Nieostrożna wypowiedź Baracka Obamy, że kosmici naprawdę istnieją oraz szybka reakcja Donalda Trumpa, który zapowiedział „wyciągnięcie z kłopotów” byłego prezydenta USA poprzez odtajnienie dokumentów dotyczących życia pozaziemskiego, spowodowały, że natychmiast zabrałem się do ponownego oglądania serialu „Z Archiwum X”.
Przygód agentów FBI Muldera i Scully nie widziałem od czasów, gdy nawet największym fantastom nie śniły się serwisy strumieniowe. Rzecz pamiętałem jak przez mgłę, tym większą rozkosz przeżyłem, gdy znów znalazłem się w świecie stworzonym przez Chrisa Cartera, scenarzystę serialu, który przetrzepał mózgi całemu pokoleniu dorastającemu w latach 90.
Gdy jeszcze okazało się, że w marcu przypada trzydziesta rocznica premiery „Z Archiwum X” w polskiej telewizji, zrozumiałem, że to wszystko nie jest przypadkiem.
Premiera amerykańska odbyła się trzy lata wcześniej, u nas hasło „The truth is out there” pojawiło się z opóźnieniem, ale my także zgodziliśmy się z tym, że istnieje prawda, która jest gdzieś indziej, nie tutaj. Ten serial mówił nam „chcę wierzyć” i jednocześnie „nie ufaj nikomu”.
A teraz Barack Obama mówi, że kosmici istnieją, ale „nie widziałem ich i nie są przetrzymywani w Strefie 51. Nie ma tam żadnej podziemnej bazy, chyba że istnieje ogromny spisek i ukryto to przed prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Słowem Obama streścił całe „Z Archiwum X” opierające się na teorii, że istnieje wielki spisek, którego zadaniem jest ukrycie prawdy nie tylko o tym, że w Strefie 51, tajnej bazie CIA w Nevadzie, przetrzymuje się zwłoki kosmitów z latającego spodka, który rozbił się w 1947 r. w Roswell w Nowym Meksyku, ale też że obce cywilizacje nawiedzały Ziemię wielokrotnie, sami kosmici nie tylko przylatują i odlatują, lecz także żyją wśród nas i mieszają w naszych sprawach.
Gorzej, dużo gorzej: kosmici nas kontrolują, a nawet hodują w wielkiej fermie. Zostaliśmy skolonizowani przez Obcych — tak można streścić mitologię „Z Archiwum X”. Od czasu do czasu kosmici też porywają ludzi, dokonują na nich eksperymentów, zmieniają ich w hybrydy: półludzi, półkosmitów. W końcu siostra Muldera została porwana przez najeźdźców z kosmosu, stąd obsesja agenta na ich punkcie. Każdy rozsądny człowiek chciałby, żeby kosmici porwali mu rodzinę, ale najwyraźniej nie wszyscy.
Dwoje agentów ze specjalnego wydziału FBI zajmującego się wyjaśnianiem wymykających się trzeźwemu rozumowaniu zjawisk i zbrodni opętało naszą wyobraźnię. Mulder był zafiksowany na zjawiskach paranormalnych, wierzył w istnienie obcych cywilizacji, potrafił znaleźć wytłumaczenie każdej dziwnej zbrodni. Na dodatek teorie spiskowe suflował mu wysoko postawiony w tajnych strukturach rządowych informator zwany, a jakże, Głębokim Gardłem. I wszystkie te teorie spiskowe okazywały się w dodatku straszliwą prawdą.
Scully zaś była do bólu zdroworozsądkowa, umiała sięgnąć po wiedzę z biologii i medycyny, by zbić obłąkane teorie Muldera. Zazwyczaj jednak okazywało się, że to Mulder rozwiązał zagadkę swoim paranoicznym mózgiem. Kibicowało się Mulderowi, żeby to on miał rację, żeby nasze zdroworozsądkowe, oświecone umysły zostały pokonane. Nie szło przecież o to, że jesteśmy maniakami, choć wielu z nas oczywiście nimi jest. Kiedy pomyśli się, że żyjemy i umieramy zupełnie sami w nieskończonych odmętach kosmosu, to nachodzi nas paraliżujące przerażenie, ontologiczny strach, a pojawienie się kosmitów uwolniłoby nas od tego nieustannego niepokoju, jaki towarzyszy ludzkości. Pragnienie, żeby istniało inteligentne życie poza Ziemią, a choćby i agresywna cywilizacja dążąca do zawładnięcia gatunkiem ludzkim, a nawet wybicia go do nogi, jest jedną z najmocniejszych naszych emocji. Jeśli istnieją obce cywilizacje, to są od nas inteligentniejsze, o co zresztą nietrudno. Po prostu nie chcemy być sami w czarnym oceanie wszechświata.
