Czy wychowanie w katolicyzmie może mieć związek ze społecznym przyzwoleniem na picie? To pytanie zaprowadziło mnie do jedynego w Polsce ośrodka leczenia uzależnień dla księży. W Kowalewie usłyszałem historie duchownych walczących z alkoholizmem, ale też opowieść o czymś znacznie mroczniejszym – o kapłanie, który skrzywdził dziecko.

„Jezus nie wybaczał siedem razy, tylko siedemdziesiąt siedem” — usłyszałem od kobiety, która przez dwie dekady żyła z pijącym mężem i próbowała go ratować. To jedno zdanie zaprowadziło mnie do jedynego w Polsce ośrodka leczenia uzależnień dla księży. Chciałem sprawdzić, czy religijne nakazy wybaczania i poświęcenia mogą wzmacniać społeczne przyzwolenie na alkohol.

— To naiwne i dziecinne podejście do wiary — zapewnia mnie ks. Krzysztof Raj. — Dojrzała wiara będzie umacniać i chronić. Szukanie usprawiedliwienia dla uzależnienia w religii to samooszukiwanie się, iluzja. Wybaczanie 77 razy to tkwienie w mechanizmach współuzależnienia. Taka osoba tłumaczy sobie na swój sposób, że musi trwać przy alkoholiku, a że bliska jest jej wiara katolicka, tu znajduje argumenty. A tak naprawdę umacnia picie i daje mu komfort. Można się rozstać, jest separacja — mówi ksiądz Krzysztof.

HtmlCode

Podobną opinię ma ksiądz Michał: — W kryzysie kobieta powinna troszczyć się najpierw o dzieci, potem o siebie, a dopiero potem o męża alkoholika. A jak wyglądają polskie rodziny? Wszyscy koncentrują się wokół męża i ojca. I to jest dramat. A Kościół powinien mieć odwagę powiedzieć: nie!

Obu księży poznaję w Diecezjalnym Ośrodku Duszpasterstwa Trzeźwości w Kowalewie. Ksiądz Krzysztof Raj jest dyrektorem ośrodka i psychologiem. Ksiądz Michał leczy się tu z uzależnienia. Jest w Kowalewie już drugi raz. Na pierwszą terapię trafił z wyniszczonym przez 20 lat picia organizmem i psychozami. Wyszedł, zapił i po kilku tygodniach wrócił.

Kowalew to niespełna dwutysięczna wieś w Wielkopolsce. Ośrodek Duszpasterstwa Trzeźwości, zamkniętą placówkę leczenia uzależnień tylko dla osób duchownych, założył w 1994 r. ksiądz Wiesław Kondratowicz. Do tej pory na terapii było tu ponad 1300 osób, w tym kilkanaście sióstr zakonnych. W sąsiadującym z ośrodkiem kościele św. Bartłomieja księża alkoholicy odprawiają msze. Nikogo z wiernych to nie dziwi. To element zdrowienia.

Leczący się w ośrodku duchowni nie mają jednak ochoty rozmawiać z dziennikarzem. Wyjątkiem jest ksiądz Michał. Mówi mi, że chce dać świadectwo, pokazać, że z alkoholizmem można zawalczyć.

— Ostatnie miesiące przed przyjściem na pierwszą terapię to już było ciągłe picie, lęk przed odprawianiem mszy, depresja. Mam słaby organizm, butelka wódki dziennie mnie wykańczała. W końcu uznałem, że to doprowadzi do tragedii. Powiedziałem o tym proboszczowi, był zdziwiony. Mieszkaliśmy razem i nie zorientował się, że piję — opowiada ksiądz Michał.

W dzieciństwie lubił przebierać się za księdza i odprawiać rodzinie improwizowane msze. Gdy dorastał, odsuwał od siebie myśli o kapłaństwie, choć czuł, że właśnie tego oczekuje od niego Bóg. Bał się samotności na plebanii i tego, że służba Bogu przekreśli jego marzenia o podróżowaniu. Kiedy w końcu pozbył się wątpliwości i trafił do seminarium, był szczęśliwy.

