Donald Trump uderzył na Iran, by odnieść szybki, imponujący triumf. Dłuższa wojna mu się nie opłaca, więc ostatecznie zostawi kraj na pastwę ajatollahów. Może jedynie osłabić reżim militarnie i finansowo oraz ukrócić jego wpływy w regionie, a przy okazji pokazać światu, kto tu rządzi.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Korespondencja z USA
Choć trudno w to uwierzyć, Donald Trump samowładnie, bez zgody Kongresu, o konsultacjach z sojusznikami, których olewa, czy amerykańskimi ekspertami nie wspominając, uderzył na Iran bez żadnego perspektywicznego planu.
Ośmielony bezbolesnym i — trzeba przyznać — spektakularnym zdjęciem kata Wenezueli Nicholasa Maduro, zabił ajatollaha Chameneiego. Co dalej? Zindoktrynowani do ostatniej szarej komórki fanatycy tworzący Gwardię Rewolucyjną mają złożyć broń, lud Iranu — wziąć sprawy we własne ręce, wyłonić demokratycznych liderów i powierzyć im przywództwo w wolnych wyborach. Ha, ha, ha.
Polityczne samobójstwo
Reżim, choć stawiał niedawno czoła potężnym wybuchom społecznego niezadowolenia, trzyma się mocno. Obowiązki blisko 87-letniego najwyższego przywódcy sprawnie przejęła rada tymczasowa, która wybierze kolejnego zastępcę Boga na ziemi. Kto by nie uzyskał tej godności, szanse demokratyzacji kraju pozostaną bliskie zera.
Republika islamska nie jest typowym, przeżartym korupcją i cynizmem reżimem totalitarnym, kontrolowanym przez pojedynczego satrapę. Ajatollahom nie da się zaoferować alternatywy na tyle atrakcyjnej, by sami oddali stery. A zniszczenie struktur władzy budowanych od roku 1979 i wyeliminowanie bądź spacyfikowanie wszystkich jej beneficjentów zdaje się niemożliwe. Chyba że Trump rozpętałby długą, krwawą wojnę, co nie wchodzi w rachubę.
Wszystko wskazuje, że podjął decyzję o ataku pod wpływem premiera Binjamina Netanjahu, który umie nim genialnie manipulować i tym razem zanęcił możliwością uśmiercenia Chameneiego. Czyli — na pierwszy rzut oka — odtrąbienia wielkiego sukcesu niewielkim kosztem. Ale tylko na pierwszy. Operacja już pochłonęła miliardy dolarów.
Osiągnięcie jakichkolwiek realnych sukcesów wymagałoby wielokrotnie większych pieniędzy. Z punktu widzenia elektoratu sensowniej byłoby je przeznaczyć na opiekę medyczną dla wszystkich obywateli USA. Albo wsparcie żywnościowe osób, które za sprawą wielkiej pięknej ustawy niedojadają.
Pompowanie bajońskich sum w wojnę na antypodach to polityczne samobójstwo. Wprawdzie George W. Bush ujechał na hurrapatriotycznej propagandzie całą kadencję, lecz Amerykanów paraliżowała wówczas trauma zamachów 11 września. Dziś — po doświadczeniach Iraku, Afganistanu, Syrii, Libii, by nie mnożyć przykładów wcześniejszych poronionych interwencji militarnych — nikt w USA nie ma na nie ochoty.
Żadna nie zwiększyła bezpieczeństwa Ameryki, nie przyniosła zysków strategicznych czy gospodarczych. Wręcz przeciwnie. Waszyngtońskie jastrzębie wymarły. Głównie ze starości, ale także wskutek niesprzyjającego klimatu politycznego. Wyborców nigdy nie zachwycało słanie młodzieży na śmierć w obcych krajach. Nawet jeśli większość początkowo wspierała akcje zbrojne, bojowy entuzjazm szybko mijał.
Pryzmat portfela
Trump doskonale zdaje sobie sprawę ze społecznych nastrojów. Dwukrotnie wygrywał wybory pod hasłem „najpierw Ameryka”, lansując nie tylko izolacjonizm, ale wręcz pełną samowystarczalność najpotężniejszego mocarstwa globu. Teraz najwyraźniej uznał, że szybka i skuteczna demonstracja siły poprawi mu notowania. Historycznie patrząc, zwykle tak bywało. Ale czasy się zmieniają.
Prezydent USA jest synem lat 80. Wtedy robił prawdziwe interesy. Budował „najwspanialsze” wieżowce świata. Grał rolę utalentowanego, choć nieobdarzonego nadmierną erudycją biznesmena na salonach, a nie tylko w reality show. Wciąż żywo pamięta nigdy niepomszczone zajęcie amerykańskiej ambasady w Teheranie i 444-dniową niewolę dyplomatów wraz z rodzinami. Dla jego wyborców wydarzenia sprzed prawie pół wieku — jeśli w ogóle obiły im się o uszy — stanowią historyczną ciekawostkę.
