— Nadchodzące dni będą decydujące dla operacji w Iranie — zapowiedział we wtorek szef Pentagonu Pete Hegseth. — Iran to wie i praktycznie nie mogą nic z tym zrobić z punktu widzenia militarnego — dodał. A prezydent Donald Trump stwierdził, że kraje, które nie chciały wesprzeć USA w wojnie przeciwko Iranowi, a teraz narzekają na niedobory ropy naftowej, mogą kupować surowiec od Stanów Zjednoczonych lub wziąć go sobie same z cieśniny Ormuz.
Podczas wtorkowej konferencji Pete Hegseth przekonywał, że „głównym celem” USA jest dążenie do zawarcia porozumienia z Iranem. Jak jednak zaznaczył, to prezydent Donald Trump uzna cele operacji za zrealizowane. Nie sprecyzował, ile jeszcze będzie trwać wojna.
Z kolei sekretarz stanu USA Marco Rubio mówił o „tygodniach, nie miesiącach”. — Mamy bardzo jasno określone cele, do których dążymy. Obejmują one zniszczenie ich sił powietrznych, co już udało się osiągnąć; zniszczenie ich marynarki wojennej, co w dużej mierze udało się osiągnąć; znaczne zmniejszenie liczby posiadanych przez nich wyrzutni rakietowych, co jest już na dobrej drodze do realizacji — wyliczał również we wtorek Rubio. —Zamierzamy zniszczyć fabryki produkujące te pociski i drony, których używają do atakowania sąsiadów, Stanów Zjednoczonych oraz naszych sił w regionie. Nie zajmie to miesięcy. Nie powiem wam dokładnie, ile to będzie tygodni, ale to kwestia tygodni, a nie miesięcy.
Marines i żołnierze 82. Dywizji Powietrznodesantowej na Bliskim Wschodzie
Amerykanie zgromadzili w pobliżu Iranu już ponad 50 tys. żołnierzy i są gotowi na operację lądową. Według Reutersa na Bliski Wschód dotarło w ostatni weekend ok. 2,5 tys. marines. Dołączają do nich żołnierze 82. Dywizji Powietrznodesantowej. AP mówi o co najmniej tysiącu, a Reuters — o docelowo 3-4 tys. spadochroniarzy i żołnierzy wsparcia.
Informacja o tym przerzucie wyciekła do mediów w ubiegły wtorek (24 marca). Szacowano wówczas, że do regionu może trafić nawet 3 tys. spadochroniarzy, którzy dołączą do około 5 tys. żołnierzy piechoty morskiej, poszerzając szeregi 50 tys. amerykańskich wojskowych stacjonujących na Bliskim Wschodzie. To najnowsza odsłona amerykańskiego wzmacniania sił w regionie — USA przygotowują się do potencjalnej, ogromnej eskalacji konfliktu, w tym możliwej inwazji na kluczowy dla irańskiego eksportu ropy naftowej port.
We wtorek (31 marca) dziennik „The Wall Street Journal” poinformował, że Donald Trump miał rozmawiać ze swoimi doradcami o jak najszybszym zakończeniu wojny. Zresztą już w ubiegłym tygodniu prezydent zaproponował porozumienie z Iranem, jednak jednocześnie zagroził atakiem, mówiąc, że USA „mogą zniszczyć wyspę Chark w każdej chwili”. Ta niewielka, oddalona od irańskiego lądu o zaledwie 24 kilometry wyspa jest kluczowa dla i tak już słabej gospodarki Iranu — to właśnie przez nią przechodzi 90 proc. eksportu ropy z Teheranu.
Amerykańskie siły zbombardowały Chark dwa tygodnie temu, celując w miejsca składowania min morskich. Jednak pojawienie się tysięcy żołnierzy armii i piechoty morskiej może dać Białemu Domowi kilka nowych możliwości przeprowadzenia ataku lądowego i spełnienia wcześniejszych gróźb administracji.
Kluczowe znaczenie wyspy Chark
Zamknięcie przez Iran cieśniny Ormuz — strategicznego szlaku morskiego, przez który przepływa jedna piąta światowej ropy i gazu — było jedną z najskuteczniejszych form odpowiedzi na trwające od 28 lutego bombardowania ze strony USA i Izraela. Zablokowanie cieśniny wywindowało ceny ropy i gazu z powodu obaw o dostawy, co doprowadziło do zamieszania na światowych giełdach.
We wtorek Trump zasugerował państwom, które nie chciały wesprzeć USA w wojnie przeciwko Iranowi, a teraz narzekają na niedobory ropy naftowej, by kupowały surowiec od Stanów Zjednoczonych lub „wzięły” go sobie same z cieśniny Ormuz.
Przejęcie leżącej na północ od cieśniny wyspy Chark dałoby USA kontrolę nad eksportem irańskiej ropy — fundamentem tamtejszej gospodarki — a także przyczółek w samym szlaku morskim. Opanowanie wyspy wywarłoby presję na Teheran, by ten złagodził blokadę cieśniny.
Iran zapewnia jednak, że jest gotowy na amerykańską inwazję. Jak stwierdził w ubiegłą środę (25 sierpnia) jeden z najważniejszych tamtejszych dowódców wojskowych, Teheran „uważnie monitoruje wszystkie ruchy USA w regionie, zwłaszcza rozmieszczenie ich wojsk”.
— Nie wystawiajcie na próbę naszej determinacji w obronie ojczyzny — ostrzegł przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf.