Poza tym w „Z Archiwum X” przeprowadzano tajne eksperymenty klonowania ludzi, tworzenia superżołnierzy, z których wyrastali psychopaci o nadludzkiej sile, mutantów o unikalnych zdolnościach. Do tego pojawiali się sadyści, sataniści, paranoicy, seryjni mordercy, szaleni naukowcy oraz mesmeryści używający psychokinezy, czyli istoty, których w życiu za nic nie chcielibyśmy spotkać. A jednak oglądaliśmy, bo świat paranoi, jaki pokazywało „Z Archiwum X”, był i tak w pewnym sensie normalniejszy niż rzeczywistość. Człowiek aż chciałby, żeby politycy, którzy nami rządzą, okazali się kosmitami w ludzkich ciałach. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby wreszcie wyszło na jaw, że Jarosław Kaczyński jest zjawiskiem paranormalnym, wynikiem nieudanych eksperymentów przeprowadzonych przez kosmitów na porwanym kiedyś przez latający spodek człowieku? Przypomnijcie sobie odcinek „Roland”, w którym jeden z bliźniaków kontrolował umysł drugiego, sterując jego zachowaniem, i wydawał mu mordercze rozkazy. Może nie wizytują nas zbyt często ufoludki, ale że jesteśmy krajem paranormalnym, to oczywiste.
Ten, kto trzydzieści lat temu dostawał gęsiej skórki na sam widok czołówki serialu, a krew mu zamarzała w żyłach na dźwięk motywu muzycznego, nigdy nie będzie już taki jak wcześniej. To jest może najlepsza muzyka w historii sztuki serialowej, a może i w historii kina i telewizji. Po trzydziestu latach znów doświadczam tego podniecającego uczucia, gdy ją słyszę, i nie klikam przycisku „pomiń czołówkę”, bo mógłbym ją oglądać w nieskończoność, słuchać tej muzyki nawet po śmierci i wierzyć w to, że istnieje inny świat, poza tym, jakiego codziennie doświadczamy. W tamtych latach wyłącznie muzyka Angelo Badalamentiego do „Miasteczka Twin Peaks” mogła konkurować z utworem Marka Snowa do „Z Archiwum X”.
Jeśli istnieje wspólne doświadczenie lat 90., to muszą nim być „Miasteczko Twin Peaks”, matka i ojciec nowoczesnej kultury serialowej, i „Z Archiwum X”, ich pierwsze genialne dziecko. A później przyszli „Zagubieni”, kolejny łamiący schematy gatunkowe wytwór bazujący na teoriach spiskowych, połączenie serialu przygodowego z science fiction, horrorem, podróżami w czasie, opowieść o tym właśnie, że „The truth is out there”. Przy czołówce „Zagubionych”, gdzie pojawiał się jedynie tytuł „Lost”, na dodatek bez muzyki, a jedynie z jakimś zgrzytaniem, człowiek był przerażony tak, jak lubi być przerażonym. Nieoczywistością. Tajemnicą. Zgrozą własnego życia.
Przygody Muldera i Scully były opowieścią o walce rozumu z obłędem, a geniusz twórców „Z Archiwum X” polegał na tym, że oglądając serial, stawaliśmy po stronie obłędu przeciw rozumowi. Scully była nie do wytrzymania racjonalna, nawet jak czarno na białym widać było, że to robota kosmitów, to wciąż szukała rozumowego wyjaśnienia pozaziemskich fenomenów. Chcieliśmy, żeby to Mulder miał rację, by okazało się, że sprawcą zbrodni jest genetyczny mutant, który wymknął się spod kontroli tajnego programu rządowego, by to kosmici przybierający postacie ludzkie byli zbrodniarzami. Chcieliśmy się bać, bo człowiek zawsze był istotą irracjonalną, od zarania istnienia ludzkości wierzył w coś, co jest przed nim ukryte, tajemne, groźne i przez to podniecające.
Trzydzieści trzy lata temu w odcinku „Duch w maszynie” sztuczna inteligencja mordowała ludzi. Pocieszające jest to, że owego potwora sztucznej inteligencji stworzył genialny programista Wilczek. I to być może jest największy wkład Polaków w niszczenie świata.




