Od neogotyckiej twierdzy Wrocław Główny po drewnianą willę w Gąsocinie – polskie dworce to nie tylko przystanki. Opowiadają historię miejsca szybciej niż przewodnik, wprowadzają w klimat miasta, zanim zdążysz wyjść na ulicę.

Od samego początku miał robić wrażenie na podróżnych. Architekt Wilhelm Grapow chciał ukazać go jako symbol XIX-wiecznego postępu, nowoczesności i potęgi państwa pruskiego, w którego granicach leżał Wrocław. Dlatego zamiast praktycznej hali z poczekalniami zaproponował neogotycką twierdzę z wieżyczkami, która wygląda niczym brama do wielkiego, bogatego miasta. Ponoć pierwsi podróżni nie dowierzali, że ten monumentalny budynek to tylko stacja kolejowa. Jego wdzięk docenili po latach także filmowcy, dlatego został np. obsadzony w wojennym serialu „Stawka większa niż życie”, gdzie zagrał jeden z dworców w Berlinie.

Niestety, Wrocław Główny ma też w swojej historii tragiczny epizod związany z filmem. Na peronie trzecim zginął, wskakując do odjeżdżającego pociągu, jeden z najlepszych polskich aktorów – Zbigniew Cybulski, o czym przypomina tabliczka umieszczona w posadzce niedaleko miejsca, gdzie doszło do wypadku. Przez lata dworzec był przebudowywany i remontowany, ale największe odrodzenie przeszedł tuż przed organizowanymi w Polsce i Ukrainie mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2012 r. Zdjęto powojenne warstwy farby i tynku, odsłonięto i odtworzono zabytkowe detale, przywrócono kolory elewacji. Odkryto wtedy między innymi historyczne stropy i fragmenty dawnej polichromii, a także tunel z początku XX w., którego nie było na żadnych planach. Pod budynkiem rozciąga się też rozbudowany system przejść i pomieszczeń technicznych, które w czasie II wojny światowej wykorzystywano jako schrony przed bombardowaniem.

Ten dworzec jest jak architektoniczna kapsuła czasu – opowiada o olbrzymim skoku od rybackiej osady do bałtyckiej metropolii. Miasto w tym miejscu zaczęło rosnąć dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Obecny imponujący gmach dworcowy, wybudowany w latach 1923-1926, to dzieło Romualda Millera, projektanta wielu budynków publicznych przedwojennej Polski, w tym dworców kolejowych w Żyrardowie, Pruszkowie, Grodzisku Mazowieckim, Lublinie czy Aleksandrowie Kujawskim. Gdyński gmach łączy tradycję dworu polskiego z XX-wiecznym modernizmem. Przestronna poczekalnia, restauracja, księgarnia, a nawet salon fryzjerski – wszystko to miało podkreślać rangę nowoczesnego miasta portowego.

Niestety, II wojna światowa nie ominęła Gdyni i walki o miasto obróciły dworzec w ruinę. W latach 50. zarządzono budowę nowego, według projektu prof. Wacława Tomaszewskiego. Gmach połączył tak lubiany w Gdyni modernizm z socrealistycznym rysem i elementami art déco. Dziś w jego wnętrzach można podziwiać prawdziwe skarby – odrestaurowane kilkanaście lat temu freski i mozaiki ścienne przedstawiające pejzaże morskie, niebo, znaki zodiaku oraz wizerunek Pegaza. Podczas renowacji odsłonięto też fragmenty oryginalnej ściany dworca z 1926 r. o długości około 5 m, którą wkomponowano w nową przestrzeń.