Problemy zaczęły się później, już w parafii. Musiał prowadzić katechezy w szkole, a był zbyt nieśmiały i delikatny, by łatwo utrzymać dyscyplinę w klasie. Męczył go ciągły hałas, lęk pojawiał się na wiele godzin przed lekcjami. Ratunkiem był alkohol. Początkowo wystarczało niewiele, żeby napięcie ustąpiło i zrobiło się przyjemniej. Zaczął pić regularnie, coraz częściej. Najpierw trzy, cztery kieliszki wina. Sam. Z czasem codziennie.

— Kiedy pojawia się alkohol, duchowość gaśnie. Mogę powiedzieć, że w pewnym momencie zastępuje Boga — mówi ksiądz Michał.

Nie przekraczał granic, nikt nigdy nie widział go pijanego. Czasem zastanawia się, czy gdyby ktoś powiedział mu wprost: „Słuchaj, masz problem z alkoholem”, wcześniej by się otrząsnął. A może nie zrobiłoby to na nikim większego wrażenia? W końcu inni księża też pili. Na imprezach na wikariatce wino już nie wystarczało, zamieniali je na wódkę. Czasem ktoś przegiął i szedł spać wcześniej, ale obywało się bez ekscesów.

Michał uważa jednak, że „bezproblemowe” picie to iluzja. Alkohol prędzej czy później przejmuje kontrolę i uzależnienie wychodzi na jaw. Bełkot na ambonie, zaśnięcie w trakcie pogrzebu, zabrane prawko…

— Słyszałem o księżach, którzy zrujnowali zdrowie przez alkohol i umarli. Nie znam co prawda żadnego księdza, który zrezygnował z kapłaństwa z powodu alkoholizmu, ale przez to, co zrobił pod wpływem alkoholu, to już tak — mówi.

— Co to było? — dopytuję

— No to były już takie sytuacje, gdzie… nie mogę mówić konkretnie, ale które spowodowały, że ksiądz został odsunięty od posługi.

— Czy to było zrobienie komuś krzywdy?

— No… tak.

— Osobie nieletniej?

— Tak — kapłan ścisza głos i dodaje po chwili: — To jest ciągle obecne w moim umyśle. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że gdyby nie alkohol, to on by czegoś takiego nie zrobił. Czy nie pozwoliłby sobie na takie zło. Ale pewne jest to, że alkohol mu w tym nie przeszkodził, a jeśli już, to pomógł. Nie chcę powiedzieć, że tylko dlatego popełnił taki czyn, bo pił, bo być może też by to zrobił, gdyby nie pił.

— Tylko żeby dokończyć. Został odsunięty od kapłaństwa, ale — rozumiem, że o takich czynach mówimy — molestowanie i pedofilia są karalne. Czy poniósł odpowiedzialność? — staram się ustalić.

— Tak. I cywilną, i karną, i kościelną. Ten czyn mną wstrząsnął. To, że on lubi się napić, to wiedziałem. Ktoś, kto traci świadomość, a ma jakieś, powiedzmy, tendencje, skłonności czy jakieś myśli, z którymi jest sam, to alkohol mu pomoże to zrealizować. Będzie wyzwalaczem.

Kiedy ruszam w drogę powrotną z Kowalewa, Polskę przykrywa gęsta mgła. Ale historia molestowania nie daje mi spokoju, choć wcale nie po nią tam jechałem. Tydzień później udaje mi się ponownie skontaktować z księdzem Michałem. Nabiera jednak wody w usta, zasłania się tajemnicą zawodową i toczącą się apelacją od wyroku. Ustalam tylko tyle, że nie chodziło mu o Arkadiusza Hajdasza, księdza pedofila, krytego przez Kościół, o którego ofiarach opowiadał drugi z filmów braci Sekielskich, „Zabawa w chowanego”. A to przecież ta sama diecezja.

Wiem także, że z księdzem, którego dotyczyła ta historia, nie znali się ze wspólnych imprez. Tego samego dnia rozmawiam z wyraźnie zaniepokojonym sytuacją ks. Krzysztofem Rajem, dyrektorem ośrodka. Opowiada, że po moim kontakcie z Michałem upewniał się, czy chodzi o sprawę już zgłoszoną odpowiednim instytucjom. Gdyby tak nie było, natychmiast pojechałby do kurii, zawiadomił delegata do spraw ochrony dzieci i młodzieży, a następnie uruchomiono by procedury kościelne i prokuratorskie.

— Takie są wytyczne papieża Franciszka. W diecezji mamy te sprawy uporządkowane — zapewnia ks. Krzysztof.

