Ta sprawa jest banalnie prosta i totalnie absurdalna. 20 lat temu Sławomir Ignacak zdecydował się pomóc koleżance. Prowadziła warsztat samochodowy, ale pewnego dnia zachorowała, więc zwróciła się do kolegi z prośbą, czy na czas jej nieobecności w firmie, nie mógłby regulować w jej imieniu należności wobec pracowników i dostawców. To był 2005 r. Ignacak zdecydował się pomóc. Wypłacał z jej firmowego konta pieniądze i regulował w jej imieniu zobowiązania. Urzędnicy fiskusa dopatrzyli się w tym przestępstwa. Ich zdaniem mężczyzna powinien zapłacić podatek od kwot, które wypłacał z konta znajomej. I tak zaczęła się gehenna, która trwała ponad 20 lat.
Sprawa Sławomira Ignacaka była u nas już kilkukrotnie opisywana przez Marka Isańskiego.














