— Tak, oddałabym prawo głosu, gdyby dzięki temu udało się wyeliminować takie rzeczy jak aborcja — mówi dziennikarce 19-letnia KayElah Gardner. Sufrażystki i feministki drugiej fali przewracają się w grobach. W USA coraz bardziej rozpychają się zwolenniczki powotu do „biblijnej kobiecości”.

Ale na czerwcowej konwencji Women’s Leadership Summit nie jest to opinia szczególnie kontrowersyjna. Feminizm, przekonują prelegentki, to bowiem najgorsze zło, jakie spotkało kobiety. Rozwiązaniem jest powrót do „biblijnej kobiecości”: szybkie małżeństwa, rodzenie dzieci zanim jesteś na to gotowa, poświęcenie się ich wychowaniu i uległość wobec pana męża.

Dla większości mówczyń propagowanie wizji tradycyjnej kobiecości — w podcastach, mediach społecznościowych, telewizji i konferencjach — to lukratywna praca na pełny etat. Nie wszystkie są żonami i matkami. I bynajmniej nie przeszkadza im to sprzedawać młodym kobietom tezy, że kariera zawodowa i niezależność finansowa nie jest dobra ani dla nich, ani dla społeczeństwa. A niektóre najchętniej odebrałyby Amerykankom możliwość podejmowania jakichkolwiek decyzji.

Pomysł zabrania kobietom prawa głosu w kręgach chrześcijańskich nacjonalistów nie jest nowy, choć jeszcze do niedawna artykułowany był półgębkiem i tylko przez mężczyzn. Druga kadencja Donalda Trumpa ośmieliła jednak manosferę, a uchylenie XIX poprawki, tej od powszechnego prawa wyborczego, z idei niemieszczącej się w cywilizowanym dyskursie awansowało na pomysł omawiany nie tylko w prawicowych podcastach.

Jednym z jej propagatorów jest pastor Douglas Wilson, współtwórca Wspólnoty Reformowanych Kościołów Ewangelickich. Jednym z parafian jest sekretarz obrony Pete Hegseth; pastor został przez niego zaproszony do odmówienia modlitwy w Pentagonie. W „idealnym świecie” Wilsona prawo głosu posiadałaby głowa domu, czyli mężczyzna. — Kobieta to typ człowieka, z którego wychodzą inni ludzie. Żona i matka pełni rolę dyrektora generalnego w domu i ma pod opieką trzy, cztery lub pięć dusz wiecznych — powiedział w CNN. I na tym powinna się skupić. Kobiety, uważa pastor, nie powinny głosować, służyć w armii ani pełnić politycznych funkcji.

Póki co, w świecie dalekim od ideału, kobiety są zbyt pyskate. Pastor Wilson nie ma dla nich cierpliwości: nie znające swojego miejsca niewiasty zdarzało mu się nazwać „jędzami z małymi piersiami”, „harpiami”, „drwalowatymi lesbami”, lub, po prostu — to o feministce Glorii Steinem i liberalnej pastorce Nadii Bolz-Weber — „parą pi**”. Kai Schwemmer — 23-letni konserwatywny influencer i dyrektor polityczny College Republicans of America — w kwestii praw politycznych kobiet zgadza się ze starszym o pół wieku Wilsonem. — Wydaje mi się, że dziś mają prawo głosu. Ale ja optowałbym za czymś w rodzaju głosowania rodzinnego [czyli jeden głos na rodzinę, czytaj męża i ojca]. To lepsze rozwiązanie — ocenił.

Powodem do odebrania kobietom praw wyborczych ma być też ich… nadmierna empatia, która skłania je do popierania rozwiązań równościowych i państwa opiekuńczego. Peter Thiel — inwestor z Doliny Krzemowej, który swoim firmom nadaje nazwy z uniwersum Tolkiena i sponsorował polityczną karierę JD Vance’a — już w 2009 r. pisał, że wzrost liczby beneficjentów pomocy społecznej oraz rozszerzenie prawa wyborczego na kobiety, „dwie grupy wyborców, które są notorycznie trudne dla libertarian”, sprawiło, że od 1920 r. „pojęcie »demokracji kapitalistycznej« stało się oksymoronem”.

Innymi słowy, jak tylko kobiety dostały prawo głosu, zaczęły, jakoby, głosować na lewicę. Co prawda aż 46 procent wyborczyń (i 55 procent wyborców) oddało w 2024 roku głos na Donalda Trumpa, ale to mniej niż połowa, więc za mało. Dlatego kobiety nie powinny głosować, dla dobra kapitalizmu oraz państwa. „Uważam, że powinniśmy uchylić 19. poprawkę nie dlatego, że nie kocham kobiet. Kocham Amerykę i Amerykanki i chcę chronić nasz naród przed ich samobójczą empatią”, tweetnął teolog i pastor Dale Partridge.

Część młodych konserwatywnych influencerek, z entuzjazmem karpia odliczającego dni do świąt Bożego Narodzenia, powtarza tę argumentację.

