„Jeśli chcecie zrobić coś dobrego dla bezpieczeństwa dostaw i transformacji energetycznej oraz budżetu federalnego, to wyłączcie jutro swoją instalację fotowoltaiczną” – apelował do Niemców wieczorem 1 maja w mediach prof. Lion Hirth.
Tamtego dnia nad RFN, podobnie jak nad Polską, na bezchmurnym niebie pięknie świeciło słońce. Nawet zbyt pięknie, bo z jego winy produkcja energii elektrycznej z elektrowni fotowoltaicznych i wiatrowych przekroczyła w Niemczech moc 60 gigawatów (GW). Gdy tymczasem zapotrzebowanie z powodu długiego weekendu spadło do 40 GW.
Obok słońca drugim współodpowiedzialnym za to były prawa fizyki. Są one zupełnie impregnowane na ideologię oraz konieczności polityczne, a co gorsza niezmienne. Za ich sprawą w systemie elektroenergetycznym produkcja i zużycie energii muszą być cały czas zbilansowane. Czyli: tyle mocy elektrycznej (wyrażonej w gigawatach) ile trafia do sieci, musi być w danej chwili odbierane przez odbiorców albo magazynowane.
Gdy moc na wejściu jest zbyt wysoka, wówczas rośnie napięcie, rozgrzewają się przewody, przepalają transformatory, a operator sieci i automatyczne zabezpieczenia „odcinają” od niej kolejne elektrownie.
Gdyby zdarzyło się im spóźnić z reakcją, wówczas nastąpiłoby wielkie „bum”, zwane blackoutem i na wiele godzin cały kraj zostałby pozbawiony prądu. Tego doświadczyli na własnej skórze 28 kwietnia 2025 r. Hiszpanie, bo akurat tam słońce przed majowym weekendem zaświeciło za mocno.
W Niemczech wszyscy czterej regionalni operatorzy sieci energetycznej RFN wykazali się refleksem i odłączali na czas, co tylko się dało. Ratując całość systemu przed rekordowym nadmiarem mocy, jakiego nie odnotowano nigdy wcześniej. Acz okazało się, że nie posiadają technicznej możliwości odcięcia od sieci pięciu milionów domowych instalacji fotowoltaicznych, ostatnio masowo zakładanych przez Niemców już nie tylko na dachach domów, ale i balkonach w blokach.
W tym momencie pozostały tylko dramatyczne apele popularnych w mediach ekspertów od transformacji energetycznej, takich jak prof. Lion Hirth. Przy czym apelowali oni z jednej strony o odłączenie paneli, ale też zajęcie się w słoneczny weekend wszystkim, co zużywa energie elektryczną. Czyli: odkurzaniem, prasowaniem, zmywaniem naczyń (koniecznie w zmywarkach), ładowaniem telefonów i samochodów elektrycznych, cieszeniem się urokami włączonej ma maksa klimatyzacji, etc.
„Nawet jeśli nie masz zmiennej taryfy za prąd, warto włączyć urządzenia elektryczne: zmniejsza to nadpodaż i odciąża sieć” – apelował po południu 1 maja serwis chip.de.
Obywateli kuszono potencjalnymi zyskami, w postaci dopłat, jakie otrzymają od producentów energii, byleby tylko konsumowali prąd.
„Jeden z konsumentów zgłosił, że naładował swój samochód elektryczny w odpowiednim momencie i otrzymał zwrot 10 euro” – donosił w majowy weekend czytelnikom internetowy serwis telewizji informacyjnej Tagesschau.de.
Gdy Polacy beztrosko cieszyli się piękną pogodą, podczas przedłużonej o wolny piątek majówki, niemieccy patrioci starali się zużyć jak najwięcej prądu. Jednak Polaków wkrótce też to czeka.
„Niemcy produkują za dużo prądu w słoneczne dni. Prowadzi to do absurdalnej sytuacji, w której dostawcy energii płacą klientom za odbiór nadwyżek. Kosztuje to nas, podatników, miliardy euro” – tłumaczył 7 maja na łamach portalu internetowego publicznego radia WDR, prowadzący audycje biznesowe Michael Westerhoff.
Media zaczęły też przypominać wypowiedź Katheriny Reiche z wywiadu, jaki pani minister gospodarki udzieliła w lutym 2026 r. dziennikowi „Handelsblatt”.
„Sektor energii odnawialnej musi wziąć na siebie część odpowiedzialności” – oznajmiła wówczas, obiecując reformy, które rozwiążą problem kwadratury koła odnawialnych źródeł energii. Sprowadza się ona do tego, że jeśli system energetyczny zbytnio dociąży się OZE, wówczas koszty energii rosną wprost proporcjonalnie do stopnia dociążenia.
