Debata między Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem a Mateuszem Morawieckim odbiła się dość szerokim echem wewnątrz rządzącej koalicji. Pytanie, które zadaje sobie znaczna część polityków z partii koalicyjnych brzmi: „po co mu to było?”. Ludowcy odpowiadają: „niech się nie martwią, było potrzebne”.
W Jasionce, podczas Europejskiego Forum Rolniczego, odbyła się debata między wicepremierem a byłym premierem. Władysław Kosiniak-Kamysz i Mateusz Morawiecki rozmawiali o bezpieczeństwie, a ponieważ w kilku punktach się zgodzili, to niektórzy politycy i komentatorzy zaczęli ogłaszać, że oto będzie coś nowego, bo na pewno oznacza to nadchodzący sojusz i nową wyborczą układankę. W dodatku spotkanie w Jasionce zbiegło się z deklaracją Morawieckiego, że chce poszerzać ofertę dla wyborców konserwatywno-centrowych, a to już na pewno musi coś oznaczać. Na razie oznacza to tyle, że obaj panowie mają interes w pokazywaniu, że potrafią rozmawiać.
Morawiecki zakłada właśnie stowarzyszenie, które dla wielu jego partyjnych kolegów jest dowodem na to, że „szykuje się do wyjścia”. Nowogrodzka na razie nie robi afery, ale bacznie obserwuje to, co dzieje się w otoczeniu „harcerzy”. I na wszelki wypadek prezes PiS zawiesił posła Krzysztofa Szczuckiego za głosowanie za odrzuceniem weta prezydenta do nowelizacji kodeksu postępowania karnego. Ale w praktyce wszyscy odczytują to jako sygnał, że czasy przymykania oka na błędy i wypaczenia się skończyły. Szczucki w Kancelarii Morawieckiego szefował Rządowemu Centrum Legislacji i był moment, gdy chciał znaleźć się w gronie młodych polityków, w których prezes widzi przyszłość formacji. To on stanął na czele Akademii PiS, która co prawda nie odniosła wielkich sukcesów, ale zorganizowała kilka spotkań młodych działaczy z prezesem. To miało być inwestycją w przyszłość posła Szczuckiego, który jest kojarzony z Morawieckim i jego frakcją.
— Należało mu się, nie tylko zagłosował inaczej, ale też krytykował prezydenta w Republice — nasi rozmówcy z PiS nie mają wątpliwości, że powody zawieszenia są jasne: przez długi czas wszyscy sobie bimbali na polecenia prezesa i od czasu do czasu trzeba im przypomnieć, że to nie są żarty.
Część naszych rozmówców z PiS uważa jednak, że akurat to zawieszenie trzeba odczytywać także jako uważną obserwację tego, co dzieje się wokół Morawieckiego i jego nowego stowarzyszenia.
— Sama pani wie, ile czasu gada się już na mieście, że on będzie robił coś swojego. I to przecież się nie bierze znikąd tylko z gadania jego i jego ludzi. Gdy już oficjalnie powiedział o stowarzyszeniu, wszyscy tylko pokiwali głowami, że wiadomo, że to pierwszy krok — słyszymy.
Na razie jednak to jedyny krok.
Morawiecki chce pokazać Kaczyńskiemu
Morawiecki chce pokazać prezesowi, że ten się mylił, stawiając na wzmocnienie prawej flanki i partyjnych konserwatystów. Przemysław Czarnek ma odbić wyborców Braunowi, ale zdaniem Morawieckiego i jego otoczenia to nie wystarczy i nie doprowadzi PiS do wygranej.
Morawiecki może mieć rację, bo myślenie prezesa jest obarczone poważnym błędem. Kaczyński nie robi ruchów poszerzających elektorat, a jedynie takie, które betonują ten już do PiS-u przekonany. Morawiecki uważa, że trzeba poszerzać zasoby także w centrum sceny politycznej, a przyciskanie się do prawej flanki tylko zawęża łowiska. Jednocześnie jest też zdania, że PiS poniosło porażkę, a jemu nie udało się utworzyć rządu po 2023 r., bo partia nie miała żadnych możliwości koalicyjnych. To akurat prawda.
