Obrzydły wam zatłoczone kurorty i wielkie miasta, a wylot na drugi koniec Europy nie wchodzi w rachubę? Znaleźliśmy w Polsce kierunki mniej popularne, które powinny zadowolić zarówno zwolenników zwiedzania, jak i fanów bardziej aktywnego spędzania wolnego czasu.
Przedzierasz się autem przez las wąską drogą, by po paru kilometrach dotrzeć na wyjątkowy parking — skryty między wysoko pnącymi się sosnami plac wręcz dotyka szerokiej, piaszczystej plaży. Wystarczy zamknąć auto i już po paru sekundach zatopić stopy w bielutkim, delikatnym piasku. Tutejszy fragment wybrzeża rozciągający się między Białogórą, Lubiatowem a Stilem uchodzi (zresztą zupełnie słusznie!) za jeden z najpiękniejszych nad polskim Bałtykiem. Mamy tu wszystko — okazałe wydmy, gęsty, pełny mchów i porostów las, no i oczywiście czysty, biały piasek. Zaletą tych okolic jest także niewielki stopień zurbanizowania — nie ma tu za wiele krzykliwych kurortów, a im dalej od wspomnianego parkingu w Lubiatowie, tym wejścia na plażę rozplanowane są coraz rzadziej, a ludzi jest zdecydowanie mniej. Nie bez przyczyny to jedno z ulubionych miejsc mieszkańców Trójmiasta, którzy doskonale znając okolicę, wiedzą, gdzie szukać mitycznych „dzikich” plaż.
Zaletą tej lokalizacji jest jeszcze coś — brak wielkich hoteli. W wersji bardziej budżetowej możecie zdecydować się na wynajem skrytego w lesie domku, z którego dotrzecie do niemal pustej plaży, z kolei chcąc trochę zaszaleć, wybierzcie stary, pięciogwiazdkowy hotel z klasą. Mowa o Pałacu Ciekocinko — obiekcie powstałym w zabudowaniach dawnego, poniemieckiego majątku szlacheckiego z początku XX w. Kompleks po wojnie został przekształcony przez komunistyczne władze w PGR, a po okresie transformacji ustrojowej popadł w kompletną ruinę. Na szczęście w 2004 r. uratował go prywatny inwestor z Warszawy, który po trwającym niemal 10 lat remoncie otworzył ten wyjątkowy hotel — to nie tylko pięknie odnowiony gmach, lecz także otaczający go zabytkowy park, zabudowania folwarczne czy wreszcie stadnina goszcząca regularnie międzynarodowe zawody. Ciekocinko kusi też świetną gastronomią — tutejsza restauracja Luneta & Lorneta Bistro Club trafiła ostatnio nawet na karty słynnego czerwonego przewodnika Michelin!
Na granicy nie tylko kino
Niby każdy kojarzy i wie, gdzie go szukać na mapie, ale tak naprawdę mało kto tu trafia. A szkoda, bo Cieszyn jest idealnym przykładem na to, że miasto rozdzielone międzypaństwową granicą naprawdę może funkcjonować jak jeden spójny organizm. A nie ma lepszej okazji, aby się o tym przekonać, niż odbywający się tu co roku kultowy przegląd filmowy Kino na Granicy. Tegoroczna, 28. edycja potrwa od 29 kwietnia do 3 maja, a jej program zadowoli nie tylko pasjonatów polskiej, czeskiej i słowackiej kinematografii. Po obu stronach Olzy poza projekcjami filmów odbędą się także koncerty, warsztaty oraz spotkania z twórcami, również tymi ze świata poezji i prozy, ponieważ przeglądowi od kilku lat towarzyszy festiwal literacki.
W przerwach między seansami i dyskusjami warto pozwiedzać, tym bardziej że jest co — cieszyńska starówka urzeka odrestaurowanymi frontami kamienic, żyjącym do późnych godzin nocnych rynkiem oraz Wzgórzem Zamkowym. Choć samej warowni już tu dawno nie ma (pozostała po niej średniowieczna Wieża Piastowska), trzeba zobaczyć budowlę, którą kojarzy prawdopodobnie każdy Polak — mowa o zabytkowej, jedynej zachowanej w naszym kraju, romańskiej rotundzie pod wezwaniem św. Marcina i Wacława, uwiecznionej na rewersie 20-złotowego banknotu.
