A kiedy premier już jej uwierzył, wybuchła afera w Warszawskim Szpitalu Południowym. — Igor musiał przeczytać przez weekend to, co dostał z resortu zdrowia, i zdecydować, czy da się to dobrze sprzedać. Najwyraźniej uznał, że się da — słyszymy teraz w KO.

Jest więc już pomysł na to, co zmienić w systemie ochrony zdrowia. A przynajmniej, od czego zacząć. Na początek likwidacja kominów płacowych. Ta ustawa napisana natychmiast po wybuchu afery w Szpitalu Południowym czeka na podpis prezydenta.

Po drugie, limity zarobków. — Wprowadzimy również maksymalne poziomy wynagrodzeń, zarówno indywidualnych, jak również tych maksymalnych wydatków, których spodziewamy się, czy rekomendujemy w ramach budżetów szpitali ze środków, które przekazujemy z Narodowego Funduszu Zdrowia — ogłosiła w środę ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Premier zaakceptował bowiem zaproponowane przez nią zmiany w systemie ochrony zdrowia.

Maksymalna kwota za godzinę dla lekarza to 240 zł. Miesięcznie za 40 godzin pracy to prawie 40 tys. Lekarz będzie musiał pracować w szpitalu przynajmniej na pół etatu, a jeśli będzie chciał pracować w innych miejscach, będzie musiał uzyskać zgodę na takie zatrudnienie. To rozwiązanie ma pokazać, ile i gdzie realnie pracują lekarze.

— Na tapecie mamy też wyceny świadczeń. W zeszłym roku 114 procedur zostało obniżonych. To są także te procedury z zakresu chirurgii kręgosłupa czy kardiologii, które tworzyły kominy płacowe. Kolejne 100 jest w procesie taryfikacji. Przed nami także rozszerzenie uprawnień kontrolnych NFZ — zapowiedziała ministra zdrowia.

A żeby nikt się do kolejki nie wypychał, niezależnie od tego, jakiej partii ma legitymację i od jakiego profesora przyszedł, powstać ma centralna e-kolejka na planowe usługi medyczne. Tyle w skrócie z merytorycznych zapowiedzi reformy.

Politycznie sprawa nie jest prosta, ale nasi rozmówcy uważają, że premier po prostu tym razem nie miał wyjścia.

— Prawda jest taka, że Jola (minister Sobierańska-Grenda — przyp. red.) chodziła do niego od początku roku i pokazywała, gdzie ten system jest całkowicie niewydolny. Wielokrotnie mówiła mu, że jesteśmy na granicy załamania się ochrony zdrowia. No ale na taką reformę nigdy nie ma dobrego momentu. Dlatego Donald trochę w to nie wierzył. Na zasadzie: „od 30 lat ten system jest niewydolny, a jakoś działa”. W końcu uwierzył, ale wtedy im ten Szpital Południowy wybuchł. Teraz już po prostu musi działać — relacjonują nasi rozmówcy z KO.

Każdy premier i każdy minister zdrowia ma doświadczenie „białego miasteczka” pielęgniarek, protestów rezydentów czy odejścia od łóżek lekarzy i każdy się tego boi. Szef Naczelnej Izby Lekarskiej Łukasz Jankowski miał rację, pisząc, że „żaden rząd jeszcze z lekarzami nie wygrał”. Nasi rozmówcy przekonują, że teraz akurat jest świetny moment, żeby pierwszy raz nie tyle wygrać, ile zacząć zmieniać system.

— Dyskusja o zarobkach lekarzy toczyła się przed sprawą ze Szpitalem Południowym. W każdym powiecie w Polsce coś takiego się znajdzie: szpital ma długi, a doktor zajeżdża super furą i zarabia milion rocznie. To ludzi realnie wkurza. Nie o to chodzi, żeby lekarzy poniżać, ale żeby jednak nawiązali kontakt z rzeczywistością — tłumaczą politycy partii rządzącej.

KO chce wykorzystać „wkurzenie” na lekarzy. „Dajmy im zarobić, ale nie absurdalnie”

— A ponieważ ta dyskusja trwa i jest zupełnie naturalna, to dość łatwo jest teraz powiedzieć: „dajemy lekarzom za ich ciężką pracę godnie żyć, dajmy im zarobić duże pieniądze, ale nie absurdalne pieniądze”. I teraz jest na taką rozmowę najlepszy czas — dodają.

Według naszych rozmówców premier zrozumiał, że czas na porządki w ochronie zdrowia, a przynajmniej na ich zainicjowanie, jest właśnie teraz. A jeśli tego nie zrobi, to kampania wyborcza upłynie mu pod znakiem zapaści, dramatów i codziennych pożarów, których nie uda się ugasić. W skrócie: teraz albo nigdy.

W zeszłym tygodniu ministra zdrowia i szef NFZ odwiedzali premiera w jego kancelarii przynajmniej dwukrotnie, przynosząc pakiety rozwiązań, które realnie można wprowadzić. Z KPRM pojawiły się przecieki, że premierowi żaden z nich specjalnie się nie podobał. Stąd ultimatum, że do wtorku ma się pojawić taki, który będzie spełniał oczekiwania szefa rządu. Pojawił się.

— A tam — śmieje się nasz rozmówca z KO — po prostu Igor (Ostachowicz, najbliższy doradca premiera — przyp. red.) musiał przeczytać przez weekend to, co dostał z resortu zdrowia, i zdecydować, czy da się to dobrze sprzedać. Najwyraźniej uznał, że się da.

Niektórzy są bardzo zawiedzeni, bo na giełdzie nazwisk już pojawiło się przynajmniej kilka potencjalnych kandydatów na ministra zdrowia. Wbrew prasowym doniesieniom Bartosz Arłukowicz nie ma ochoty ponownie wchodzić do Pałacu Paca w roli ministra. Zdecydowanie lepiej czuje się w Brukseli. Ale już były wiceminister i obecny senator lewicy Wojciech Konieczny chętnie zająłby ministerialny fotel. Lewica w ogóle uważa, że odpolitycznienie resortu to nie był najlepszy pomysł i chętnie wróciłaby do zarządzania zdrowiem. Podobno pytania o ewentualne przejęcie resortu kierowano także do posłanki KO Alicji Chybickiej, lekarki, onkolożki z Wrocławia.

Jednak w tej chwili temat wymiany w resorcie zdrowia jest nieaktualny. Na razie Donald Tusk pozwoli ministrze Sobierańskiej-Grendzie wprowadzić zmiany. A jeśli się jej nie uda, to okazja do publicznej egzekucji na pewno się jeszcze znajdzie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version