— Wcześniej uznawałam, że skoro facet zaprasza, to on płaci — mówi Marlena, która zorientowała się, że taki scenariusz może być jednak dla niej niebezpieczny. — Często czuję się, jakbym był towarem na półce w sklepie — mówi z kolei Jędrzej. Natalii randki przypominają „fora dla inceli”. Dlaczego dzisiaj randkowanie zamiast miłości przynosi raczej frustrację?

Marlena pracuje jako pielęgniarka, mówi, że przy pracy zmianowej i dyżurach w weekendy trudno znaleźć jej czas, by poznawać nowych ludzi. — Nie mam energii, żeby chodzić na imprezy, a większość znajomych już jest w związkach — opowiada. Dlatego postanowiła spróbować aplikacji randkowych.

Szybko zderzyła się z rzeczywistością współczesnego randkowania. Według niej to strasznie męczące psychicznie. Ciągłe zaczynanie od nowa, opowiadanie, jaki kolor jest ulubiony i poczucie, że druga osoba i tak rozmawia równolegle z dziesięcioma innymi.

Próbowała też speed datingu, czyli wydarzeń dla singli, podczas których odbywają się minirandki między uczestnikami. Spotkania zwykle organizowane są w restauracjach, barach lub klubach — są już firmy, które się w tym specjalizują.

Marlena liczyła, że rozmowa twarzą w twarz będzie bardziej naturalna. Niestety, przypominało to rozmowy kwalifikacyjne. Masz siedem minut i musisz zdecydować, czy chcesz utrzymać interakcję z daną osobą. Częściej wychodziła z nich zmęczona niż podekscytowana. — Atmosfera była taka, jakby wszyscy byli już trochę wypaleni randkowaniem i jednocześnie nieufni wobec siebie — mówi.

Z jednym mężczyzną udało się jej jednak umówić na randkę. Poszli do restauracji, rozmowa się kleiła, Marlena była przekonana, że jeszcze się spotkają. Aż do momentu, gdy oznajmiła, że wraca do domu. Mężczyzna stał się agresywny. Sugerował, że skoro postawił kolację, to coś mu się należy i powinni pojechać do niego. Rzucił, że jest łasa na kasę i wykorzystuje facetów.

— To było otrzeźwiające doświadczenie. Wcześniej uznawałam, że skoro facet zaprasza, to on płaci. Od tamtej pory zawsze nalegam, by dzielić rachunek na pół. Nie chcę nieprzyjemności — wyjaśnia.

Spotykała się też z mężczyzną, który wydawał się idealnie dopasowany do niej. Był, tak jak ona, wegetarianinem, lubił czytać reportaże, jeździć do Hiszpanii. Wydawało jej się, że jest dojrzały emocjonalnie. Po kilku spotkaniach powiedział jej jednak, że nie mogą się dalej spotykać, bo Marlena ma cechy narcystyczne.

— Zgłupiałam. Ja, która pracuje z ludźmi, jestem narcyzem? Okazało się, że za rzadko pytałam, jak on się czuje w danej sytuacji. Chodziło o wyjście na wystawę czy na kolację. Oglądamy obrazy i ja mam go pytać: „jak się z tym czujesz? Wszystko w porządku?”. Nie wiem, gdzie on się takich bzdur naczytał — denerwuje się.

Marlena mówi, że podobne doświadczenia sprawiły, że coraz trudniej jej uwierzyć w możliwość stworzenia spokojnej, zdrowej relacji. Podkreśla, że nie szuka ideału. Tylko nie chce się bać, że ta osoba zaraz okaże się kimś zupełnie innym niż na początku znajomości.

Ma zabawiać, wyróżniać się, stawać na głowie, by wygrać konkurs o uwagę. Tak czasem czuje się Jędrzej, gdy korzysta z aplikacji randkowych. Wie, że kobiety mają duży wybór i że chcą sprawdzić, czy warto się w coś angażować. Być może — tak jak i mężczyźni — ulegają też iluzji, że za rogiem zawsze czeka ktoś lepszy. Ale brak miejsca na zwykłą rozmowę sprawia, że czuje się, jakby był towarem na półce, który wybiera się po opakowaniu.

Frustruje go też tzw. ghosting, czyli nagłe znikanie z czyjegoś życia. Jest w stanie zaakceptować zniknięcie po pierwszym spotkaniu. — Jeśli jednak ktoś przestaje odpowiadać po kilku randkach, nie wyjaśniając nic, to jest to zwyczajnie okrutne — mówi. W takich warunkach ciężko o budowanie zaufania, a co dopiero relacji.

