-
Prezydencki plan „polskiego SAFE” zakłada finansowanie zbrojeń z zysków Narodowego Banku Polskiego pochodzących m.in. ze wzrostu wartości rezerw złota i walut.
-
Ekonomista Rafał Mundry ocenia, że mechanizm jest ryzykowny i środki pojawią się najwcześniej za kilkanaście miesięcy, podkreślając jednocześnie wady zarówno tego rozwiązania, jak i europejskiego programu SAFE.
-
Mundry sugeruje, że Polska powinna skorzystać z obu dostępnych opcji, a środki z rezerw NBP można podzielić także na inne sektory państwa, nie ograniczając się wyłącznie do zbrojeń.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Podstawą dla „prezydenckiego SAFE” ma być ustawa o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych. Skąd Karol Nawrocki weźmie pieniądze na alternatywę dla unijnej pożyczki? Odpowiedź pojawia się w uzasadnieniu prezydenckiego projektu.
„Zgodnie z koncepcją zaprezentowaną przez prezydenta Karola Nawrockiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego (…), wypracowany przez NBP zysk, wynikający z rosnącej wyceny rynkowej polskich rezerw złota i walut, ma zostać skierowany bezpośrednio na finansowanie celów obronnych za pośrednictwem nowo utworzonego Funduszu” – czytamy w dokumencie.
– Na początku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o który zysk chodzi – mówi Interii Rafał Mundry, ekonomista i analityk finansowy. Zaznacza przy tym, że Narodowy Bank Polski może operować zyskiem ujętym w rocznym sprawozdaniu finansowym, które prezes banku musi przedstawić do 30 kwietnia każdego roku.
– Na końcu ustawy mamy informację, że nie będzie to zysk za zeszły rok, więc absolutnie nie ma mowy o żadnym zysku, który wpłynąłby w tym roku. Co najwyżej chodzi o zysk wygenerowany w tym roku, więc tak naprawdę zobaczyliśmy te pieniądze za półtora roku – podkreśla nasz rozmówca.
Tłumaczy też, w jaki sposób NBP może zdobyć pieniądze, choć zaznacza, że pomysł jest ryzykowny.
Narodowy Bank Polski posiada rezerwy złota. Mówiąc krótko, na zbrojenia ma być przeznaczony zysk ze wzrostu wartości tych rezerw. W sprawozdaniu finansowym NBP ten zysk formalnie nazywa się niezrealizowaną różnicą w wycenie.
– Bank przez ostatnie lata kupował złoto, uncja była dość tania, kosztowała kilka tysięcy złotych. Obecnie kosztuje około 20 tysięcy. Przykładowo załóżmy, że bank decyduje się teraz sprzedać komuś złoto po 20 tysięcy za uncję, które pięć lat temu kupował po dwa tysiące. Nagle ma 18 tysięcy złotych zysku w kieszeni – wyjaśnia Mundry.
Prezes Glapiński zapewnił jednak, że NBP nie uszczupli swoich rezerw. Jak to możliwe? – Zaraz po sprzedaży bank może kupić z powrotem uncję za te 20 tysięcy. De facto tego samego dnia sprzedajemy i kupujemy. Różnica w księgach rachunkowych jest tylko taka, że zmienia się koszt zakupu jednej uncji. To ryzykowne o tyle, że z każdym kolejnym rokiem ten zysk będzie zdecydowanie mniejszy, bo cena złota z każdym rokiem idzie do góry – podkreśla ekonomista.
Wpisanie na sztywno do ustawy, że co roku złoto będzie dawać zysk, to jest spekulacja i że tak powiem, trzeba zacząć się modlić, żeby się udało
O zarządzaniu rezerwami decyduje zarząd NBP. Czyli prezes Glapiński i jego najbliżsi współpracownicy. Bank obowiązuje strategia zarządzania rezerwami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby prezes zmienił ten dokument i zaczął aktywnie handlować złotem. Sęk w tym, że rynek nie jest przewidywalny. – Wpisanie na sztywno do ustawy, że co roku złoto będzie dawać zysk, to jest spekulacja i że tak powiem, trzeba zacząć się modlić, żeby się udało – uważa Mundry.
Teoretycznie w prezydenckim projekcie jest zabezpieczenie przed scenariuszem, w którym nie udało się wypracować zysku ze złota. To jednak gorsze warunki, niż europejska pożyczka SAFE.
Zalety i wady europejskiego SAFE
W ustawie Nawrockiego istnieje zapis, zgodnie z którym jeśli wpłaty NBP do funduszu obronnego będą niższe, niż przewidziano, różnicę pokrywa Bank Gospodarstwa Krajowego. – Po prostu na rynku będzie się zapożyczać. Tutaj warunki finansowania będą gorsze, niż jakby rząd się zapożyczał i zdecydowanie gorsze, jakby zapożyczała się Komisja Europejska – wskazuje Rafał Mundry.
Warunki kredytowe zależą od wiarygodności finansowej. – Komisja Europejska ma najwyższą ocenę wiarygodności. Polska ma tę wiarygodność pięć stopni niżej. Naturalne jest, że oprocentowanie długu emitowanego przez Komisję, będzie niższe, a dla Polski wyższe. BGK ma ocenę jeszcze dwa stopnie niższą, czyli między nim, a Komisją jest siedem stopni różnicy. Jeśli BGK będzie chciał pozyskać środki z rynku, co do zasady oprocentowanie zawsze będzie gorsze, niż dla Komisji Europejskiej – wyjaśnia analityk.
