„Sytuacja na Bliskim Wschodzie, wynikająca przede wszystkim z decyzji Izraela i USA, mogła być wcześniej skonsultowana z sojusznikami w ramach NATO. Jeśli nasz sojusznik zza wielkiej wody chce europejskiej pomocy, to minimalny szacunek wymagałby, by konsultować te sprawy wcześniej, a nie wtedy, kiedy pojawiają się problemy” — te słowa brzmią zdroworozsądkowo, są wręcz absolutną oczywistością.
Administracja Trumpa przystąpiła do wojny potencjalnie bardzo niebezpiecznej dla interesów energetycznych Europy bez konsultacji z partnerami zza oceanu i trudno oczekiwać, żeby teraz, gdy „operacja specjalna” nie idzie tak, jak założyli to sobie Amerykanie, europejscy partnerzy entuzjastycznie pospieszyli Amerykanom z pomocą w odblokowaniu cieśniny Ormuz.
Zaskakujące jest jednak to, kto wypowiedział te słowa. Bo ich autorem jest szef Biura Polityki Międzynarodowej prezydenta Nawrockiego, minister Marcin Przydacz. A więc przedstawiciel najbardziej dziś pro-trumpowskiego ośrodka władzy w polskim państwie. Czy wypowiedź Przydacza jest znakiem, że otoczenie prezydenta zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo ryzykowne dla niego może okazać się sklejenie z Trumpem?
„Prezydencie Trumpie przy tobie stoimy i stać chcemy”
Gdy USA zaczynały atak na Iran z ośrodka prezydenckiego płynął zupełnie odmienny przekaz. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomir Cenckiewicz przekonywał wtedy w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, że „Polska powinna się cieszyć, że nasz główny sojusznik — USA, ma taką sprawczość, ma siłę, której — tak jak powiedział prezydent Donald Trump — nikt nie jest w stanie zagrozić, nikt nie jest w stanie z nimi konkurować”. Wywodził też, że „po operacjach w Wenezueli i w Iranie widać, że orientacja atlantycka, którą Zjednoczona Prawica od lat prezentuje, okazała się optymalną drogą dla Polski. Mówię przede wszystkim o naszym bezpieczeństwie”.
Słowa Cenckiewicza wpisywały się w linię pałacu, którą najkrócej można by streścić formułą „panie prezydencie Trumpie, przy tobie stoimy i stać chcemy!”. Karol Nawrocki zawetował nawet — wbrew stanowisku wojska — ustawę o SAFE, jak można przypuszczać także dlatego, że postrzegana była ona jako środek mający zmniejszać zależność krajów Unii Europejskiej od USA w kwestii bezpieczeństwa i wzmacniać możliwości europejskiego przemysłu zbrojeniowego, co niekoniecznie musiało podobać się amerykańskiemu zbrojeniówce i jej lobbystom.
Karol Nawrocki, polityk przecież potrafiący — jak widzieliśmy przy okazji jego starcia z dziennikarzem TVN 24 — twardo stanąć na swoim, nie był w stanie upomnieć się o honor polskich żołnierzy poległych w wojnie w Afganistanie, których Trump obraził, stwierdzając, że jak inni europejscy sojusznicy Stanów „trzymali się z tyłu”. Choć jako zwierzchnik sił zbrojnych powinien się czuć do tego zobowiązany.
Prezydent w zasadzie całą swoją politykę zagraniczną budował do tej pory na sojuszu ze Stanami, a nawet nie tyle ze Stanami, ile na swojej osobistej relacji z Donaldem Trumpem i ruchem MAGA.
