Amerykanie ruszyli do operacji „Epicka Furia” bez skonkretyzowanych celów. Te pojawiły się dopiero czwartego dnia i można mieć wrażenie, że pisano je na kolanie. Czy można je realnie wypełnić?
Stany Zjednoczone uderzyły na Iran bez skonkretyzowanego celu. Jeszcze niedawno sekretarz stanu Marco Rubio mówił, że celem ataku nie jest zmiana władz w Teheranie. Prezydent Donald Trump czerwcu 2025 r. podkreślał, że nie chce zmiany reżimu, bo mogłoby to prowadzić do chaosu i destabilizacji regionu. Potem Biały Dom otwarcie mówił, że liczy na zmianę władz w Teheranie. A teraz tuż po rozpoczęciu „Epickiej Furii” w komunikatach Trump apelował do Irańczyków, by „przejęli kontrolę nad własnym rządem” po zakończeniu operacji wojskowej i nazwał to ich „najlepszą szansą w tym pokoleniu”, aby uzyskać wolność.
W końcu jednak Waszyngton ogłosił cele operacji. I brzmią one, jakby były pisane na kolanie tak, aby w każdej chwili można było ogłosić wielki, wspaniały sukces. Bo, nie licząc zniszczenia marynarki wojennej, ciężko będzie zweryfikować ich spełnienie. A można też odnieść wrażenie, że kwestia zniszczenia irańskiej floty została dopisana dopiero wtedy, kiedy pierwszego dnia udało się zniszczyć dziewięć okrętów. Bo większego sensu militarnego ten punkt nie ma.
Unicestwienie floty
Zniszczenie irańskiej marynarki wojennej ujęto jako drugi z punktów. I nie do końca wiadomo, jaki Amerykanie mają w tym cel, bo flota jest najsłabszym z irańskich rodzajów sił zbrojnych i dość trudnym do zneutralizowania ze względu na doktrynę jej użycia. Teheran dysponował dość niewielką liczbą okrętów głównych klas. Za nowoczesne można było uznać jedynie cztery lekkie fregaty, które w zasadzie są korwetami. Jeden mały okręt podwodny i, na siłę, pięć małych okrętów rakietowych. Za ciekawy można uznać też lotniskowiec dronowy „Shahid Bagheri”, który został przebudowany z kontenerowca, a który został uszkodzony drugiego dnia działań. Irańska marynarka wojenna w dużej mierze opiera się na siłach, które mogą prowadzić działania asymetryczne. Wykorzystuje małe okręty rakietowe i niewielkie korwety uzbrojone w pociski przeciwokrętowe i miny morskie. Posiada duże liczby łodzi półzanurzalnych, dronów morskich i niewielkich motorowych jednostek uderzeniowych, co komplikuje wykrycie i zniszczenie wszystkich elementów floty w krótkim czasie. Zawsze jednak można zniszczyć duże okręty i powiedzieć, że cel został osiągnięty. Już pierwszego dnia operacji Amerykanie zatopili dziewięć irańskich jednostek. Na terenie bazy marynarki wojennej w Konarak potwierdzono zniszczenie trzech jednostek nawodnych: lekkiej fregaty „Jamaran” typu Moudge, będącej de facto korwetą, oraz ostatnich dwóch starych korwet typu Bayandor – „Bayandor” i „Naghdi”.
W Bandar Abbas zatopiono kolejną fregatę typu Moudge – „Sahand”, a ponadto patrolowce i okręty pomocnicze. Trump ogłosił wówczas sukces, podkreślając zniszczenie dziewięciu jednostek, w tym jednostek dużych i ważnych oraz dowództwa marynarki, co zgodnie z jego oceną było znaczącym osiągnięciem operacyjnym. Faktycznie Amerykanie pierwszego dnia operacji zatopili dwie z siedmiu lekkich fregat posiadanych przez Iran. Kolejną jednostkę, lekką fregatę „Dena”, stracono 4 marca na Oceanie Indyjskim w wyniku ataku amerykańskiego okrętu podwodnego. Po tych działaniach z dużych okrętów bojowych Teheranowi pozostały jedynie trzy stare fregaty typu Alvand zbudowane w latach 60. i 70. XX wieku oraz ostatni okręt typu Moudge – „Deylaman”.
