Teraz to chyba trzeba każdą wypowiedź pisemną zaczynać od informacji, że tego tekstu nie napisała żadna inteligencja sztuczna, tylko moja własna organiczna, co ją mam przeważnie w głowie, chociaż każdy wie, że różnie się to w człowieku, w zależności od rozmaitych uwarunkowań, rozmieszcza. Więc prawda jest taka, że sama to piszę, w pocie czoła, mogłabym powiedzieć, że się urabiam po łokcie i wręcz, że krwawica, ale bez przesady, ja to lubię robić.
Do tego, że się lubi pisać, strach się przyznawać, bo zaraz człowieka zwyzywają od grafomanek, ale co ja poradzę, przynajmniej jestem grafomanką analogową, a to coraz rzadsze. Wszyscy już chyba skomentowali raport z badania dna, przepraszam DNA, marki Polska, ale co ja poradzę, że też bym chciała, chociaż nie wiem, czy coś odkrywczego dorzucę do tego stosu kamieni, którym przysypana została najkrócej urzędująca ministra naszego tłumnego rządu. Ledwie trzy tygodnie z małym ogonkiem zajęło samozaoranie się koncepcji promowania naszej niestrudzenie wątpiącej w siebie ojczyzny, Polski, która JESZCZE nie zginęła oraz ma w sobie więcej, niż moglibyście się spodziewać.
Raport profesor Mróz-Gorgoń doprecyzował, czego konkretnie niespodziewanego ma Polska w sobie więcej: tradycyjnej chlebowości (ale tylko w chlebie żytnim, pszenica się w raporcie nie pojawia), polskiego płaskiz (cokolwiek by to miało być, zakładam, że chodzi o Mazowsze) oraz generalnej zielni, w której jak w oceanie łódka nasza brodzi, co wiemy od wieszcza, a nie z raportu, ale na szczęście jesteśmy wybitnymi erudytami.
Polska ma w sobie również predylekcję do tego, żeby ważne badania społeczne prowadzili wolontariusze, czyli osoby pracujące bez wynagrodzenia (kudoski dla was, kochani), oraz żeby raporty z tychże pisały osoby z tytułami profesorskimi, które nie czytają własnych tekstów, nawet po to, żeby poprawić słowa, które im komputerowy edytor tekstu podkreślił wężykiem na czerwono. Pocieszać można by się ewentualnie było faktem, że podobno Kant też nie przeczytał po napisaniu „Krytyki czystego rozumu” — tak przynajmniej twierdzi we wstępie do tego przełomowego, aczkolwiek momentami kompletnie niezrozumiałego arcydzieła, jego wybitny tłumacz i przy okazji wielki polski filozof Roman Ingarden.
Promowanie naszej marki zostało zduszone w zarodku, a tłumaczenia, dlaczego tak źle to poszło, można byłoby uznać za gorsze niż sam raport, ale niestety nic nie jest gorsze. Pani pełnomocniczka przyznała się do używania AI, co samo w sobie nie jest karalne, oraz uznała, że spadła na nią fala hejtu. Nie przeprosiła, nie przyznała się do błędu, nie wyjaśniła, jakim cudem znalazła się w kancelarii premiera oraz na czym polegał czar rzucony na osoby, które brały udział w prezentacji tego wykwitu totalnego braku kompetencji, że nikt nic nie powiedział, nie było okrzyku „król jest nagi”, tylko wszyscy grzecznie kiwali głowami, słuchając o tym, że ojczyzna nasza mogłaby być Ferrari, a jest zaledwie Polonezem. Nie rozumiem, ale mam wielką nadzieję, że pani profesor Mróz-Gorgoń opowie nam wszystkim kiedyś, jak to się robi.
W efekcie tych wydarzeń Polska znowu może być niewypromowana. Co to znaczy? Że nie przyjadą do nas ani turyści, ani inwestorzy, a my będziemy kontynuować nasz martyrologiczny kompleks unurzani po uszy w historii sufferingu. Każdy ma coś, najwidoczniej my mamy suffering, Australijczycy natomiast surfing. We wszystkim można osiągnąć mistrzostwo, zwłaszcza jak się startuje z poziomu dna. Na szczęście, mamy wszyscy — i mówię to, odnosząc się do skali globalnej — czas skupienia uwagi krótszy niż złote rybki, więc każda afera trwa najwyżej 48 godzin, a potem nikt już niczego nie pamięta.
Ważne są kwoty, a ostatni tydzień sponsoruje kwota 200 tys. zł. Tyle kosztowało badanie pani profesor i tyle samo dokładnie Przemysław Kral miał wydać na zegarek, którym obdarował prezesa PKOl Radosława Piesiewicza. Przypadek? W sumie sama nie wiem, co bym sobie wolała za tyle pieniędzy kupić, ale na szczęście nie muszę podejmować takich trudnych decyzji w najbliższym czasie. Pan Kral natomiast miał pieniądze (po to się, synku, buduje piramidy finansowe!) i gospodarował nimi rozsądnie, bo oprócz zegarków fundował również wycieczki, np. pan poseł Moskal udał się na Ibizę, gdzie atmosfera sprzyja powadze i skupieniu, by tam z prezesem Zondy zamienić słówko. Poseł się broni, że nie bardzo jest o czym mówić, bo to była zaledwie godzina, ale jednocześnie przecież początek pięknej przyjaźni. A to jest towar wart każdej ceny.