Rozpytuję w prokuraturze oraz sądach okręgowych i rejonowych na terenie diecezji kaliskiej. W tym samym czasie Szymon Piegza z Onetu naprowadza mnie na wątek księdza Tomasza Jeża z parafii w Pogorzeli. Prokurator potwierdza. — W 2024 r. ksiądz Jeż został prawomocnie uznany za winnego wysyłania pornograficznych zdjęć trzem osobom poniżej 15. roku życia oraz rozpijania sześciorga małoletnich. Kuria została poinformowana o sprawie, a duchowny przyznał się do winy, opuścił stan kapłański i uzyskał dyspensę od celibatu.

Kolejne informacje z sądów wskazują na trzy inne sprawy księży oskarżonych o przestępstwa seksualne wobec nieletnich. W jednej z nich pojawia się również wątek alkoholu. Dwie z nich dotyczą tego samego duchownego — został on skazany za rozebranie 14-letniego ministranta i dotykanie jego miejsc intymnych oraz za obmacywanie przez ubranie 11-latka. Procesy kanoniczne w tych sprawach nadal trwają. Nie wiem, czy któraś z tych historii jest tą, o której usłyszałem w Kowalewie.

Sądowe akta nie mówią mi również najważniejszego: jak takie czyny mogą wpłynąć na życie skrzywdzonych dzieci? Pytam o to Artura Nowaka, adwokata reprezentującego ofiary czynów pedofilskich, których sprawcami byli księża katoliccy.

— Ktoś to przyrównał do bomby w głowie takiego dziecka. Tylko ona nie odpala się, kiedy masz 10, 11, 12 lat, detonuje z opóźnieniem i na raty. Wtedy dopiero zaczyna się droga krzyżowa — mówi. Nowak opowiada, jak sam został skrzywdzony przez dwóch księży, w efekcie przez lata walczył z uzależnieniem. Na koniec spotkania przekazuje mi także numer do Dominika*, którego reprezentował w sądzie.

— Obejrzałem reportaż braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Wróciły do mnie wspomnienia. Właśnie wtedy po raz pierwszy zacząłem sięgać po alkohol — opowiada Dominik. — W czasie nauki, studiów i pracy nie wracałem do tego tematu. Ale to się zmieniło po obejrzeniu tych filmów, wysłuchaniu traum tych osób. Wracałem do nich 30–40 razy. Piłem strasznie, kiedy to oglądałem — wspomina.

Dominik miał 10 lat, gdy został ministrantem w niewielkiej parafii w diecezji legnickiej na Dolnym Śląsku. Był z tego dumny. Ksiądz L. pojawił się w jego życiu rok później i od razu zwrócił na niego uwagę. Dominik był otwarty i łatwowierny, a słowa kapłana traktował jak świętość. Duchowny dostrzegł to zaufanie i potrafił je wykorzystać. Dawał chłopcu pieniądze na słodycze, kusił prezentami, zwabiał do swojego domu. To właśnie tam zaczął go obmacywać.

— Była taka sytuacja, że ksiądz był bardzo pijany i po mszy w zakrystii przycisnął mnie do szafy. Zaczął mi wkładać rękę w spodnie. Odepchnąłem go i wtedy się bardzo na mnie zdenerwował. Wziął pęk ciężkich kluczy i mnie nimi uderzył po uchu. Nie przyznałem się do tego, kiedy wróciłem do domu. Później było tylko gorzej. Potrafił mnie uderzyć przez głowę lub plecy sznurem, kiedy nie robiłem tego, co chciał. Na przykład siadać na jego kolanach. Lubił mnie dotykać za uszami, po nosie, wkładać rękę w spodnie, pod koszulkę. Alkohol był u niego na porządku dziennym. Bardzo często był zachlany. Ta jego kanapa była obrzygana w niektórych miejscach.

W wieku 13 lat Dominik poszedł do proboszcza i wyznał, że ksiądz L. łapał go za krocze. Proboszcz kazał mu przestać kłamać i stwierdził, że opętał go diabeł. Nakazał mu wyspowiadać się u własnego oprawcy i błagać go o przebaczenie. Chłopiec był załamany. Chciał od tego uciec, ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć rodzicom? A ksiądz już w następną niedzielę, jak gdyby nigdy nic, znów zaczął go przytulać. I nie przestał krzywdzić.