Jędrzej zauważa, że dzisiaj kobiety coraz częściej są niezależne finansowo, rozwijają kariery i mają większą swobodę w decydowaniu o swoim życiu niż wcześniejsze pokolenia. — Świetnie, że to się dzieje, że w końcu jest więcej równości, a kobiety coraz pewniej komunikują swoje oczekiwania, które w większości przypadków nie są tak naprawdę wygórowane. Jeżeli mężczyźni liczą, że kobiety obniżą standardy, to się srodze rozczarują. Zauważam w tym wszystkim też jednak pewien paradoks — mówi. Wiele z tych kobiet deklaruje bowiem partnerskie podejście do relacji, choć realnie są wciąż mocno przywiązane do tradycyjnych wzorców męskości.

— Niby fajnie, jak facet jest wrażliwy, umie mówić o emocjach, ale nie za bardzo. Niejednokrotnie, gdy odsłaniałem się ze swoją wrażliwością, byłem odrzucany — opowiada. Z jego obserwacji wynika, że wciąż dominuje oczekiwanie, by mężczyzna był stereotypowo pewny siebie, dominujący.

I nie jest to zarzut pod adresem kobiet. Zauważa raczej, że wszyscy zostaliśmy tak wychowani. I dlatego łatwo się w tym zgubić lub rozminąć z drugą osobą. — Oczywiście, o wiele większą pracę nad sobą mają do wykonania mężczyźni — zaznacza. To, że część z nich oczekuje, iż zrobią to za nich kobiety, nazywa absurdem.

Trudności w budowaniu relacji to jednak nie tylko kwestia aplikacji czy sprzecznych oczekiwań. Według Jędrzeja znaczenie ma też to, że żyjemy w czasach nakładających się na siebie kryzysów. — Pandemia, wojna, katastrofa klimatyczna, brak stabilności finansowej. Relacja, która wymaga zaangażowania i otwartości, zaczyna jawić się ludziom jako kolejny potencjalny kryzys — zauważa. Jego zdaniem właśnie stąd bierze się współczesna epidemia samotności: ludzie pragną bliskości, ale jednocześnie boją się kosztów emocjonalnych, jakie się z nią wiążą.

Mimo krytycznego spojrzenia na współczesne randkowanie Jędrzej uważa, że fajnie byłoby dzielić z kimś życie. Ale nie chce, by szukanie relacji stało się jego głównym celem. — Jeśli będę skupiał się wyłącznie na tym, że nikogo obok mnie nie ma, to odbiorę sobie też radość z innych rzeczy — tłumaczy. Dlatego stara się budować satysfakcjonujące życie: pielęgnować przyjaźnie, robić rzeczy, które sprawiają mu przyjemność i nie odkładać życia na później.

Według badania CBOS z 2024 r. 8 proc. dorosłych Polaków deklaruje, że „bardzo często” lub „zawsze” czuje się samotnie. To dwa razy więcej niż w 2017 r. Jednocześnie chociaż — zgodnie z danymi Digital Care — z aplikacji randkowych korzysta aż 32 proc. użytkowników internetu, to problem samotności będzie się powiększał.

Osoby żyjące solo stanowiły w 2021 r. 29 proc. dorosłej populacji. Zgodnie z prognozami naukowców związanych z Politechniką Warszawską w 2030 r. ma ich być już 36 proc.

Psycholożka i psychoterapeutka par Zuzanna Butryn zwraca uwagę, że randkowanie coraz bardziej przypomina poruszanie się w świecie nadmiaru bodźców. — Teoretycznie mamy nieograniczony dostęp do ludzi, ale to nas przytłacza, bo nasz mózg nie jest przystosowany do tak dużego wyboru. To kończy się przeciążeniem i wycofaniem — mówi.

Jej zdaniem duży wpływ na współczesne randkowanie mają także media społecznościowe i internetowi „specjaliści od relacji”. W sieci nieustannie pojawiają się poradniki, jak rozpoznawać „red flagi”, odzyskiwać byłych partnerów czy „ustawiać dynamikę” relacji. Problem polega na tym, że wiele z tych rad opiera się na budowaniu nieufności i traktowaniu relacji jak gry psychologicznej.

— Trafiają do mnie osoby, które autentycznie wierzą, że istnieje jakaś uniwersalna instrukcja obsługi drugiego człowieka. Że można zastosować odpowiednią technikę, napisać konkretną wiadomość, żeby kogoś zdobyć czy „odzyskać eks” jak produkt na gwarancji — opowiada. Podkreśla, że tego typu narracje uczą przede wszystkim kontroli i manipulacji, a nie budowania bliskości. — Ludzie zaczynają postrzegać zachowanie drugiej osoby jako potencjalne zagrożenie albo strategię. Zamiast poznawać człowieka, próbują go diagnozować, testować i przewidywać jego ruchy — dodaje psycholożka.