Pierwsze, mimo modernizacji, mają bardzo ograniczone zdolności bojowe, przenoszą jedynie osiem pocisków przeciwokrętowych C-802 oraz bardzo niewystarczające środki obrony przeciwlotniczej, w postaci dwulufowego działa kal 30 mm i trzech pojedynczych działek kal. 20 mm. Przy takim przeciwniku ogłoszenie sukcesu jest banalne.
Zniszczenie potencjału rakietowego
Jeszcze bardziej mglistym jest pierwszy punkt, który zakłada całkowite zniszczenie potencjału rakietowego, w tym uniemożliwienie konstruowania i produkcji wszelkich typów pocisków. Będzie to problematycznie, ponieważ Iran dysponuje rozproszoną siecią zakładów produkcyjnych, w tym zarówno dużych kompleksów przemysłowych w miastach takich jak Teheran, Isfahan czy Karadż, jak i licznych, trudnodostępnych obiektów w rejonach górskich, gdzie ukryte są laboratoria badawcze, zaplecze logistyczne oraz magazyny materiałów wybuchowych.
Według ujawnionych przez Rubio szacunków irański przemysł rakietowy produkuje rocznie około 100 rakiet balistycznych różnego typu, obejmujących zarówno pociski krótkiego i średniego zasięgu, jak i ograniczoną liczbę rakiet średniego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic konwencjonalnych lub precyzyjnie kierowanych. Produkcja obejmuje również komponenty strategiczne, takie jak silniki, systemy naprowadzania i części konstrukcyjne dla rakiet średniego i dalekiego zasięgu, co pozwala Iranowi na utrzymanie ciągłości programu mimo nałożonych sankcji i potencjalnych ataków militarnych.
Z punktu widzenia wojskowego, precyzyjne uderzenia mogą zniszczyć główne linie produkcyjne, magazyny materiałów wybuchowych i centra dowodzenia, jednak całkowite unicestwienie zdolności produkcyjnych jest praktycznie niemożliwe. Rozproszenie infrastruktury, jej częściowe ukrycie w podziemnych tunelach oraz zdolność do szybkiej odbudowy, sprawiają, że realistycznym celem jest raczej ograniczenie zdolności produkcyjnych w perspektywie kilku miesięcy, jak to było poprzednio. Nawet jeśli udałoby się zniszczyć kluczowe zakłady, Iran dysponuje wystarczającym zapasem komponentów i półproduktów, by w krótkim czasie wznowić produkcję przynajmniej części rakiet.
Sukces w ograniczeniu irańskiego potencjału rakietowego wymagałby zatem skoordynowanego użycia sił powietrznych, precyzyjnych uderzeń rakietowych, cyberoperacji wymierzonych w systemy kontroli produkcji oraz wywiadu satelitarnego zdolnego do wykrycia ukrytych kompleksów produkcyjnych, a przede wszystkim zajęciem instalacji, a to jest nierealne, ponieważ Amerykanie nie planują uderzenia lądowego. Zresztą, nawet gdyby Trump chciał takie przeprowadzić, potrzebowałby zgody Kongresu, a tej raczej nie otrzyma.
Zniszczenie potencjału nuklearnego
Dość podobny problem Amerykanie spotkają w przypadku ostatniego punktu, który zakłada, że Iran nigdy nie będzie w stanie wybudować broni atomowej. Program nuklearny Iranu, rozwijany jest od lat 80. XX wieku i obejmuje rozproszone, częściowo podziemne instalacje wzbogacania uranu, laboratoria badawcze, magazyny materiałów rozszczepialnych oraz centra kontroli technologii. Kluczowe obiekty znajdują się w Natanz, Fordo, Arak i Isfahan, a ich rozmieszczenie w podziemnych bunkrach, często pod warstwami betonu liczącymi nawet kilkadziesiąt metrów, utrudnia skuteczne zniszczenie przy użyciu standardowych środków powietrznych czy rakietowych.