Romańska rotunda w Cieszynie, XI w.
Foto: Lumir Pecold / istockphoto.com
Zaletą Cieszyna jest też lokalizacja — podczas dłuższego pobytu można stąd wyskoczyć w Beskidy albo zwiedzić nieco na wyrost nazywaną „Małym Wiedniem”, ale nadal bardzo ciekawą, Bielsko-Białą. Wiele opcji krótkich, jednodniowych wycieczek oferuje też czeska strona miasta — tutejszy dworzec kolejowy znajduje się zaledwie kilkanaście minut spacerem od mostu nad Olzą. Ze stacji można dojechać wygodnie w wiele ciekawych miejsc, zarówno w Czechach, jak i na Słowacji — począwszy od industrialnej i nieco surowej Ostrawy, przez przytulną Opawę aż po naszpikowany barokowymi kościołami Ołomuniec.
Na jeziora(k)!
Kochacie mazurskie jeziora, ale na myśl o zatłoczonych w czasie długiego majowego weekendu Mikołajkach albo Giżycku cierpnie wam skóra? Wybierzcie położoną w tym samym województwie Iławę. Miasto, będące stolicą Pojezierza Iławskiego, oferuje znakomite warunki do żeglowania, a przy tym nie jest tak masowo nawiedzane przez turystów, jak najpopularniejsze kurorty w Krainie Tysiąca Jezior.
A w Iławie król jest tylko jeden — największe w tym regionie, a przy tym najdłuższe w całej Polsce (ponad 27 km!), rynnowe jezioro. Jeziorak, rozsławiony w PRL dzięki serii książek autorstwa Zbigniewa Nienackiego o przygodach Pana Samochodzika, urzeka wysoką linią brzegową, a także okalającymi ją gęstymi, iglastymi lasami. Akwen został hojnie obdarowany przez naturę aż 17 wyspami i niezliczonymi wysepkami, które można odkrywać podczas rejsu żaglówką. Co ciekawe, jedna z nich to oficjalnie największa śródlądowa wyspa w naszym kraju — Wielka Żuława. Choć dzisiaj życie na niej toczy się tylko w okresie wiosenno-letnim, to w przeszłości miejsce to miało o wiele istotniejsze znaczenie. W 2012 r. archeolodzy z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego odkryli ślady osadnictwa i fragmenty dawnych murów warownych, co ma potwierdzać strategiczne znaczenie tej wyspy już we wczesnym średniowieczu.
Jezioro Jeziorak
Foto: Piotr Borkowski / istockphoto.com
Ale w okolicach Jezioraka świetnie odnajdą się również ci, którzy nie żeglują — wzdłuż brzegów jeziora (a także przepływającej przez Iławę rzeki Iławki) ciągną się promenady oraz drogi rowerowe, nie brakuje też dobrze przygotowanych plaż. W samym mieście, choć doszczętnie zniszczonym podczas ofensywy Armii Czerwonej, szczęśliwie przetrwało kilka przedwojennych perełek — jedną z nich jest okazały neobarokowy ratusz, a także piękny, misternie odnowiony gmach dworca kolejowego, utrzymany w stylu neogotyckim.
Wielka historia w małym mieście
Agnieszka Osiecka zachwycała się nim, nazywając go „miasteczkiem bajeczką”, znani reżyserzy kręcili tu filmy, a liczba zabytków (na czele z zamkiem!) może zawstydzić wiele znacznie większych ośrodków. Aż trudno uwierzyć, że miejscowość mająca współcześnie mniej niż 2 tys. mieszkańców może oferować tak wiele. Okazuje się jednak, że Tykocin, szczycący się niegdyś statusem miasta królewskiego, był jednym z najważniejszych ośrodków w regionie. Powstał na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych, a przez tutejszy port na Narwi przepłynęły niezliczone tony zboża, drewna oraz innych cennych ówcześnie towarów. Tykocin obrastał bogactwem, na czym zyskiwali jego mieszkańcy — zarówno katolicy, jak i lokalni Żydzi. Pamiątką po tych ostatnich do dzisiaj pozostaje odnowiona XVII-wieczna synagoga, dom talmudyczny, wchodzące w skład sztetla stare domy czy wreszcie położone na obrzeżach pozostałości żydowskiego cmentarza.