— Uważam, że całe to katolickie wychowanie jest wychowaniem do kultury przemocowej — stwierdza Artur Nowak. — Zamiast zbierać koszyczek pochwał, to zbierasz wieczorem koszyczek tego, że jesteś zły, że to Ci nie wyszło, tamto Ci nie wyszło. Tak rodzi się pierwotne poczucie winy. I wstyd. Wstyd uciszający sprzeciw. Jednocześnie w głowie cały czas pobrzmiewa nauczanie o wybaczeniu. I z tego wybaczania bierze się po prostu bezkarność i brak motywacji dla ludzi, którzy nie chcą nad sobą pracować na terapiach antyprzemocowych czy alkoholowych. Bezmyślne wybaczanie powoduje brak szacunku do siebie, nienawiść do siebie, akceptację przemocy, którą ktoś ci zadaje. Katolicyzm uczy od dziecka, że niewybaczanie jest grzechem.

Dominik przestał być ministrantem w wieku 15 lat. Dotarło do niego, że ksiądz nie ma prawa go dotykać i sprawiać mu bólu. — Przez lata żyłem w panicznym strachu i niemocy. Było mi wstyd. Ale dziecko w takich sytuacjach jest bezbronne. Poza tym nie było w domu rozmów na takie tematy, a w szkole nie było edukacji seksualnej i uczenia tego, jak bronić się przed wykorzystaniem — dodaje.

W 2008 r., kiedy skończył 18 lat, złożył kolejne doniesienie. Biskup C., usłyszawszy historię Dominika i doniesienie o kolejnych ofiarach księdza L., postraszył go Interpolem i więzieniem. I po cichu przeniósł oprawcę do innej parafii.

Po maturze Dominik wyjechał na studia na drugi koniec Polski, potem za granicę, dużo pracował, realizował się zawodowo. Pozornie ułożył sobie życie. Ale właśnie wtedy wyszedł dokument braci Sekielskich.

12 lat po wizycie u biskupa Dominik chciał jeszcze raz zawalczyć o sprawiedliwość. Zgłosił sprawę do delegata do spraw ochrony dzieci i młodzieży. Złożył bolesne zeznania w dwóch toczących się procesach — karnym i kanonicznym. W sprawie karnej ksiądz L. został prawomocnie skazany na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat i dostał zakaz kontaktowania się z osobami poniżej 15. roku życia przez 10 lat. Musiał także wypłacić odszkodowanie w wysokości 50 tys. złotych. Po procesie kanonicznym Dominik nie dostał żadnej informacji o wynikach śledztwa ani tym bardziej przeprosin. Został z poczuciem upokorzenia po zderzeniu z kościelną machiną. I rosnącym problemem z alkoholem.

W tym czasie przeniósł się do Warszawy, gdzie objął odpowiedzialne stanowisko. Mieszkał sam. Pił. Setkę rano, potem szedł do pracy. Gdy zaczynały mu drżeć ręce, wypijał kolejną setkę, a wieczorem trzecią. W weekendy dochodziło już do 0,7 litra każdego wieczoru. Przed poniedziałkiem zamawiał kroplówkę na telefon. Potem zaczął się ciąg. Trwało to dwa lata. W ostatniej fazie ważył zaledwie 55 kilogramów i nie był już w stanie dłużej ukrywać nałogu. Uratowali go współpracownicy i rodzina. Trafił do ośrodka.

Dziś jest w szczęśliwym związku. Myśli o dzieciach, ale ma obawy, czy będzie w stanie je ochronić. Pracuje nad tym na terapii. Poszukuje wiary. Na swój sposób się modli.

*Imiona bohaterów zostały zmienione

Reportaż powstał podczas pracy nad trzyodcinkowym serialem dokumentalnym „Naczynia połączone”, w którym Adrian Gronek-Liszka bada, jak głęboko sięgają źródła uzależnienia. Skomplikowane losy bohaterów układają się w alkoholowe drzewo genealogiczne. Nie jest to jednak serial tylko o alkoholu. To opowieść o głębokich ranach i przemocy. O przemianach społecznych w Polsce, roli Kościoła w polskiej kulturze, a wreszcie o nauce miłości i walce o siebie. Czy da się uwolnić od alkoholowego fatum?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version