Można go pomylić z letnim pałacem cesarza austro-węgierskiego albo wiedeńską operą. Ale nie zawsze ten monumentalny gmach tak się prezentował. Jego pierwszym architektem był Teodor Hoffman, projekt zatwierdziło wiedeńskie biuro budownictwa w Dyrekcji Generalnej Austriackich Kolei Państwowych, a budowę ukończono w 1860 r. Szybko okazało się, że budynek jest za mały, więc 35 lat później zyskał nowy, zbliżony do współczesnego wygląd. Rozbudową zajął się architekt Juliusz Teodor Zwoliński, który tchnął w rozrastający się budynek neobarokowego ducha. Podróżnych przed dworcem wita ozdobny, charakterystyczny ryzalit z zegarem, a do środka zaprasza przestronny hol z wysokim sufitem i historycznymi polichromiami. Można podziwiać tam panoramy miasta oraz symbole zawodów i rzemiosł. Choć dworzec przetrwał obie wojny światowe, przez powojenne lata stopniowo tracił swój dawny urok. Dopiero remont zakończony w 2012 r. przywrócił mu historyczny wygląd. Ornamenty roślinne, subtelne zdobienia, a do tego wysmakowane sztukaterie i masywne żyrandole tworzą atmosferę bardziej teatralną niż użytkową. Nowoczesne elementy, bez których nie może się obejść żaden dworzec – elektroniczne tablice czy system informacji pasażerskiej – wkomponowano w zabytkową tkankę z odpowiednim wyczuciem stylu i praktyczności. Ostatnie zawirowania dziejowe dodały przemyskiemu dworcowi nowego znaczenia. Od czasu inwazji Rosji na Ukrainę jest dla uchodźców pierwszym widokiem kojarzonym ze spokojną Polską.

Miłośnicy kolei żartują, że Malbork ma dwa zamki – jeden duży krzyżacki, a drugi mały, kolejowy. Wzniesiony w drugiej połowie XIX w. dworzec z czerwonej cegły wygląda jak miniaturowa twierdza, a nawiązania do monumentalnego, górującego nad okolicą średniowiecznego zamku Krzyżaków miały się wpisywać w historyczny krajobraz, a nie z nim konkurować. Wzrok przykuwają rytmiczne podziały elewacji, masywna bryła i dekoracyjne, staranne detale. Na przełomie XIX i XX w. Malbork, czyli pruski Marienburg, był ważnym ośrodkiem militarnym. W 20-leciu międzywojennym jego znaczenie podniosła budowa lotniska pasażerskiego zapewniającego połączenie z Berlinem, Gdańskiem i Olsztynem. Wówczas to Malbork zaczął się pojawiać w niemieckich rozkładach kolejowych jako docelowa stacja krajoznawczych wypadów. Specjalne pociągi przywoziły tu wycieczki szkolne i członków różnych stowarzyszeń zajmujących się kultywowaniem historii. Ówczesna prasa radziła, by przejeżdżając przez Malbork, wybierać miejsce w przedziale przy oknie od strony miasta, by móc podziwiać dworzec, miejską zabytkową zabudowę oraz sam zamek. Ostatnia wojna co prawda przyniosła Malborkowi ogromne zniszczenia, ale dworzec zachował swoją bryłę i został odbudowany przez polskie władze w pierwotnym kształcie.

Jeden z nielicznych zachowanych w Polsce drewnianych dworców z końca XIX w. Powstał około 1880 r., kiedy uruchomiono odcinek Kolei Nadwiślańskiej łączącej Warszawę z północnymi rubieżami carskiego zaboru, czyli Królestwa Polskiego. Zaprojektowany według ówczesnej rosyjskiej architektury wiejskiej połączonej z typową dla epoki formą dwukondygnacyjnej kolejowej willi. Na parterze mieściły się kasy biletowe i poczekalnie, a na piętrze – mieszkania dla kolejarzy.

Całość przypominała raczej dom niż obiekt kolejowy, co było charakterystyczne dla stacji obsługujących ruch lokalny. Zanim pojawiły się megafony i zapowiedzi głosowe, zwłaszcza mniejsze dworce musiały sięgać po rozmaite sposoby przyciągania uwagi podróżnych. Najstarsi mieszkańcy Gąsocina wspominają charakterystyczny dzwonek, którym tamtejsi kolejarze oznajmiali wjazd pociągu na stację. Dworzec zapisał się też w historii kinematografii. Posłużył jako plener filmowy w ekranizacji „Doktora Judyma” z roku 1975. Dziś popada w coraz większe zaniedbanie. Ma zostać wyremontowany, jego drewniana fasada odnowiona, a cały wygląd odtworzony według historycznych planów. Będą w nim działać lokalna biblioteka, restauracja i miejsce spotkań, w tym siedziba koła gospodyń wiejskich, co oznacza, że znów zacznie tętnić życiem.