Zatem warunki takiego kredytu będą gorsze, niż unijna pożyczka SAFE. Natomiast Mundry podkreśla, że propozycja Unii Europejskiej też ma swoje wady. W debacie publicznej powtarza się, że kredyt SAFE będzie oprocentowany na 3 proc.
Przyjęło się mówić, że skoro tak było w zeszłym roku, to Komisja może się zapożyczać na te 3 proc. Natomiast ile to będzie za rok, dwa, pięć czy dziesięć – nikt nie ma pojęcia
– To jest wartość z sufitu. Komisja Europejska zapożycza się, mniej więcej co miesiąc robi przetargi na obligacje i w ostatnim roku zapożyczała się średnio na 3 proc. Po prostu przyjęło się mówić, że skoro tak było w zeszłym roku, to Komisja może się zapożyczać na te 3 proc. Natomiast ile to będzie za rok, dwa, pięć czy dziesięć – nikt nie ma pojęcia – podkreśla Mundry.
Zaznacza też, że obecnie warunki dla KE są nawet lepsze, bo kilka tygodni temu wyemitowała obligacje na od 2,2 do 2,8 proc., ale nie oznacza to, że tak będzie zawsze. Nasz rozmówca wskazuje, że w przyszłości to może być większe oprocentowanie. – Wszystko zależy od sytuacji rynkowej, inflacji w strefie euro, wysokości stóp procentowych – tłumaczy.
W przestrzeni publicznej pojawił się też argument, że SAFE nie jest dobrym rozwiązaniem, bo rezygnują z niego Niemcy. Mundry wyjaśnia, że Niemcy jako największa gospodarka w Unii są w stanie uzyskać na rynku jeszcze lepsze warunki pożyczek, niż Komisja Europejska. Po drugie obawiają się, że jako największa gospodarka staną się żyrantem unijnego kredytu.
Warunkowość w ustawie Karola Nawrockiego
Wypłaty z unijnego SAFE mogą rozpocząć się w bieżącym miesiącu. Natomiast pieniądze z zysków NBP do funduszu obronnego trafią w momencie, w którym mogą mieć przełożenie na krajową politykę. – Środki zobaczymy w połowie przyszłego roku, trzy miesiące przed wyborami do Sejmu. Obawiam się, że to może być po prostu jedna wielka kampania wyborcza i rozdawanie później złotych czeków – ocenia Rafał Mundry.
Tym bardziej, że zgodnie z założeniami prezydenckiej ustawy, nie da się wydawać środków z funduszu obronnego bez udziału Nawrockiego. Politycy prawicy powtarzają, że w unijnym SAFE ukryta jest warunkowość, co pozwoli Komisji Europejskiej przyznawać lub nie kolejne transze pieniędzy. Zasadniczo w propozycji Nawrockiego działa podobny mechanizm.

Mianowicie o wydatkowaniu środków ma decydować Komitet Sterujący. Ten ma składać się pięciu osób, przedstawicieli: ministra obrony, prezydenta, premiera, ministra spraw wewnętrznych i podległego prezydentowi Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Zatem dwa na pięć głosów należy do głowy państwa. Komitet ma podejmować decyzje większością 2/3 głosów, potrzeba więc czterech głosów do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Czyli Nawrocki każdą będzie mógł zablokować. – Wydatki mają być na zbrojenia. Prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie dziwi mnie, że chce mieć ostatnie zdanie w temacie środków na armię – przyznaje Mundry.
SAFE czy fundusz obronny? Mundry: Jedno i drugie
Podsumowując, nasz rozmówca podkreśla, że zarówno SAFE, jaki projekt Nawrockiego mają swoje plusy i minusy. Na co powinna się zdecydować Polska? – Jedno i drugie rozwiązanie jest na stole. Moim zdaniem powinniśmy skorzystać z jednego i drugiego – mówi nam ekonomista.
Zaznacza jednak, że w warunkach, w których unijny SAFE służy wyłączenie zbrojeniom, można rozszerzyć zakres wykorzystania środków z prezydenckiej propozycji. – Mówi się, że jesteśmy 20. gospodarką świata. Dla mnie naturalne jest to, że politycy powinni poprawiać jakość i komfort życia obywatelom. Jeśli nasze PKB szybko rośnie, to powinniśmy korzystać z owoców wzrostu gospodarczego – wskazuje analityk.
Jego zdaniem, jeśli uda się wypracować zyski z rezerw NBP, można je przeznaczyć na różne sektory państwa, nie tylko na armię. – Wiem, że jest wojna za naszą wschodnią granicą, ale nie wiem czy to sytuacja podbramkowa, w której całe zyski ze złota musimy wydać tylko na jeden obszar. Moim zdaniem środki z NBP powinny być podzielone powiedzmy po połowie. Pół na armię, pół na naukę, atom, tanią energię. Bezpieczeństwo to nie tylko czołgi, ale też bezpieczeństwo energetyczne – podsumowuje w rozmowie z Interią Rafał Mundry.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
-
Prezydent skierował projekt ustawy do Sejmu. „Nie ma już mowy”
-
Tusk po spotkaniu z prezydentem. „Miałem nadzieję”