Zresztą Izrael regularnie je atakuje, jednak udaje mu się wyhamować program jedynie na kilka miesięcy. Według dostępnych źródeł Iran posiada około 6 tys. wirówek, z których jedynie część jest wykorzystywana do wzbogacania uranu, a pozostała część pozostaje ukryta w rezerwie właśnie na wypadek ataku. Ponadto Iran może wykorzystywać także technologie cywilne, takie jak elektrownie i laboratoria badawcze, jako potencjalne zaplecze do wzbogacania uranu, co dodatkowo komplikuje identyfikację i neutralizację celów wojskowych.
Nawet precyzyjne ataki lotnicze lub rakietowe na Natanz i Fordo pozwalają jedynie na opóźnienie programu, zmniejszenie jego wydajności i utrudnienie testów, nie uniemożliwiając odbudowy. Z perspektywy operacji militarnej, całkowite zniszczenie wszystkich instalacji wzbogacania uranu i laboratoriów badawczych jest praktycznie niemożliwe bez zastosowania szeroko zakrojonej ofensywy lądowej lub współpracy z agenturą wewnętrzną, a nawet wówczas skuteczność byłaby ograniczona ze względu na możliwość szybkiego odbudowania części infrastruktury.
Ograniczenie możliwości
Zrealizowanie trzeciego punktu wydaje się najłatwiejsze. Biały Dom chce zagwarantować, że irańskie siły biorące udział w wojnach zastępczych na Bliskim Wschodzie i w Afryce nie będą w stanie dalej destabilizować regionu. Realizacja celu ograniczenia działań Iranu jest stosunkowo osiągalna, choć wymaga ścisłej koordynacji regionalnej i międzynarodowej.
Do czerwca 2025 r. Izrael już znacząco ograniczył zdolności Iranu do destabilizacji regionu poprzez sojuszników w Syrii, Libanie i Jemenie. Amerykańska operacja może wzmocnić ten efekt poprzez wsparcie wywiadowcze, systemy wczesnego ostrzegania oraz gotowość szybkiego reagowania na potencjalne ataki rakietowe i dronowe.
Sukces tego celu wymaga jednak utrzymania stałej obecności wojskowej w regionie i wspierania partnerów regionalnych, gdyż działania militarne same w sobie nie eliminują długofalowego zagrożenia wynikającego z politycznych decyzji Teheranu i regionalnych układów sił. A to stosunkowo łatwo osiągnąć, ponieważ Amerykanie mają w rejonie dużo baz i rozwiniętą sieć wywiadowczą.
Mgliste cele
Każdy z punktów jest tak skonstruowany, że Trump może w każdej chwili ogłosić sukces. Zwłaszcza jeśli uda się zatopić lub uszkodzić kolejne okręty. Będzie to jedyny namacalny dowód na sukces. W żadnym z pozostałych przypadków nie zdefiniowano jednoznacznych, mierzalnych kryteriów końcowych.
Nie określono, jaki poziom redukcji produkcji rakiet uznawany jest za wystarczający, jak długo Iran ma być „niezdolny” do działań zastępczych ani co dokładnie oznacza gwarancja, że Iran „nigdy” nie posiądzie broni nuklearnej w sensie operacyjnym. Ten brak szczegółowości nie jest przypadkowy. Są one na tyle mgliste i nieprecyzyjne, że łatwo ich wypełnienie naciągnąć do potrzeb. I tak też zapewne będzie, ponieważ Trump bez zgody Kongresu nie może przeciągać operacji w nieskończoność. W praktyce oznacza to, że sukces tej operacji będzie zależał wyłącznie od „widzi mi się” Trumpa, który zakończy ją, kiedy uzna, że nie jest mu już potrzebna.