Według niej współczesne relacje funkcjonują dziś pod ogromną presją oczekiwań — także tych tworzonych przez internetową kulturę sukcesu i samorozwoju.

— Wciąż funkcjonują w nas bardzo tradycyjne wyobrażenia o kobiecości i męskości, tylko dziś są one ukryte pod nowoczesnym językiem — tłumaczy. Wiele osób chciałoby relacji partnerskiej, ale jednocześnie nadal oczekuje od mężczyzny roli opiekuna i gwaranta bezpieczeństwa, a od kobiety emocjonalnej troskliwości, ciepła czy przejmowania odpowiedzialności za relację.

Problemem jest też to, że chcemy bliskości, ale boimy się zależności. Chcemy niezależności, ale jednocześnie oczekujemy od relacji poczucia bezpieczeństwa i stabilności. Do tego dochodzi złudna wizja, kreowana przez social media, że związek powinien zawsze wyglądać tak jak na początku. Być pełen namiętności i pozbawiony konfliktów, a tego stanu nie da się na dłuższą metę utrzymać.

Psycholożka zauważa też, że wiele osób wchodzi dziś w relacje z przekonaniem, że partner powinien zaspokoić wszystkie ich potrzeby emocjonalne. — Kiedyś relacje były bardziej osadzone we wspólnocie: rodzinie, przyjaciołach, sąsiedztwie. Dzisiaj oczekujemy, że jedna osoba będzie jednocześnie partnerem, najlepszym przyjacielem, terapeutą. To ogromny ciężar dla każdej relacji — podsumowuje.

Natalia po rozpadzie wieloletniego związku założyła profil na Bumble. Wybrała akurat tę aplikację, bo tam to kobieta inicjuje rozmowę, a więc sama decyduje, kiedy się odezwać. Wie, że wiele osób narzeka na to, że trzeba z kimś godzinami pisać. Dla niej to jednak plus — jeśli ktoś potrafił ciekawie rozmawiać w aplikacji, to jest szansa, że na żywo też będzie dobry kontakt. I to z takimi osobami decydowała się spotkać na żywo.

Mimo to nie uniknęła niezręczności. Wspomina serię dziwnych randek: agresywnego pracownika ambasady, doktoranta archeologii opowiadającego przy winie o spalaniu ludzkich kości czy mężczyznę, który po jednej randce miesiącami pisał do niej wiadomości z pytaniem, czy odrzuciła go dlatego, że jest „za niski i brzydki”.

Nie brakowało też takich, którzy w jej ocenie chcieli się tylko dowartościować. Usłyszeć, że są przystojni, fajni, mądrzy. Gdy wzrosło ich poczucie własnej wartości — znikali. Jakby byli uzależnieni od zainteresowania kobiet i wcale nie zależało im na zbudowaniu czegoś na stałe. — Nie ukrywam, sama też chciałam się trochę dowartościować po rozstaniu, ale miałam wrażenie, że ich zachowanie jest przy tym przesiąknięte radami z forów dla inceli i kompleksami — mówi.

Poszukiwania miłości zmieniły jej podejście do pieniędzy. Kiedyś uważała, że kobieta i facet powinni płacić po równo — głównie z pobudek feministycznych. Po powrocie na rynek matrymonialny zaczęła wyżej punktować tych, którzy proponowali, że postawią kolację.

I nie chodzi tylko o to, kto weźmie na siebie rachunek, ale co za tym stoi. — Ważne jest poczucie, że ktoś chce zrobić coś miłego bez ukrytych oczekiwań, bez rozliczania. To dobry prognostyk, czy ktoś będzie dawał poczucie bezpieczeństwa — tłumaczy.

Mówi, że po doświadczeniach z byłym partnerem to bezpieczeństwo stało się dla niej bardzo ważne. W poprzednim związku brakowało jej właśnie takich drobnych gestów, poczucia, że może na kimś polegać. — Mój obecny partner, którego poznałam przez aplikację, mi to daje. Potrafi kupić jedzenie wszystkim przy stole, zaopiekować się ludźmi wokół siebie i to nie wynika z potrzeby imponowania komukolwiek — opowiada.

Przekonało ją do niego też to, że nie grał, nie próbował udawać ideału, był szczery. Czuła, że jest zdecydowany poznać kogoś na całe życie. Dodaje: — Co ważne, nie szukałam kogoś z poczucia braku czy desperacji. Nie łapałam się pierwszego lepszego. Byłam gotowa przekopywać się przez gnój. I moja wytrwałość została nagrodzona.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version