Gdy 1 maja Niemcy beztrosko obchodzili Święto Pracy, zamiast odkurzać i prać, już przed południem naddatek mocy w sieci dobijała do 20 GW. Ów stan rzeczy niemal w czasie rzeczywistym odnotowywała lipska giełda energii European Energy Exchange AG (EEX), gdzie producenci i dystrybutorzy handlują „spotami” (natychmiastowymi umowami) na dostawy prądu. Tuż przed godziną 13 cena za kilowat energii osiągnęła rekordową wartość minus 49,9 eurocentów.
Oznacza to, że ktoś, kto chciał sprzedać kilowat prądu, musiał taką kwotę zapłacić temu, który chciał go nabyć. Problem sprzedawcy polegał na tym, że w systemie musi sprzedawać i płacić. Na tym koszty wcale się nie skończyły.
W tym samym czasie operatorzy odłączali od sieci, co tylko się dało, by uchronić Niemców przed spędzeniem wieczoru Święta Pracy po ciemku. Jednocześnie koncerny energetyczne robiły wszystko, by nie odłączono elektrowni węglowych. Kłopot z nimi polega na tym, że wstrzymanie pracy i ponowny rozruch jest tak drogi, iż ich właścicielom bardziej opłaca się dokładać do ujemnych cen energii. Ale skoro elektrownie węglowe dalej dostarczały prąd do sieci, to moc była wyższa, zatem ujemne ceny stawały się jeszcze bardziej ujemne.
Niemcy chcieli „wypchnąć” nadmiar mocy do Polski
Teoretycznie więc najtaniej wychodzi odłączanie OZE. Ale to tylko teoria. Przyciągnięcie inwestorów do tego sektora wymagało w Niemczech zaoferowania im pakietu gwarancji, że na tym nie stracą. Zatem nie muszą się oni troszczyć o ceny na giełdzie energii, ponieważ rząd RFN podpisał z nimi długoterminowe kontrakty, do których wpisano gwarantowane ceny minimalne za dostarczony prąd.
Rząd wziął na siebie także obowiązek zwrotu części „utraconych przychodów”. Zwykle w umowach jest to 95 proc. Zatem gdy 1 maja operatorom sieci udało się pozbyć się z niej 20 GW niechcianej mocy i tak teraz państwo niemieckie będzie musiało za nią właścicielom farm wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych zapłacić. A nie jest tajemnicą, że rząd swój dochód uzyskuje głównie z podatków nakładanych na obywateli oraz z kredytów. Te zaś spłacane są najczęściej podatkami nakładanymi na obywateli.
W tym miejscu „koszty systemowe” nadal się nie kończą. Po południu 1 maja operatorzy sieci robili, co mogli, żeby wypchnąć nadmiar mocy za granicę do: Francji, Czech, Polski, Holandii i Danii, płacąc sąsiadom za to, że biorą niemiecki prąd. Teraz operatorzy wystawią rachunek producentom i rządowi. Ci przerzucą go na obywateli, którym nie chciało się: sprzątać, prać i zmywać w Święto Pracy.
Niemiecki rząd walczy z czasem
Jako że grozi nam słoneczne lato, minister Katherina Reiche zapowiedziała już przyśpieszenie prac nad nowelizacją ustawy o odnawialnych źródłach energii.
Chcąc redukować „koszty systemowe”, Katherina Reiche zaproponowała cięcie gwarancji rządowych oraz benefitów.
„Projekt ustawy przewiduje, że operatorzy mniejszych systemów fotowoltaicznych, takich jak te instalowane na dachach, nie będą już otrzymywać gwarantowanej przez państwo taryfy” – donosi „Handelsblatt”.
„Ma to na celu stworzenie zachęty do dostosowania sprzedaży energii elektrycznej do popytu rynkowego” – dodaje gazeta.
Pani minister chce też wymusić, aby budowie nowych instalacji fotowoltaicznych towarzyszyło dołączanie do nich magazynów energii. Poza tym producenci prądu z odnawialnych źródeł musieliby troszczyć się, czy energia jest potrzebna w danym momencie i może zostać bezpiecznie wprowadzona do sieci. Zatem brać na siebie koszty nadprodukcji.
Jednak co najbardziej rewolucyjne, minister Reiche chce spowolnienia dodawania do systemu elektroenergetycznego nowych farm wiatrowych i fotowoltaiki, przekierowując inwestycje na magazyny energii i elektrownie gazowe.
Za takie pomysły na jej głowę sypią się gromy ze strony Partii Zielonych. Już w lutym ugrupowanie opublikowało memorandum oskarżające Katherina Reiche o bycie gazową lobbystką, „która chce sabotować transformację energetyczną i utrzymać niemiecką gospodarkę w zależności od gazu” – donosił „Handelsblatt”.
Z kolei SPD oskarża minister gospodarki, że z jej winy Niemcy nie zrealizują celów polityki klimatycznej. Zatem proponowana przez ministerstwo gospodarki RFN reforma wisi na włosku, choć lato już za pasem i słońce może zaświecić jeszcze mocniej.