Monumentalna, ceglana bryła wydaje się nieproporcjonalnie zbyt okazała jak na podkaliską miejscowość, w której się wznosi. To jednak nie efekt przesytu architektonicznego, lecz świadectwo politycznych ambicji. Budynek dworca w Nowych Skalmierzycach powstał w 1896 r. jako kluczowy element węzła kolejowego na styku zaborów rosyjskiego i pruskiego, w miejscu wytyczonej przez kongres wiedeński granicy między dwoma imperiami. To miała być brama do Prus i tak naprawdę budynek bardziej przypomina miejski ratusz niż prowincjonalną stację kolejową. Takie wrażenie podtrzymują zwieńczone ostrymi łukami okna, bogate detale i wyraźnie zarysowana potężna bryła. We wnętrzach kiedyś można było podziwiać płaskorzeźby z białego włoskiego marmuru i zwieszające się nad głowami gigantyczne kryształowe żyrandole.

Dworcowe restauracje, porównywalne do lokali wiedeńskich czy berlińskich, były w stanie spełnić zachcianki najbogatszych podróżnych. Ci mniej zamożni mogli oczekiwać na przyjazd pociągu w jednej z dwóch poczekalni, przy czym dla tych posiadających bilet pierwszej i drugiej klasy przeznaczono poczekalnię lepiej wyposażoną. Tutaj w 1913 r. spotkali się – na granicy imperiów – car Mikołaj II i cesarz Wilhelm II. Dworzec zaczął podupadać po I wojnie światowej, kiedy Nowe Skalmierzyce znalazły się na terytorium II Rzeczypospolitej. Dopiero w ostatnich latach monumentalny gmach doczekał się odpowiednich funduszy, które mają przywrócić mu zapomnianą świetność. Lokalny samorząd urządzi w jego wnętrzach między innymi salę koncertową.

To miejsce samo w sobie może być celem podróży, a na pewno powinno być punktem przystankowym. Historia urokliwego dworca w Szklarskiej Porębie Górnej sięga początków XX w. Wybudowana w tyrolskim stylu stacja kolejowa została oddana do użytku w 1902 r. Granitowa podmurówka, obłożona drewnem elewacja i spadzisty dach sprawiają, że na pierwszy rzut oka przypomina raczej schronisko górskie, a wrażenie to dodatkowo potęguje fakt, że wznosi się na wysokości 700 m n.p.m., w samym środku Karkonoszy, niedaleko granicy z Czechami. To jedna z najwyżej położonych stacji w Polsce, a przejazd prowadzącą do niej trasą był niegdyś wyzwaniem dla kolejarzy. W czasach parowozów zdarzało się, że zatrzymywali tu składy na znacznie dłużej, niż pozwalał rozkład, by ostudzić maszyny po wymagającym podjeździe. Podróżnym czas oczekiwania umilał widok na malownicze grzbiety Sudetów rozpościerający się z dworcowego tarasu. W 2021 r. stacja przeszła gruntowną rewitalizację, która pozwoliła połączyć historyczny charakter dworca z nowoczesnymi standardami podróżowania. W 2025 r. dworzec w Szklarskiej Porębie Górnej został uznany za najlepszy mały dworzec turystyczny na świecie w prestiżowym konkursie TopRail Tourist-Friendly Awards.

Wybudowany z czerwonej cegły urokliwy budynek powstał w 1888 r., w złotej epoce kolei. Znajdujący się wówczas pod pruskim panowaniem Wągrowiec leżał na trasie strategicznego połączenia z Poznaniem, a neorenesansowy styl, w jakim została zaprojektowana stacja, miał dodatkowo podkreślać znaczenie miasta. Wielospadzisty dach i ozdobne lukarny doświetlające dworcowe poddasze sprawiały wrażenie, że nie jest to zwykły budynek użyteczności publicznej. Przypominał raczej wysmakowaną miejską kamieniczkę. Obok stanęła wieża ciśnień, a kiedyś była tu także – dziś wyburzona – lokomotywownia z obrotnicą. W ostatnich latach historyczny budynek został wyremontowany i udoskonalony, zyskał nowe zadaszone perony oraz windy i został włączony do miejskiego Zintegrowanego Centrum Komunikacyjnego, wraz ze znajdującym się obok dworcem autobusowym i zespołem parkingów. Zmieniło się także otoczenie samej stacji, które w zamyśle miało stanowić zieloną oprawę zabytkowego budynku. Dlatego wokół posadzono ponad 3 tys. roślin. Wszystko to sprawiło, że dworzec kolejowy w Wągrowcu w 2018 r. zdobył nagrodę Dworzec Roku w konkursie organizowanym przez Fundację ProKolej i Fundację Grupy PKP.