Mistrzowie szybkich operacji
82. Dywizja Powietrznodesantowa, jedna z elitarnych formacji armii USA, na co dzień stacjonuje w Fort Bragg w Karolinie Północnej, jednak może być wysłana w dowolne miejsce w dowolnym czasie.
W przeciwieństwie do innych oddziałów spadochroniarze są szkoleni do szybkiego zajmowania terenu w ciągu 18 godzin, bez wsparcia czołgów czy ciężkiego sprzętu. To sprawia, że są bardziej narażeni na ataki, jednak jak wskazują specjaliści, ich głównym celem jest szybkość i zaskoczenie wroga.
Wspierać ich będą tysiące żołnierzy piechoty morskiej, którzy również zostali skierowani do regionu. Jak mówi „Newsweekowi” Robert Murrett — emerytowany wiceadmirał marynarki USA, a obecnie wykładowca administracji publicznej i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Syracuse — marines są mistrzami w operacjach szybkiego przejmowania kontroli nad wyspami. Przejęcie kontroli nad Chark to dla tych żołnierzy „najważniejsze zadanie”.
Oddziały piechoty morskiej
Na Bliski Wschód wysłano niemal 5 tys. marines, w ramach dwóch Zespołów Ekspedycyjnych Piechoty Morskiej (MEU). Liczący 2,2 tys. wojskowych 31. MEU podróżował na pokładzie USS Tripoli, który wypłynął z Japonii. Pentagon na miejsce wysłał także kalifornijską grupę desantową Boxer (ARG) złożoną z trzech okrętów wojennych i 11. MEU na pokładzie. Zgodnie z doniesieniami, dotarcie do regionu zajmie żołnierzom około trzech lub czterech tygodni.
Jak podkreśla Murrett, „rzadko zdarza się”, by dwie tak duże jednostki MEU były jednocześnie rozmieszczone na Bliskim Wschodzie. Najprawdopodobniej będą działać wspólnie — jeżeli miałyby stanąć naprzeciw tysięcy irańskich żołnierzy, to nawet i tak stanowią one stosunkowo niewielką siłę. Choć taki kontyngent nadawałby się do przejęcia wyspy lub przeprowadzenia szybkich ataków lądowych, nie byłby on w stanie utrzymać pozycji przez dłuższy czas. Te siły szybkiego reagowania nie dysponują wystarczającą liczbą żołnierzy ani sprzętu do długotrwałych operacji.
Pojawiły się także doniesienia, że USA mogłyby wysłać oddziały, które miałyby oczyścić południowe wybrzeże Iranu, ostatecznie otwierając cieśninę Ormuz. Niektórzy spekulowali, że Stany Zjednoczone mogą zająć także inne wyspy u wybrzeży Iranu, by osiągnąć ten sam efekt — przywrócenie ruchu przez cieśninę staje się dla Amerykanów coraz pilniejsze.
Grupa ARG składa się z okrętu desantowego — w tym przypadku USS Boxer, pełniącego funkcję małego lotniskowca przewożącego żołnierzy, śmigłowce i nowoczesne myśliwce — oraz dwóch innych statków. Na pokładzie znajdują się pojazdy, sprzęt i mniejsze jednostki desantowe, które umożliwiają szybkie wejście wojskowych na brzeg. Taka operacja miałaby charakter desantu morskiego: amerykańskie oddziały lądują na wyspie, działając ze wsparciem samolotów atakujących wszelkie irańskie cele mogące im zagrozić.
Jak wyglądałaby lądowa inwazja na Iran?
USA najpierw starałyby się zniszczyć kluczowe systemy obronne na wyspie Chark. Według irańskich mediów państwowych amerykańskie ataki sprzed dwóch tygodni były wymierzone w znajdujące się na wyspie systemy obrony powietrznej, które mogłyby stanowić zagrożenie dla żołnierzy, samolotów i okrętów podczas ewentualnej inwazji.
Iran wciąż miałby jednak środki, by na taki atak odpowiedzieć. Teheran mógłby użyć m.in. pocisków balistycznych dalekiego zasięgu lub dronów wystrzeliwanych z lądu. Podczas zdobywania pozycji na wyspie, skąd można by było przeprowadzać kolejne ataki, amerykańskie wojska musiałyby być osłaniane przez myśliwce i śmigłowce. To jednak bardzo ryzykowne. Straty wśród żołnierzy byłyby praktycznie nieuniknione, a choć marines otrzymaliby wsparcie od własnych myśliwców i śmigłowców, grupa ARG nie dysponuje taką siłą jak np. lotniskowce, które byłyby w stanie zwalczać zagrożenia ze strony Iranu.
Dlatego, jak podkreśla Murrett, kluczowa w ochronie grupy ARG byłaby rola amerykańskiego niszczyciela z potężnymi rakietami dalekiego zasięgu. Jednak zbliżenie większych okrętów do wyspy wiąże się z ryzykiem — mogłyby one znaleźć się pod ostrzałem m.in. irańskich pocisków przeciwokrętowych, a dodatkowo istnieją obawy przed minami w cieśninie.
Gdy oddziały wejdą na brzeg, zacznie się wyścig z czasem. Nawet jeśli piechota morska i żołnierze 82. Dywizji Powietrznodesantowej byliby w stanie utrzymać wyspę przez pewien czas, to bez szybkiego wsparcia kolejnych oddziałów nie mieliby oni szans na długotrwałą kontrolę nad pozycjami w głębi Iranu.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.




