Badani przez nas Polacy uznali polityków za największą grupę siewców fake newsów. Wyprzedzili oni boty, trolle, szarlatanów i influencerów — mówi Piotr Mieczkowski z zarządu Fundacji Digital Poland.

Piotr Mieczkowski: Polacy są świadomi, że to już nie jest zabawa czy pojedyncze zdarzenia, ale że dezinformacja oddziałuje na bezpieczeństwo narodowe, na spójność społeczną, bo przecież mówimy o konfliktach, wywoływaniu polaryzacji. Pytaliśmy też, czy wpływ dezinformacji da się porównać z fizycznym atakiem rakietami. I połowa badanych stwierdziła, że tak.

— Tu kolejne zaskoczenie w wynikach: aż 70 proc. badanych aprobuje zastosowanie różnych podpowiadanych przez nas metod przeciwdziałania dezinformacji: co powinien zrobić rząd, co platformy społecznościowe. Według 69 proc. powinniśmy np. logować się w mediach społecznościowych prawdziwymi danymi, by ograniczyć tam obecność trolli i botów. Powinno się to odbywać anonimowo, np. za pomocą europejskiego portfela tożsamości cyfrowej, który pojawi się już w grudniu. Z zabawnych spostrzeżeń: badani bardzo chcieliby, aby fact-checkerzy pomagali w zwalczaniu dezinformacji, ale ich publiczne dofinansowanie było na ostatnim miejscu we wskazaniach.

— To było dla mnie zaskoczenie, bo przecież zajmują się tym często studenci, często jako wolontariusze. I nagle 10 czy 20 mln zł na ich wynagrodzenie robi się wielkim problemem.

— Wybraliśmy 30 najpopularniejszych fake newsów w Polsce i prosiliśmy badanych, by wskazali, czy to prawda, czy nie. Średnia ich popularność w społeczeństwie sięga od 31 do 39 proc. W naszym badaniu w poszczególnych kategoriach co najmniej jedną fałszywkę jako prawdę wskazywało od 63 do 78 proc.

— Na przykład twierdzenie, że elektryki palą się częściej niż auta spalinowe; w zdrowiu — że żywność GMO uszkadza nasze DNA; że wypieranie gotówki przez karty czy elektroniczne przelewy to sposób na inwigilację albo że w Smoleńsku miał miejsce zamach, nie katastrofa. I teraz uwaga: 19 proc. badanych za prawdę uznało ponad połowę fałszywek, a 11 proc. — niemal wszystkie!

— Zgadza się, zawsze byli tacy ludzie. Pytanie, czy było ich aż 11 proc., bo nie mamy się do czego odnieść, nie mamy badań „grupy z magla”. Ale nawet ci, którzy uwierzyli w ponad połowę fałszywek, też powinni stanowić powód do refleksji, bo żyją w pewnym sensie w alternatywnej rzeczywistości. I nikt się nie zajmuje dokładniejszą diagnozą tej grupy. A skoro uznajemy, że dezinformacja to realny problem społeczny i nie tylko, to instytucje państwa powinny przyjrzeć się tej podatnej grupie i zaplanować specjalne działania: jak do nich dotrzeć, jak odkłamywać fałszywy przekaz. Prawie 20 proc. to spora część społeczeństwa.

— I tu się, niestety, zgadzam. Mało tego, w naszym badaniu Polacy uznali polityków za największą grupę siewców fake newsów.

— A dalej influencerzy, zwykli internauci, pseudonaukowcy i promotorzy alternatywnej medycyny.

— Niedawno widziałem ranking polityków o największych zasięgach na różnych platformach: prawie sama prawica — Dariusz Matecki, Patryk Jaki, Sławomir Mentzen. Tylko na Instagramie wybił się Tusk. A poza tym algorytmy platform preferują prawicę. Były nawet robione eksperymenty: bierzemy nieużywaną kartę SIM, zakładamy czyste konto i po kilku klikach zostajemy przekierowani na prawą stronę. Żeby cię przytrzymać, platformy stosują algorytmy rekomendujące coraz bardziej angażujące treści. A najbardziej angażują takie emocje jak strach i gniew. W ten sposób podbijane są zasięgi skrajnej prawicy i lewicy. Letnie, spokojne treści centrystów nie mają takiej siły przebicia.