Gdyby PiS mogło negocjować z Konfederacją i PSL, utworzyłoby rząd. Były premier chce pokazać prezesowi, że jego taktyka przyniesie rezultaty. Jedyni potencjalni koalicjanci dla Morawieckiego to resztki po Polsce 2050 i PSL. Dlatego siada z Kosiniakiem-Kamyszem do debaty, która przebiega w zupełnie niestandardowym — jak na polską scenę polityczną — stylu. Nikt na nikogo nie wrzeszczy, nie ma wycieczek osobistych, nie ma oskarżeń. Jest trochę złośliwości i prztyczków, ale bez agresji, co ma przekonać wyborców bardziej centrowych, że twarz Czarnka to nie jedyne, co PiS ma do zaproponowania.
PSL szykuje się na bardzo trudne wybory
Prawie identyczny cel ma także Władysław Kosiniak-Kamysz. Lider ludowców szykuje partię do bardzo trudnych wyborów w 2027 roku. Na razie brakuje sondaży, które pozwalałyby z nadzieją patrzeć na to, że PSL przekroczy próg wyborczy. Partia od dawna balansuje na nim i co wybory szuka partnera, który będzie powiewem świeżości. Kimś takim byli Kukiz w 2019 r. i Hołownia w 2023 r. Obaj właściwie w polityce już nie istnieją, a Kosiniak-Kamysz musi rozważyć, co dalej. Tyle, że na razie nie ma na horyzoncie żadnego potencjalnego kandydata na partnera. Dlatego lider ludowców buduje swój wizerunek jako tego, który łączy. Chce być propozycją dla wyborców PiS, których zniechęca radykalizacja partii i wyborców KO, których zniechęca skręt na lewo (złudny, ale jednak dla niektórych znaczący).
Chciałby zająć miejsce, które powinna zajmować Polska 2050, ale jej się to nie udało. Stąd niezłe kontakty z Pałacem Prezydenckim czy właśnie debata z Morawieckim. Ludowcy połączą to także z narracją, że są właściwie jedyną konserwatywną kotwicą w rządzie koalicji 15 października i że tylko oni zagwarantują konserwatywnym wyborcom, że następny rząd „nie pogrąży się w lewicowym szaleństwie”. To będzie ich opowieść w nadchodzącej kampanii, skierowana do mniej zaangażowanych wyborców prawicy.
W dodatku PSL ustawia się w pozycji, która daje mu pewną niezależność od Donalda Tuska. Można premierowi pokazać, że ludowcy mają opcje poza koalicją z KO. Taki argument w rozmowach o przyszłych koalicjach zawsze jest w cenie.
Koalicji nie będzie. Na razie
Czy to oznacza, że Morawiecki i Kosiniak-Kamysz realnie myślą o jakiejś koalicji poza PiS i KO? Na razie nie. Na razie to są sygnały wypuszczane do partnerów, że takie rozmowy mogłyby się kiedyś w przyszłości odbyć. W PSL jest bardzo wielu polityków, którzy nigdy nie wejdą z byłym premierem w żadne układy.
— Jak mamy płacić, to za własne błędy, a nie cudze — odpowiadają na pytania o to, czy wyobrażają sobie pójście do wyborów z Morawieckim.
To dość logiczne. Koalicja 15 października doszła do władzy dzięki krytyce rządu Morawieckiego. Wyjaśnienie wyborcom, że oto teraz trzeba współpracować z tym, którego najgłośniej się krytykowało, może być bardzo trudne, chociaż oczywiście nie niemożliwe. Wszystko da się ubrać w mądrość etapu i dziejową konieczność, ale na razie to temat wyłącznie na polityczną publicystykę.