Operacje w Iraku i Afganistanie, choć precyzyjnie zaplanowane oraz realizowane z wykorzystaniem pełnego potencjału (także intelektualnego) amerykańskiej machiny wojennej, skończyły się fiaskiem. Trump najpierw przywalił i dopiero teraz myśli, bądź jeszcze nie myśli, co dalej.
Zaatakował regionalne mocarstwo, ryzykując demolkę Bliskiego Wschodu, światowy kryzys gospodarczy spowodowany gwałtownym wzrostem cen ropy, zamachy terrorystyczne wszędzie, gdzie sięgają macki ajatollahów, falę uchodźców, których sam oczywiście nie przyjmie.
Problem spadłby na barki Europy. Właściwie w to mu graj. Może dzięki irracjonalnemu humanitaryzmowi liberalnych przywódców starego kontynentu, we Francji wygrałaby w końcu Le Pen, w Niemczech — AfD, w Polsce — rykoszetem — PiS. A na Węgrzech utrzymałby władzę tata trumpizmu Victor Orbán. Trudno natomiast wybrazić sobie, by irańska awantura pomogła Partii Republikańskiej wygrać listopadowe wybory do Kongresu.
Elektorat bezpartyjny i niezależny ma w nosie geopolitykę, ocenia władzę przez pryzmat własnego portfela. A twardy trzon MAGA przeciera oczy ze zdumienia. Prezydent przyrzekał zagwarantować izolacjonistyczne ciepełko w narodowym grajdołku, tymczasem wziął się za meblowanie na nowo świata wedle recept pogrobowców zimnej wojny.
Dlatego musi się szybko wycofać. I już taki zamiar sygnalizuje. Gwardzisto złóż broń lub giń? Ludu wybierz sobie nowych, mądrych przywódców, najlepiej przychylnych USA? Przecież to kpina a nie strategia Waszyngtonu wobec najbardziej zapalnego kawałka globu.
Sponsorzy wolą spokój
Z punktu widzenia Netanjahu każda forma osłabienia reżimu, który poprzysiągł zagładę Izraela, jest korzystna. Nawet jeśli w Iranie zapanuje chaos, wybuchnie wojna domowa, kraj się rozpadnie. Im gorzej, tym lepiej. Hamas, Hezbollah oraz inne ugrupowania terrorystyczne stracą źródło utrzymania. Nad państwem żydowskim przestanie wisieć groźba ataku nuklearnego.
A gdyby — wbrew zamiarom oraz interesom Trumpa — wojna się przedłużyła i skończyła okupacją, izrealscy żołnierze nie pojadą przecież do Iranu z przyczyn oczywistych. Sama ich obecność działałaby na wszystkie państwa arabskie jak płachta na byka. Prędzej pojadą polscy.
Trump chciał przede wszystkim zaliczyć kolejny militarny triumf na użytek wewnętrzny. Odwrócić uwagę od drożyzny, Epsteina, brutalności służb imigracyjnych, niepowodzenia wojen celnych. Dać prawdziwym patriotom okazję do pomachania flagami.
Jednak Iran to nie Wenezuela, a Bliski Wschód w niczym nie przypomina Ameryki Południowej. Syrią, Libią i Libanem wciąż targają konflikty. Równocześnie lokalni krezusi — Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Bahrajn — rozumieją, że dochody z ropy to słaba podstawa długofalowego rozwoju.
Nałożyły maskę nowoczesności i aktywnie zabiegają o łaski światowego kapitału, oferując inwestorom znakomite warunki finansowe tudzież bizantyjski luksus. Rozróba zagrażająca stabilizacji regionu jest ostatnią rzeczą, której chcieliby właściciele owych enklaw bogactwa.
Natanjahu dysponuje argumentami politycznymi, przy czym elektorat żydowski nigdy nadzwyczajnie Trumpowi nie sprzyjał, a chrześcijańscy fundamentaliści nie odgrywają większej roli w wyborach kongresowych, bo są rozproszeni. Potrzebni mu byli tylko do wygrywania prezydenckich.
Natomiast od wspomnianych krajów arabskich prezydent USA bezwstydnie bierze — za pośrednictwem synów i zięcia — czystą, żywą gotówkę, więc można sądzić, że Rijad, Abu Zabi (plus Dubaj!), Doha, Manama szybko przywołałyby go do porządku, gdyby zasmakował w militarnej eskalacji. Ale bez obaw, raczej nie zasmakuje.