— Klimat i energetyka to obszary, gdzie szczególnie aktywna jest Rosja i, szerzej, lobby wspierające paliwa kopalne. Chodzi o podważanie sensu walki ze zmianami klimatu czy transformacji energetycznej. Dla mnie to nie nowość, bo przez ponad 15 lat pracowałem w branży telekomunikacyjnej i widziałem, co się działo, kiedy zaczęliśmy wprowadzać sieci 5G. Wcześniej, kiedy wchodziła nowa technologia, ludzie się cieszyli. Dopiero przy 5G widać było falę dezinformacji w rodzaju: że 5G roznosi covid, że fale niszczą DNA i podobne bzdury. I tu ciekawostka: Rosja do dzisiaj nie wdrożyła technologii 5G, a żeby nie odstawać za bardzo, wymyśliła sobie, że spróbuje sabotować rozwój gospodarczy reszty świata. Bo przecież dzięki 5G, sztucznej inteligencji i innym technologiom gospodarka staje się wydajniejsza niż prosty system oparty na eksploatacji ropy i gazu.

— Bardzo ciekawa obserwacja. Ten front dezinformacyjny ma ważne zadanie: podkopywanie międzynarodowych struktur współpracy. Ze zjednoczoną Europą Rosji trudniej wygrać, ale gdyby Unia się rozpadła, łatwiej byłoby zarządzać konfliktem.

— Bo ludzie nie sprawdzają wiadomości. Najpopularniejsze medium to wciąż telewizja, ale przecież są telewizje i telewizje, mamy tu choćby TV Republika. Największy wysyp fake newsów przynoszą jednak media społecznościowe, z których nie wychodzą ludzie młodzi i w średnim wieku. Zdumiewające jest np. to, że w zamach smoleński wierzą często ludzie młodzi, dla których to powinna być jakaś prehistoria.

— No właśnie. To jest siła mediów cyfrowych: tematy budzące emocje w nich żyją, krążą, ludzie to oglądają, podsyłają linki znajomym. Nikt nie wnika, że powstał na ten temat oficjalny raport wyjaśniający przyczyny. Leży zakopany gdzieś na rządowej stronie.

— Pocieszające jest to, że ludzie są świadomi, że platformy społeczne celowo sprzyjają polaryzacji, aby bardziej przytrzymać nas przy ekranach. Ale tę świadomość ma połowa badanych. Widać też duże poparcie dla działań rządu w walce z dezinformacją — a pytaliśmy, czy mają to robić policja, prokuratura, fact-checkerzy, media, czy same platformy. Owszem, pewnych rzeczy nie da się zrobić z uwagi na weto prezydenta, choć nasza implementacja DSA i tak była już mocno rozwodniona. Ale wolałbym się skupić na działaniach, które można zrobić, a do dzisiaj ich nie zrobiono. Nie wskazano np. instytucji, która skoordynuje walkę z dezinformacją. Dzisiaj mamy instytucje państwa, które walczą z dezinformacją, ale to jest walka punktowa: jest coś fajnego w NASK, w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, mamy Urząd Komunikacji Elektronicznej, w MSZ mamy pana Tomasza Chłonia, pełnomocnika ds. przeciwdziałania dezinformacji międzynarodowej, przy Ministerstwie Cyfryzacji jest Rada ds. Cyfryzacji, są ludzie przy Tomaszu Siemoniaku, który koordynuje służby — czyli są różne działania, są jakieś kampanie, ale to wszystko jest rozproszone i nie ma efektu synergii, a w środowisku fact-checkerów wszyscy podkreślają, że nie wiadomo, z kim w rządzie rozmawiać. Ktoś powinien zebrać to wszystko razem i skoordynować działania w tak ważnej dziedzinie, która ma wpływ na bezpieczeństwo państwa.

Druga sfera, gdzie zieje czarna dziura, to edukacja medialna. W szkole nie ma nawet takiego przedmiotu. Niedawno robiłem analizę, że tylko z KPO wydamy 6,5 mld zł na laptopy, laboratoria AI czy drukarki. A gdyby doliczyć jeszcze program zakupu drukarek 3D za poprzedniej władzy, to na elektronikę w szkołach wydamy 8-9 mld zł. A ile pieniędzy wydano na zmiany programowe, które pomogłyby rozbrajać te fejki? Dla ludzi z kolei powinny być czytelne kampanie uświadamiające. Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało jakiś czas temu spoty o trollach, ale moim zdaniem to za mało. W mediach też powinny się znaleźć regularne programy uczulające nas na fake newsy. Te najpoważniejsze wręcz powinny lecieć jako element wieczornych wiadomości.

— Są próby takiej działalności: TVN24 ma swój Konkret24, w TVP Info jest „Wykrywacz kłamstw” czy „Sprawdzamy”. Ale nadal to są punktowe rzeczy, a nie stałe uświadamianie zagrożenia.