Polakom nie podoba się to, co Trump robi w Iranie
Problem w tym, że gdy Nawrocki poleciał do Teksasu, by tłumaczyć Amerykanom na konferencji CPAC, że Rosja nie jest przyjacielem ani Stanów ani konserwatywnych wartości, to Trump nie znalazł czasu, by zaszczycić jego wystąpienie swoją obecnością. Przemówienia Nawrockiego nie słuchał żaden z polityków kształtujących dziś na najwyższym szczeblu amerykańską politykę zagraniczną. Obserwując prezydenta w Teksasie przemawiającego do niemal pustej sali, można odnieść wrażenie, że wszystkie strzeliste akty, jakie ośrodek prezydencki wygłasza pod adresem Trumpa, pozostają w dużej mierze bez odpowiedzi, a miłość polskiej prawicy do MAGA jest dość jednostronna. Nie jest to korzystna politycznie optyka dla prezydenta w polityce krajowej.
Kolejne badania opinii publicznej potwierdzają, że Polacy nie popierają wojny w Iranie, uważają, że nie służy ona polskim interesom i obwiniają Stany i Izrael za jej skutki na czele z rosnącymi cenami benzyny. I można się spodziewać, że im bardziej odczuwalne będą gospodarcze koszty wojny — a eksperci przekonują, że jeśli potrwa ona dłużej, może nas czekać szok gospodarczy większy od pandemii i wojny w Ukrainie — to tym bardziej w kraju będą rosły antytrumpowskie nastroje. I jest oczywiste, że przełożą się one na negatywne emocje wobec największych sojuszników Trumpa w Polsce: a więc PiS i Pałacu Prezydenckiego.
Jeśli wypowiedź ministra Przydacza nie będzie czymś jednorazowym, jeśli podobny ton będzie wracać w wypowiedziach z otoczenia prezydenta, to będzie to sygnał, że Pałac Prezydencki zaczyna sobie zdawać sprawę z zagrożeń, jakie niesie sklejenie Nawrockiego z utykającym w niepopularnej wojnie z Iranem Trumpem.
Prezydent wszystkich prawic nie może być tylko prezydentem MAGA
Oczywiście, elektorat PiS ciągle pozostaje protrumpowski, zwłaszcza ten karmiony informacyjną dietą Telewizji Republiki, stacji uderzającej w tak wiernopoddańcze tony wobec amerykańskiego prezydenta, że mogłoby to zawstydzić Fox News. Jednocześnie Nawrocki wygrał tylko dzięki temu, że był w stanie przekonać do siebie także bardzo odległy wobec PiS prawicowy elektorat i od początku kadencji konsekwentnie stara się ustawić, z wyraźnym sukcesem, jako prezydent wszystkich polskich prawic, a nie tylko tej pisowskiej.
A coraz więcej wskazuje, że prezydent wszystkich polskich prawic nie może być tylko prezydentem MAGA. Konfederacja i jej elektorat wyraźnie czuje dystans do tego, co Trump robi w Iranie. Z konfederackich zakątków politycznego internetu płyną głosy wyrażające rozczarowanie tym, że Trump wbrew obietnicom z kampanii uwikłał Stany w kolejną awanturę na Bliskim Wschodzie, jeśli służącą czyimś interesom, to głównie Izraela. Grzegorz Braun z kolei wprost głosi hasła „Teheran Warszawa wspólna sprawa”.
Nawrockiego czeka teraz konieczność bardzo trudnego manewrowania między oczekiwaniami rozczarowanej Trumpem części prawicy i tej, która ciągle widzi w nim jedyną szansę na ochronę Polski przed „niemieckimi planami zbudowania europejskiego super-państwa”. Pytanie, ile miejsca na takie manewry zostawią Nawrockiemu Amerykanie. Najbardziej koszmarnym scenariuszem byłoby, gdyby Trump, zwracając się osobiście do Nawrockiego, zażądał od niego wojskowej pomocy Polski w Zatoce.
Decyzję o wysłaniu wojsk zagranicę prezydent podjąć może tylko na wniosek premiera lub rady ministrów i pewnie w takiej sytuacji Nawrocki będzie próbował przerzucić odpowiedzialność na rząd. Opinia publiczna będzie jednak dopytywać go, jakie ma zdanie w tej kwestii — i jakiego by nie miał może być ono politycznie dla niego kosztowne.

