Od 1 czerwca Warszawa dołączyła do wielu miast i wprowadziła zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w godzinach nocnych.
Stolica poszła śladem blisko dwustu innych polskich gmin, które już wcześniej powiedziały „nie” sprzedaży trunków w późnych godzinach i bardzo wczesnych porannych.
Nocna prohibicja w Warszawie. Zakaz nocnej sprzedaży alkoholu w sklepach działa od 1,5 miesiąca
Zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach obowiązuje we wszystkich dzielnicach stolicy w godzinach 22 – 6 z wyłączeniem sklepów w strefie wolnocłowej Lotniska Chopina. Z zakazu zwolnione są też posiadające stosowne koncesje lokale gastronomiczne, w których zamówione trunki można wypić „na miejscu”.
Za takim rozwiązaniem opowiedzieli się sami Warszawiacy w konsultacjach społecznych. Aż 60 proc. mieszkańców stolicy była za nocną prohibicją – tak wynikało z badań „Barometru Warszawskiego” z 2023 r.
Chociaż władze miasta i stołeczna policja nie podały jeszcze oficjalnych statystyk dotyczących ewentualnych zmian w liczbie interwencji, wypadków i hospitalizacji związanych z nocnym spożyciem alkoholu, to nie słychać głosów krytyki takiego rozwiązania, a coraz więcej mówi się o objęciu takim zakazem terytorium całego państwa. Domaga się tego m.in. Lewica.
Nocna prohibicja dzieli właścicieli i pracowników sklepów. Wyraźny dwugłos w dyskusji
Interia postanowiła sprawdzić, co o obowiązującym zakazie sądzą właściciele oraz pracownicy sklepów, w których do niedawna można było kupić w nocy alkohol.
Warto zaznaczyć, że dotarliśmy do właścicieli i pracowników dwóch rodzajów w sklepów. Pierwszy to typowe „alkohole 24” czyli sklepy, które były czynne całą dobę. Drugie to małe sklepy, które były otwarte do późnych godzin, ale nie przez całą dobę np. od 12 do północy, a w weekendy godzinę dłużej.
Co ciekawe, osoby pracujące w tej drugiej grupie w zasadzie nie odczuły skutków zakazu. Porozmawialiśmy m.in. ze współwłaścicielką sklepu na Saskiej Kępie otwartego w tygodniu do godziny 23, a w piątki i soboty do północy.
– Wcześniej chodzimy spać – śmieje się właścicielka.
– A tak na poważnie, dla nas niewiele się zmieniło. Zgodnie z prawem do 22 sprzedajemy alkohol, potem robimy remanent, podliczamy kasę. W tym czasie można jednak kupić przekąski, papierosy, losy na loterie i napoje bezalkoholowe – wyliczała.
Przyznała jednak, że wraz z mężem odnotowała pewne straty, bo latem w weekendy po 22 klientów było sporo, a nie opłaca im się trzymać otwartego sklepu do północy bez możliwości sprzedaży alkoholu.
Inaczej sprawę widzi pracownica jednego ze sklepów – do niedawna całodobowych – znajdujących się niedaleko.
– Dla mnie to jest bez sensu – powiedziała nam kobieta. – Oczywiście obroty wyraźnie spadły, właściciele narzekają – powiedziała nam kobieta.
– Nie rozumiem tego zakazu. Przecież PRL się skończył, a ludzie nie pracują od 8 do 16, żeby wcześniej móc zrobić zakupy. Niech pan zobaczy, ile ludzi w tym mieście pracuje w gastronomii po 12 godzin. Od 12 w południe do 12 w nocy. I co? Oni nie mogą sobie kupić butelki piwa po pracy? Mają kupić kufel w lokalu za ponad 20 złotych? – dodała.
Zapytaliśmy ją, czy nie bała się o swoje bezpieczeństwo pracując w nocy.
– Wie pan, w każdej dzielnicy znajdzie się element. Tu też mieszka kilku takich, ale jak się awanturowali w nocy, to ja im zamykałam to okienko z hartowanego szkła i do widzenia. Mogli sobie pluć i ubliżać do woli, mnie to nie ruszało – dodała.
Nasza rozmówczyni zwróciła uwagę na nieoczywisty aspekt nocnego zakazu.
– Nikt w ratuszu nie pomyślał o pracownikach. Ja dojeżdżam 30 kilometrów do tej pracy. Rozliczam się godzinowo. Umawiałam się z właścicielem, że będę pracować po 12-14 godzin, ale przez mniejszą liczbę dni. Teraz muszę dojeżdżać 5 dni w tygodniu, żeby pracować 8 godzin dziennie. To powoli przestaje mi się opłacać – tłumaczyła.
„Ja się bałam”, „daj pan spokój”. Nocna prohibicja w warszawskim zagłębiu „alkoholi 24”
Porozmawialiśmy też z pracownikami sklepów – do niedawna całodobowych – znajdujących się w ciągu ulicy Grochowskiej między rondem Wiatraczna a Placem Szembeka. To okolica słynąca do niedawna z tego, że pod punktami sprzedaży alkoholu dochodziło do burd i awantur.
– Właściciele bardzo stracili na tym zakazie, ale ja się cieszę – powiedziała Interii ściszonym głosem kobieta, która pracuje w jednym z takich punktów.
– Nie czułam się bezpiecznie, bałam się. Nieraz słyszałam groźby, bo ktoś nie miał całej kwoty na zakup lub był tak pijany, że nie mogłam mu sprzedać alkoholu. Strach było stąd wychodzić po zakończeniu zmiany – wyjaśniła.
Udaliśmy się też na warszawskie Bielany. Także tu było kilka nocnych sklepów cieszących się złą sławą. Na miejscu zastaliśmy właściciela, który pakował skrzynki z pustymi butelkami do swojego vana.
– A daj pan spokój! – słyszmy, kiedy pytamy go o nocną prohibicję. – Ja ani takiemu, co ledwo trzyma się na nogach, ani nieletniemu nie sprzedawałem – powiedział.
– Dla mnie to skandaliczna sprawa. Niech pan tam napisze, że ja miałem ważną koncesję do końca roku, a ratusz pod wpływem jakichś aktywistów dał właścicielom nieco ponad dwa miesiące na dostosowanie się. To jakieś stosowanie prawa wstecz. Przecież ja nie mogę ceną i ofertą konkurować z (tu pada nazwa popularnego franczyzowego sklepu spożywczego – red.) – wyliczał.
– Co teraz zrobię? Plus jest taki, że szemrana klientela mnie nie interesowała i trochę mniej jej będzie. Zmieniam powoli swoją ofertę. Zamiast piw-muzgotrzepów zamówiłem trochę piw regionalnych i kraftowych. Takich, których nie ma w sieciówkach i hipermarketach – podsumował.
Mateusz Balcerek