Na wielkim ekranie na środku sali konferencyjnej pojawia się żaglowiec płynący do Nowego Świata. Ciepły głos Eriki Kirk opowiada o kobietach wiary, które budowały domy w dziczy i uczyły dzieci, że wolność to nie prezent od rządu. W tle przewijają się obrazki jak z reklamy Marlboro — wozy pionierów, górskie szczyty, prerie pełne bizonów; tylko ludności rdzennej brak. Następnie Kirk mówi o wkładzie, jaki Amerykanki wniosły jako nauczycielki, pielęgniarki, opiekunki, matki. Siła nie jest bowiem definiowana przez własny interes, tylko służbę czemuś większemu od siebie.

— Ale w miarę jak Ameryka się bogaciła — mówi, a nad kościołem na ekranie zbierają się burzowe chmury — pojawił się nowy głos. Głos feministek, które okłamały Amerykanki, że spełnienie można znaleźć z dala od rodziny i Boga, a wolność oznacza odrzucenie odpowiedzialności.

Ale dziś do głosu dochodzi nowa generacja: Amerykanki, które odmówiły przepraszania za wiarę i macierzyństwo, dbają o swój dobrostan i stoją w prawdzie. I to właśnie te kobiety Kirk wzywa do przyjęcia swojego powołania: odrzucenia feminizmu i oddania się Bogu.

Tegoroczny Women’s Leadership Summit, wydarzenie organizowane przez Turning Point USA, organizację stworzoną przez Charliego Kirka do przyciągania młodych ludzi na prawicę, odbył się w pierwszy weekend czerwca w San Antonio w Teksasie. Uczestniczyły w nim trzy tysiące konserwatystek, głównie młodych i białych.

Hasłem tej edycji było „Curated for H.E.R” (wybrane dla niej), a skrót H.E.R. został rozwinięty do Holistic, Empowered, Redeemed, czyli holistyczne, silne, zbawione. Bo kobiecy odłam amerykańskiego konserwatyzmu to nie zawsze spójne połączenie fundamentalistycznego chrześcijaństwa, powidoków cukierkowego popfeminizmu przełomu lat 90. i 2000. oraz ruchu wellness w prawicowej odsłonie MAHA, czyli Make American Healthy Again. Prelegentki podkreślały, że kobiecym powołaniem jest uległe małżeństwo, ale nie z byle kim: dziewczyno, ceń się, twój wybranek powinien być mężczyzną silnym, męskim, wysportowanym i zdyscyplinowanym. Na stoiskach uczestniczki mogły się zaopatrzyć zarówno w koszulki z cytatami z Biblii i przypinki „PRZYWRÓĆMY męskość, SZANUJMY kobiecość” czy „Gorące dziewczyny nie głosują na socjalistów”, jak i naturalne suplementy diety. Dominowały różne odcienie różu, od neonowego przez majtkowy i fuksję po wiśnię.

Prelegentki — chrześcijańskie influencerki, ambasadorki MAHA i popularne konserwatywne podcasterki — reprezentowały ideowy przekrój ruchu i jego zuniformizowaną estetykę. Najmłodsza, propagatorka tradycyjnego małżeństwa Savanna Faith Stone, ma 21 lat, najstarsza, influencerka parentingowa Ginger Hubbard, około 50, ale wszystkie reprezentują obowiązujący za drugiej kadencji obecnego prezydenta standard: sylwetka szczupła, ale w odpowiednich miejscach krągła, gładkie czoło, włosy opadające w syrenich falach, pastelowe kolory i gruba warstwa perfekcyjnie nałożonej tapety.

Erika Kirk to była miss Arizony, agentka nieruchomości i uczestniczka reality show. Po ślubie ze wschodzącą gwiazdą prawicy, Charliem Kirkiem, zaczęła propagować tzw. małżeństwo efezjańskie: takie, w którym żona jest uległa, a mąż decyzyjny. Gdy w zeszłym roku Charlie został zastrzelony, przejęła stery w założonej przez niego organizacji i namaściła J.D. Vance’a na następnego prezydenta, obejmując go tak czule, że pojawiły się plotki o romansie.

— Świat mówi, że wasze życie należy do was. Nie. Należy do Chrystusa — powiedziała uczestniczkom konferencji. Dlatego chrześcijanki nie powinny dla kariery zwlekać z małżeństwem i macierzyństwem (Erika wyszła za mąż w wieku 32 lat, pierwsze z dwójki dzieci urodziła dwa lata później) i „robić więcej dzieci niż je stać” (Kirkowie byli milionerami). Feminizm, ostrzegła dalej Kirk, chce, żeby kobiety stały się mężczyznami. Dla feministek macierzyństwo to ciężar, małżeństwo to pułapka, a mężczyzna to wróg.

Noleen Sedra, podcasterka i żona konserwatywnego pastora, nie gryzła się w język: feminizm to demoniczny, satanistyczny kult śmierci, a palenie czarownic na stosie było w sumie ok, bo większość z nich robiła aborcje.

