20 lat temu zmarł Karol Wojtyła, papież Jan Paweł II.
Jan Paweł II już za życia był świętym. Przynajmniej w Polsce.
Bo już za życia stawiano mu masowo pomniki w całym kraju, robiąc z polskiego papieża albo krasnala ogrodowego, albo hobbita czy też gnoma, bo większość tych samowolek budowlanych była estetycznie wyjątkowo paskudna. Karola Wojtyłę tylko ośmieszała, a nie oddawała mu czci. Jan Paweł II był długo złotym cielcem, do którego bałwochwalczo modlili się Polacy, dokonując klasycznej blasfemii, bo kult żywego człowieka – mimo iż formalnie Ojca świętego – stał się ważniejszym kultem niż ten, którym obdarzano Boga w Trójcy jedynego. O ile kiedyś stawiano świątki na rozstajach dróg i kapliczki Matki Boskiej w podwórkach kamienic, to jeszcze na długo przed śmiercią Wojtyły jego groteskowymi podobiznami zawalano przestrzeń publiczną, niczym pogańskimi totemami. Kult Jana Pawła II był chrześcijański tylko pozornie, zwłaszcza że Wojtyła był raczej „największym Polakiem” oraz „naszym papieżem”, niż „następcą św. Piotra”, a bardziej poetycko „Sternikem Łodzi Piotrowej”. Powszechne przekonanie, że to Wojtyła osobiście obalił komunizm (nasz rodak pokonał ZSRR!) uczyniło z papieża postać daleko wykraczającą poza teren Kościoła katolickiego. Oczywiście każdy papież jest też politykiem, a Watykan ważnym ośrodkiem politycznym, choć jego pozycja słabnie coraz bardziej, czego dowodem rozczarowujący pontyfikat Franciszka. I mimo że Stalin mógł na konferencji pokojowej w Poczdamie w 1945 roku pogardliwie pytać, ile to dywizji ma papież (w ten sposób deprecjonując jego wpływ na światową politykę), to każdy kolejny papież był poważnym graczem na światowej szachownicy, zaś przywódcy nawet najpotężniejszych państw odnosili się do niego z szacunkiem i udawali się na audiencje do Watykanu, zaś media zastanawiały się, czy żona danego prezydenta odpowiednio skromnie się ubrała na wizytę u Jego świątobliwości. Bo najwięksi politycy mieli świadomość, jak potężną armią rozsianych po całym świecie katolików dysponuje biskup Rzymu, i że ta siła symbolicznie jest potężniejsza od dywizji pancernych niejednego kraju.
O ile teologiczna działalność Jana Pawła II niemal nikogo w Polsce nie interesowała (prócz teologów i watykanistów), to pozycja polityczna jak najbardziej. Żarliwi polscy katolicy nie czytali encyklik ani adhortacji Wojtyły, lecz wyznawali jego kult jako gwiazdy sacro-polo. A papież doskonale czuł się na estradzie, zaś jego opowieści o kremówkach z Wadowic, czy wyśmianie skandujących „Niech żyje papież!”, gdy powiedział, że będą niedługo skandować „Niech żyje łupież!” bywało lepiej zapamiętywane, niż nawoływania do miłości bliźniego. Frenetyczne pielgrzymki po całym świecie zapewne były też dobrym pretekstem, żeby choć na jakiś czas urwać się z kłębowiska żmij, jakim była Stolica Apostolska.
Pielgrzymki papieża do Polski (prócz tej pierwszej, z czerwca 1979 r.) stawały się coraz bardziej festynami kultury masowej, a nie świętami religijnymi. Tylko najwytrwalsi obserwatorzy widzieli procesy dziejące się za murami Watykanu, stopniowe słabnięcie pozycji Wojtyły i wzrastanie w potęgę kardynała Josepha Raztingera (przyszłego papieża Benedykta XVI), ze względu na swoją nieugiętą doktrynalność zwanego „Panzerkardinal”. Oraz mefistofeliczną rolę Stanisława Dziwisza, który z roli „kapciowego”, osobistego sekretarza Wojtyły, urósł do pozycji głównego machera w mrocznych rozgrywkach Stolicy Piotrowej.
Zbigniew Mikołejko, zmarły rok temu wybitny filozof religii, uważał wręcz, że papież słabł duchem i pozycją już od zamachu na swoje życie w 1981 r. To niechaj rozstrzygną watykaniści, ale fakt jest taki, że pod koniec życia Jan Paweł II był już tylko postacią medialną, a na samym końcu wyłącznie aktorem w misterium swojego umierania. W końcu jako młody człowiek Wojtyła pisał sztuki teatralne i występował na scenie jako aktor-amator. Tutaj miał swoją największą sceniczną kreację – przed całym światem.