— To jest kolejny mój apel: Komisja Europejska, Parlament Europejski powinny jak najmocniej wpływać na platformy społecznościowe, by się ucywilizowały. Niech rejestracja i logowanie przez cyfrowy portfel w smartfonie będą obowiązkowe. To i tak się pewnie stanie, bo to będzie wygodne narzędzie do egzekwowania zakazu mediów społecznościowych dla nastolatków, który popiera już ponad połowa unijnych państw. Niby na walkę z dezinformacją są pieniądze, ale zwykle małe i brakuje koordynacji. Poza tym nie ma stałości: dostajesz dofinansowanie na dwa-trzy lata, a kiedy się kończy, zespół się rozpada. A mówimy o ważnej sferze, która ma wpływ na bezpieczeństwo państwa, łącznie z próbami zakłócania procesów wyborczych.

— Wcześniej mamy wybory prezydenckie we Francji, gdzie silne jest Zjednoczenie Narodowe. Niepokoją też mocne notowania AfD w niemieckich sondażach, a przecież to niemal jawnie prorosyjskie ugrupowanie.

— Przypomnę, ponad 70 proc. badanych Polaków dostrzega zagrożenie płynące z polaryzacji. Zresztą dzięki wszechobecności platform społecznościowych to zjawisko obecne niemal wszędzie na świecie. W Ameryce też 70, a nawet 80 proc. ankietowanych przez Instytut Gallupa narzekało na polaryzację, która odbija się nawet na ich codziennym życiu. Prawie połowa zaczęła powątpiewać, czy przez tę polaryzację Ameryka przetrwa kolejne 250 lat. Kiedyś Rosja, żeby wpłynąć na sytuację w Polsce, musiała mieć swoją rozgłośnię, pismo, może kupić gdzieś artykuł. Ale to wszystko były punktowe działania. Teraz masz platformy społecznościowe i potężne zasięgi. A dezinformację możesz rozsiewać nawet na plaży na Seszelach. Wystarczy dostęp do internetu.

— I te scamowe reklamy z Brzoską, Solorzem czy Trzaskowskim wciąż się wyświetlają. Ale to część większego problemu, bo big techy przekonują, że one są tylko platformami do komunikacji, a już co tam ludzie sobie przekazują i wyświetlają, to nie nasz problem. Ale w istocie big techy są mediami, bo jeśli to algorytm decyduje, co widzisz, to jest to coś na wzór redagowania. Owszem, automatyczny, ale praca redaktora też polega przecież na tym, żeby szeregować newsy według ważności, niektóre odrzucać, a inne opisywać. Platformy udają, że nie są mediami, bo gdyby uznano je za media, zaczęłyby się obowiązki, takie jak sprostowania, kary itd.

— Warto podkreślić, że ten spokój jest pozorny. Są już pierwsze wyroki w sprawach o ochronę dzieci, odnoszące się nie do treści prezentowanych na platformach, a do sposobu zaprojektowania tych serwisów tak, by uzależniały.

— Podważono legalność całego mechanizmu, na jakim oparto platformy społecznościowe: on ma użytkowników przytrzymywać za wszelką cenę, uzależniać.

— To samo mówili pracownicy Facebooka w wewnętrznej komunikacji. Naukowcy pracujący w Mecie mieli świadomość, że de facto sprzedają coś, co działa jak narkotyk.

— Wyjątkiem jest TikTok, który należy do Chin. Znów mamy ciekawy wątek: de facto Europa nie kontroluje swojej infosfery. Chińczycy mają TikToka, a Rosjanie — VKontakte i obowiązkowy komunikator MAX. Amerykanie mają swoje platformy oraz zdołali „udomowić” TikToka, którego przejął Larry Ellison, współwłaściciel Oracle i megakoncernu medialnego Paramount Skydance, który przejął właśnie innego giganta: Warner Bros. Discovery. A Europa nie ma swojego X czy Facebooka.

— Z drugiej strony wiele osób ze sfery cyfrowego państwa irytuje się, jak to możliwe, że rządy — i nasz, i wiele innych — za główny kanał komunikacji ze społeczeństwem uważają X Elona Muska. Większość ludzi, z którymi mam kontakt, nie nazywa tego inaczej niż ściekiem. Gdyby obywatel nie chciał korzystać z usług big techów, to nie dowiedziałby się o wielu rzeczach, o których piszą na platformach premier, prezydent czy ministrowie. A przecież rząd powinien komunikować się z nami bezpiecznymi kanałami, zwłaszcza „w czasie przedwojennym”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version