Dla Savanny Faith Stone — pół miliona obserwujących na Instagramie, opis: „normalizuje lubienie swojego męża, gospodyni podcastu Dobra żona” — feminizm to z kolei największe kłamstwo sprzedawane kobietom: „ruch założony przez najbogatszych złych ludzi w celu zniszczenia małżeństwa i rodziny” i „duch Jezabel sprzedawany jako wolność i empowerment”. To przez feminizm biologiczni mężczyźni startują w kobiecych sportach, kobiety są coraz bardziej nieszczęśliwe, trwa wojna płci, no i jedna trzecia pokolenia Z została wymordowana w łonach matek, bo kobietom wmówiono, że ich szczęście jest najważniejsze.

Stone nie miałaby nic przeciwko, gdyby prawo głosu miał tylko jej mąż. — Wiem na pewno, że gdyby kobiety nie mogły głosować, aborcja byłaby nielegalna — powiedziała w zeszłym roku (o prawie do aborcji zdecydował Sąd Najwyższy w czysto męskim składzie w 1973 roku, a ograniczył je w 2022 r. głosami sześciu sędziów, w tym jednej kobiety). — Z radością oddałabym prawo głosu, by mieć bardziej konserwatywny kraj — dodała.

Lekki wyłom w masowym potępieniu feminizmu i wzywaniu do uległości zrobiła Alex Clark, podcasterka spod znaku MAHA i ruchu antyszczepionkowego. Clark, lat 33, wciąż nie ma bowiem obrączki na palcu, więc — przyznała — trochę zabolały ją uwagi, że wyjść za mąż należy do trzydziestki, bo potem szanse spadają o 50 procent. A co jeśli kobieta chce, ale pan właściwy jakoś się nie pojawia? — Robisz karierę, bo niby co miałabyś robić w międzyczasie? Mieszkać pod wiaduktem i czekać, aż mąż spadnie z nieba? — pytała. Z dziećmi też lepiej poczekać, aż będziesz gotowa. Gdyby ona wzięła ślub dekadę wcześniej, jej dzieci — Boże uchowaj — byłyby dziś zaszczepione i chodziły do publicznej szkoły; dziś już tego błędu nie popełni. — Twój stan cywilny nie jest Bożą oceną twojego życia — przekonywała. Singielki też mogą budować piękne życie, by stać się taką osobą, jakiej same szukają.

Na sam koniec zostawiła niespodziankę: pierścionek zaręczynowy z wielkim diamentem. Jej wybranek to młodszy o siedem lat, mało znany — i sporo mniej zarabiający — prawicowy dziennikarz.

Dwa tygodnie później, w Dzień Ojca, po drugiej stronie kraju, w stanie Waszyngton, swój własny zlot mieli konserwatywni chrześcijańscy mężczyźni. Silni, męscy, wysportowani i zdyscyplinowani — Freedom Con było ubermęskim negatywem ultrakobiecej konferencji Eriki Kirk.

Materiały promocyjne pełne były więc brodaczy w kraciastych koszulach, t-shirtów ledwo mieszczących bicepsy, kowbojskich kapeluszy, bali drewna, koparek i galopujących koni. Mężczyzno, który pragniesz być wolny, wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, zbudować coś trwałego, zostawić wnukom dziedzictwo i zakazać aborcji — nie jesteś sam. Odpowiedziało ponad 4,5 tys. panów. Swoją chrześcijańską męskość mogli kultywować na torze przeszkód („surowa rywalizacja, która karze słabość, wymaga od ciebie wszystkiego, co masz, i nagradza tych, którzy są gotowi. No wiesz, Męskie Sprawy”), zmieniając oponę na czas, ale także podczas wspólnej modlitwy.

— Heteroseksualni, trzeźwi mężczyźni, którzy żenią się z dziewczętami i czytają Biblię, my jesteśmy nowym punk rockiem — deklarował ze sceny pastor Mark Driscoll. Być może odbił się od zeszłorocznego „Supermana”, w którym tytułowy superbohater zadeklarował, że nie przybył na ziemię, by rządzić, a jeśli faktycznie jest zbyt ufny i widzi we wszystkich dobro, to co z tego — to jest prawdziwy punk rock. Trudno bowiem o przekaz bardziej odległy od emocji chrześcijańskiej manosfery. Znów pastor Driscoll: — Mężczyźni, zrozumcie, jeśli nie jesteście wściekli, to znaczy, że nie zwracacie uwagi na to, co się dzieje.

Na pastelowym Women Leadership Summit jedynymi mężczyznami byli ubrani na czarno ochroniarze. Freedom Con z kolei wpuścił wyłącznie wolontariuszki z organizującego event Grace City Church; za przyjemność podawania mężczyznom jedzenia musiały zapłacić 55 dol. Jeśli chciały posłuchać koncertów i kazań, nie mogły zrobić tego wraz z uczestnikami konferencji — ustawiono dla nich specjalną pergolę. „Panie — prosimy o wyrozumiałość i ciche korzystanie z tej przestrzeni. Chcemy zminimalizować czynniki rozpraszające uwagę, aby nasi mężczyźni mogli się skupić na słuchaniu” Lub, jak to ujął św. Paweł: „kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się im bowiem mówić, lecz mają być poddane”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version