Serce współczesnego Tykocina, podobnie jak przed wiekami, wyznacza duży, zaplanowany na kształt trapezu rynek, oficjalnie nazwany Placem Stefana Czarnieckiego — zresztą to tutaj znajduje się też piękny, XVIII-wieczny pomnik słynnego hetmana. Najbardziej jednak charakterystycznym punktem skweru jest imponująca bryła barokowego kościoła pod wezwaniem Trójcy Przenajświętszej, która „zagrała” w kilku znanych filmach, m.in. „U Pana Boga za piecem”, czyli pierwszej części kultowego, podlaskiego cyklu komedii w reżyserii Jacka Bromskiego.
Barokowy kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie
Foto: Gistel Cezary Wojtkowski / istockphoto.com
Kiedy znudzi się wam zwiedzanie, zróbcie sobie spacer otwartym w 2021 r. bulwarem wzdłuż Narwi — powstały tu nowoczesna promenada oraz ścieżka edukacyjna z widokiem na leniwie wijącą się rzekę oraz kompletnie dzikie tereny na przeciwległym brzegu. A jeśli nadal macie niedosyt obcowania z dziewiczą przyrodą, zaledwie kilkanaście kilometrów od miasta rozciąga się wspaniały Narwiański Park Narodowy. Koniecznie wybierzcie się tu na wędrówkę prowadzącą przez kładki po tutejszych mokradłach i zaroślach, najlepiej z jednym z lokalnych przewodników pasjonatów, którzy ze szczegółami opowiedzą wam o tajemnicach tutejszego ekosystemu.
Aktywnie i historycznie
Jeśli długi weekend majowy chcecie spędzić przede wszystkim aktywnie, Jura Krakowsko-Częstochowska jest punktem, na który powinniście nastawić swoją nawigację. Ten wyjątkowy obszar, upstrzony wapiennymi ostańcami i ruinami piastowskich zamków, rozciąga się pomiędzy doliną Warty pod Częstochową a doliną Wisły w okolicach Krakowa, oferując masę opcji tym, którzy nie wyobrażają sobie majówki bez choćby małego zastrzyku adrenaliny.
Jura to przede wszystkim mekka wspinaczy — jest największym rejonem wspinaczkowym w całym kraju, dlatego pierwsze kroki stawiali tu niemal wszyscy najbardziej znani polscy himalaiści i taternicy, na czele z samym Jerzym Kukuczką. Region przyciąga też grotołazów — znajdziecie tutaj nawet około 1700 różnych jaskiń, z których kilka zostało dopuszczonych do zwiedzania przez „zwyczajnych” turystów.
Zamek Ogrodzieniec lerzy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, XIV-XV w.
Foto: Mariusz Prusalczyk / curioso.pl/iStockphoto
Nudzić nie będą się tu również zapaleni rowerzyści — to właśnie w Jurze wytyczono jeden z najstarszych szlaków rowerowych w Polsce. Obfitująca w piękne widoki Jurajska Trasa Rowerowa Orlich Gniazd łączy Kraków z Częstochową i przez niemal 190 km prowadzi przez wszystkie najważniejsze atrakcje regionu — głównie pozostałości po średniowiecznych zamkach i warowniach, wzniesionych w celu ochrony południowych granic ówczesnego Królestwa Polskiego. Ciekawy jest także znacznie krótszy, bo zaledwie 20-kilometrowy, szlak wokół Pustyni Błędowskiej (Velo Pustynia), a dla bardziej doświadczonych fanów jazdy MTB przeznaczony jest Szlak Dolinek Podkrakowskich.