Perełka polskiej architektury kolejowej międzywojnia i jednocześnie manifest polskiego stylu narodowego. Pierwszy budynek stacji w tym miejscu powstał w połowie XIX w. i miał obsługiwać przede wszystkim miejscowe fabryki. Okazał się jednak nieprzystosowany do wzmożonego ruchu na linii Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, dlatego na jego miejscu wzniesiono kolejny dworzec. Ten jednak został tak mocno uszkodzony w czasie I wojny światowej, że za najlepsze rozwiązanie uznano wyburzenie go i wybudowanie kolejnego. Obecny wzniesiono w latach 1920-1922, a nad projektem czuwał Romuald Miller, autor najciekawszych dworców kolejowych tamtych czasów. To za jego sprawą ten żyrardowski wygląda bardziej jak szlachecki, barokowy dworek niż typowa stacja kolejowa. Wyróżnia się przysadzistą, masywną bryłą wzmocnioną przez niskie przybudówki i podcieniowe łączniki do pawilonów bocznych. Charakterystycznym elementem jest wysoka, dekoracyjna attyka nad frontem oraz wieża z baniastym hełmem. Rangę budynku podkreślają łukowe otwory okienne i reprezentacyjne wejście pod wspartymi kolumnami arkadami. To nie jest surowa, praktyczna do bólu stacja przesiadkowa, ale mający robić wrażenie symbol odrodzonej polskiej państwowości. Co ważne, dużą część dawnego klimatu zachował do dziś. Podróżni mogą podziwiać oryginalne piece kaflowe, dziś zimne, ale niegdyś dogrzewające pasażerów w chłodniejsze dni. Wyglądają tak, że mogłyby stanąć w muzeum. Ale są nieodłącznym elementem tego miejsca.

To jeden z tych dworców, które potwierdzają, że kolej była tu czymś więcej niż tylko środkiem transportu. Monumentalny gmach, wzniesiony w latach 1897-1900, miał być wizytówką miasta i potwierdzeniem jego znaczenia jako portu, węzła handlowego i bramy na świat. Projekt dworca powstał w epoce, gdy architektura publiczna miała być nie tylko użytkowa, ale także prestiżowa. Styl niderlandzkiego neorenesansu, czerwona cegła, bogate szczyty, kamienne detale i charakterystyczna wieża zegarowa, górująca nad okolicą – wszystko to podkreśla hanzeatycką tradycję Gdańska. Wnętrza zaprojektowano z rozmachem godnym końca XIX w., z ukłonem w kierunku najbogatszych, których starano się przyciągnąć wysmakowanym luksusem. Dworzec miał osobne poczekalnie dla pasażerów różnych klas, różniące się wystrojem, wyposażeniem, a nawet temperaturą ogrzewania. Zaprojektowano i wykonano także osobne pomieszczenia dla rodziny cesarskiej, ponieważ w niedalekim Wrzeszczu miał swoją siedzibę książę koronny Fryderyk Wilhelm. W pełnym napięć okresie międzywojennym dworzec funkcjonował w granicach Wolnego Miasta Gdańska, tędy przetaczały się pociągi do Berlina, Królewca, Warszawy i portów bałtyckich. Gmach dworca z II wojny światowej wyszedł poważnie uszkodzony, ale nie w takim stopniu, by trzeba było go wyburzyć. Dość szybko odbudowano go w historycznej bryle, choć trzeba zaznaczyć, że przez lata brakowało środków i możliwości, aby w pełni zrekonstruować najpiękniejsze detale architektoniczne. Dopiero współczesne prace renowacyjne przywróciły mu świetność. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych dworców w Polsce, łączący w sobie historię miasta, jego dawną architekturę oraz nowoczesny, wygodny styl podróżowania.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version