Wielki spektakl, jaki swoim odchodzeniem zafundował Wojtyła, w Polsce przyjął formę zbiorowej histerii. Kronika zapowiedzianej śmierci Jana Pawła II stała się najważniejszym wydarzeniem daleko wykraczającym poza i religię, i politykę, upiornie długim serialem telewizyjno-prasowym, skupiającym uwagę bodaj wszystkich Polaków. Pamiętajmy, że wówczas to jeszcze telewizja i prasa papierowa dzierżyły prymat w informowaniu nas o tym, co na świecie ważne, a internet nie miał wszechwładzy, jak dzisiaj. Facebook dopiero raczkował, a jego polska wersja pojawiła się trzy lata po śmierci Wojtyły, Instagram zaś wiele lat później doczekał się polskiej wersji. Nawet YouTube’a jeszcze nie było nad Wisłą, w co pewnie trudno uwierzyć ludziom urodzonym w okolicach odejścia Jana Pawła II. Social media, dziś powoli dominujące całą debatę publiczną, albo były w powijakach, albo nawet w fazie prenatalnej. Umieranie papieża, jego śmierć oraz pogrzeb ze słynnymi scenami wiatru przewracającego strony Ewangelii, a później zamykającego Księgę, niczym kolejne sezony tego samego serialu, przyciągały ludzi do ekranów telewizorów, ale i wyganiały na ulice. Zbiorowe palenie świeczek i skandowanie „Santo subito!” stały się nagle ersatzem przeżycia pokoleniowego dla młodych Polaków. Sam pamiętam obecnie antyklerykalne feministki, a w tamtych dniach młode kobiety, czuwające na Krakowskim Przedmieściu i domagające się natychmiastowej kanonizacji Wojtyły. Nie trzeba było być żarliwym katolikiem, wystarczyło być tzw. „katolikiem kulturowym”, czyli kimś religijnie indyferentnym, lecz przywiązanym do rytuału, by bardzo mocno przeżywać długą agonię Jana Pawła II. Jednego nie da się zanegować – było to przeżycie wspólnotowe i jednoczące ludzi spod bardzo różnych sztandarów światopoglądowych. Bardzo silne i szybko zgasłe.
Owo przeżycie skusiło publicystów do ogłoszenia, że oto powstało właśnie „Pokolenie JP2”. Miało ono nie być pokoleniem buntowników, rewolucjonistów, ale też nie oportunistów, ale generacją kierującą się nauczaniem polskiego papieża i wyznającym autorytet Jana Pawła II. Jakoby rodziło się już w czasie jego pontyfikatu, ale pełny wymiar zyskało po śmierci papieża. Okazało się jednak tylko konstruktem medialnym, a nie bytem potwierdzonym badaniami naukowymi. Wpasowało się najzwyczajniej w cały ciąg kolejnych „pokoleń”, powoływanych do życia w mediach i szybko kończących swój medialny żywot. Niewątpliwie istotniejszym głosem o pokoleniowości był głośny artykuł muzyka zespołu Cool Kids of Death Kuby Wandachowicza, „Generacja Nic”, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” w 2002 r., a więc na trzy lata przed śmiercią papieża. Wandachowicz opisał swoich rówieśników, zbliżających się do trzydziestki, którzy uwierzyli w ułudę nieustannego rozwoju, dobrobytu pod skrzydłami kapitalizmu, nieograniczonych możliwości i wolnego wyboru, a zderzyli się boleśnie z prawdziwą twarzą tegoż kapitalizmu i zostali skazani albo na kompletny margines, albo zaprzedanie się mamonie i korporacji, bo jedyną zasadą jest zasada zysku, a jedyną wolnością wolny rynek. Bohaterowie artykułu Wandachowicza mają dziś koło pięćdziesiątki i czytacie o nich na łamach „Newsweeka” jako o klasie średniej w dramatycznym kryzysie i pełnej gorzkich rozczarowań. Z pewnością żaden z nich nie myśli o sobie jako o „Pokoleniu JP2”.
Wiosna 2005 r. była być może ostatnią próbą odbudowania utopii zjednoczenia Polaków. Czego najmocniejszym przykładem – dziś tylko anegdotycznym – było widowiskowe bratanie się kibiców krakowskich zespołów piłkarskich: Cracovii i Wisły. Nienawidzący się na co dzień kibole, ganiający się z maczetami po krakowskich osiedlach, rzucili się sobie wówczas w ramiona, robili wspólne zdjęcia, obiecywali miłość braterską w hołdzie zmarłemu rodakowi. 4 kwietnia 2005 r. odbyła się nawet Msza Pojednania dla kibiców wszystkich krakowskich zespołów, rzecz wcześniej niewyobrażalna, a także wspólny marsz przez miasto. Miesiąc miodowy trwał bardzo krótko i dziś nie sposób znaleźć śladów tej nagłej miłości. To doskonale pokazuje fasadowość tamtej żałoby i pozorność powrotu do chrześcijańskich wartości. Obecnie, jeśli kibice się jednoczą, to w trakcie odbywających się od kilkunastu lat Ogólnopolskich Patriotycznych Pielgrzymek Kibiców na Jasną Górę, organizowanych przez ks. Jarosława Wąsowicza, przy okazji członka komitetu wsparcia Karola Nawrockiego. Są to wydarzenia stritce polityczne, skrajnie prawicowe.
Pięć lat później, w kwietniu 2010 r. nastąpiła katastrofa smoleńska, która ostatecznie pogrzebała ułudę jedności narodowej. Jeszcze jesienią 2005 r., kilka miesięcy po śmierci Wojtyły, najgłośniej wybrzmiewał projekt POPIS-u, szykowania koalicyjnego rządu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, a kandydatem na objęcie urzędu Prezesa Rady Ministrów był „premier z Krakowa”, czyli zapomniany dziś Jan Maria Rokita. Był to ostatni paroksyzm współpracy partii wyrosłych z solidarnościowego korzenia. Jeśli teraz wybrzmiewa w jakiś sposób hasło POPIS-u, to wyłącznie w symetrystycznym zawołaniu „PiS-PO: jedno zło!”.
Dziś dla młodych ludzi Jan Paweł II to co najwyżej mem w internecie; dla tych w średnim wieku, wówczas palących świeczki i skandujących „Santo subito!” postać zupełnie obojętna, a jedynie dla najstarszych Polaków jeszcze uśmiechnięty Ojciec święty z obrazka na ścianie w mieszkaniu. I nawet rozsiane po całej Polsce szkaradne pomniki „naszego papieża” już mało kogo obchodzą.