest zdezorientowany a program schodzi na drugi plan? W Krakowie kandyduje Aleksandra Owca, ale Nowa Lewica ma tam swoją reprezentantkę.
– Jesteśmy dwiema zupełnie różnymi partiami i nigdy nie byliśmy jedną.
Ale niegdyś startowaliście z jednej listy i byliście nawet w jednym klubie.
– To przeszłość. Jeśli chodzi o Kraków, to Nowa Lewica współrządzi miastem, popierała podwyżki biletów i odpowiada za politykę prezydenta Miszalskiego. Aleksandra Owca od samego początku była w twardej opozycji do tych działań w radzie miasta.
Wspólny start jest definitywnie i bezpowrotnie zamknięty. Nie da się umieścić na jednej liście ludzi popierających rząd i tych, którzy uważają go za rozczarowanie i chcą twardej zmiany kierunku. To byłoby oszukiwanie wyborców.
Jakie są kluczowe punkty krakowskiego programu Aleksandry Owcy?
– Skupiamy się na codziennych problemach mieszkańców. To mieszkalnictwo i miejska umowa najmu eliminująca pośredników biorących prowizje. Chcemy aktywnej pomocy w poszukiwaniu pracy, bo Kraków też dotknęły zwolnienia grupowe. Sprzeciwiamy się blokowaniu mniejszych inwestycji w imię mglistej obietnicy budowy metra.
Jej ostre słowa o polityce migracyjnej rządu i zawieszeniu prawa do azylu wywołały burzę. Czy to dobra strategia przy rosnących nastrojach antyimigranckich?
– Musimy przestrzegać praw człowieka i prawa międzynarodowego. Musimy, skoro ostro krytykujemy Rosję czy Izrael za niszczenie światowego ładu opartego na prawie. Oczywiście ludzie na granicy zostali instrumentalnie wykorzystani, ale przez politykę pushbacków 88 osób zmarło. Bezpieczeństwo polega na tym, że służby sprawdzają każdego. Osoby spełniające kryteria otrzymują azyl, a niespełniające odsyła się do krajów pochodzenia – nikt nie postuluje przecież otwartych granic. Praktyka pushbacków, gdzie wypycha się ludzi do lasu bez żadnej weryfikacji, sprawia, że kompletnie nie wiemy, kto przedostał się do Polski, a kto został z niej wypchnięty, co jest zaprzeczeniem bezpieczeństwa.
Przejdźmy do ochrony zdrowia. Audyt w Szpitalu Południowym ujawnił lekarza pracującego bez przerwy przez pięć dób. Prezydent Trzaskowski twierdzi, że rząd radzi sobie z tym problemem. A pani?
– To nieprawda. Ten audyt to kompromitacja wcześniejszych kontroli. Rząd nie rozwiązuje tego problemu. Ustawa, która ma wejść pod obrady we wrześniu, reguluje czas pracy tylko w systemie publicznym. Zupełnie ignoruje system prywatny. Nadal nie będziemy wiedzieć, ile godzin dany lekarz przepracował w swoim prywatnym gabinecie, zanim przyszedł na dyżur w publicznym szpitalu. To fikcja kontroli, która nie chroni pacjentów przed skrajnie przemęczonym personelem.
Co zatem należy zrobić, by zatrzymać te niebezpieczne dla pacjentów praktyki?
– Musimy poważnie porozmawiać o całkowitym rozdzieleniu systemu publicznego od prywatnego. Na już potrzebujemy wprowadzenia pensji maksymalnej regulowanej rozporządzeniem oraz sztywnego, maksymalnego czasu pracy dla całego personelu medycznego. Musimy natychmiast ukrócić patologię tzw. bilokacji, gdy lekarz wychodzi z jednego szpitala, idzie do drugiego, a potem do trzeciego lub wykazuje obecność w kilku miejscach jednocześnie. Wybitni specjaliści muszą zarabiać bardzo dobre pieniądze, ale musi być zachowana racjonalna równowaga.
Dziś w niedofinansowanym systemie brakuje 20 miliardów złotych, przez co przekłada się zabiegi, a młody lekarz tuż po studiach dostaje na start gigantyczny kontrakt. Pacjenci czują się wtedy głęboko oszukani, jakby ktoś na nich napluł.
Skąd wziąć brakujące 20 czy nawet 30 miliardów złotych na ratowanie szpitali?
– Polska wydaje na zdrowie drastycznie mało w porównaniu do krajów OECD, jak Niemcy, Francja czy Hiszpania. Warto rozmawiać o zastąpieniu składki zdrowotnej powszechnym podatkiem zdrowotnym. Zlikwiduje to instytucję „świętych krów” – ten podatek płaciliby wszyscy, łącznie z rolnikami i duchownymi, bez żadnych ulg. Dodatkowo należy wprowadzić specjalny podatek zdrowotny dla korporacji, które dziś optymalizują podatki i nie płacą w Polsce prawie nic, choć zyskują na zdrowiu swoich pracowników. W ten sposób jesteśmy w stanie zdobyć dodatkowe 30 miliardów rocznie, bez podnoszenia opłat dla zwykłych ludzi.
Czy dawne kasy chorych byłyby lepszym rozwiązaniem niż NFZ?
– Mam osobiste doświadczenie z kasami chorych, bo jako dziecko chorowałam na nowotwór i moi rodzice musieli prosić o promesy finansowe na leczenie. Sam ten fakt był skrajnie stresujący. Kasy chorych pogłębiały rażące nierówności między bogatymi a biedniejszymi województwami. Potrzebujemy równego dostępu do leczenia, zwłaszcza na prowincji. Zaproponowaliśmy minister zdrowia, by szpitale w mniej gęsto zaludnionych obszarach, jak Bieszczady czy Warmia i Mazury, otrzymywały stałe środki budżetowe na utrzymanie gotowości, zamiast rozliczania za procedury.
I co na to pani minister?
– Minister odpowiedziała, że nie jest od rozwiązań systemowych i to problem starostów. Mam o niej, delikatnie mówiąc, nienajlepsze zdanie.
Rozmawiała Marta Kurzyńska.


