Nie żyje Mirosław Różański. Po odejściu z armii mówił, że nie mógł pozwolić na deprecjonowanie swojego stanowiska i proponowanych przez siebie rozwiązań. A Macierewicz wtrącał się we wszystko.
Zmarł generał broni w stanie spoczynku dr Mirosław Różański. Był jednym z najwybitniejszych polskich dowódców. Dowodził 11. Lubuską Dywizją Kawalerii Pancernej. Następnie został mianowany dowódcą Wojsk Lądowych, a później pierwszym dowódcą generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych. Z armii odszedł po konflikcie z politykami, którzy ją osłabiali.
Mirosław Różański należał do tego pokolenia polskich generałów, które musiało przeprowadzić armię przez kilka zasadniczych zmian. Zaczynał służbę w zupełnie innym wojsku, później dowodził już zawodowymi jednostkami przygotowywanymi do działania w ramach NATO, miał doświadczenie z misji w Iraku i odpowiadał za funkcjonowanie znacznej części Sił Zbrojnych.
Nie był przy tym generałem kojarzonym wyłącznie z jednym rodzajem wojsk czy jednym programem modernizacyjnym. Interesowało go przede wszystkim to, w jaki sposób armia będzie walczyć jako jeden system i czy będzie w stanie wykonać postawione przed nią zadanie. Uczył strategicznego myślenia całe pokolenie ludzi związanych z wojskowością. I był w tym znakomity.
„Wicher” to dopiero początek. Dołączamy do gry o Bałtyk [WYJAŚNIAMY]
Wybitny strateg
Dobrym przykładem jest ćwiczenie prowadzone w Ośrodku Symulacji i Komputerowych Gier Wojennych ówczesnej Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. W ramach ćwiczeń dla wyższej kadry dowódczej sprawdzano różne warianty samodzielnej operacji obronnej, bez wsparcia sojuszniczego. Założenie miało być dla Polski niekorzystne. Atakujące z obwodu królewieckiego i Białorusi siły miały znaczną przewagę. Obrońcy mieli za zadanie odrzucić przeciwnika i wytrzymać na tyle długo, aby dotarły posiłki.
Poszczególne warianty obrony testowali kolejni oficerowie, w tym dowódcy z państw NATO. Próbowali Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy, Holendrzy, a także polscy generałowie. Wyniki były podobne. Atakujący przełamywali kolejne pozycje, wypierali obrońcę w kierunku Wisły, następnie ją forsowali i kontynuowali działania. Można było opóźnić ich natarcie, ale nie udawało się znaleźć rozwiązania, które zmieniałoby wynik całej operacji.
Różański zastosował inną metodę. Zamiast próbować zatrzymać główne siły przeciwnika na kolejnej pozycji obronnej, pozwolił im wejść głębiej w ugrupowanie. Jednocześnie tak prowadził działania, aby zgrupowanie przeciwnika szło w kierunku, który jemu pasował. Kiedy przeciwnik znalazł się wystarczająco daleko od zaplecza, Różański uderzył na jego skrzydła. Główne zgrupowanie zostało odcięte od reszty wojsk i zlikwidowane w okrążeniu, a pozostałe siły zostały odepchnięte jeszcze dalej w głąb własnego terytorium. Zamiast kolejnego odwrotu udało się doprowadzić do zniszczenia głównego rosyjskiego zgrupowania uderzeniowego.
To też pokazało, że koncepcja wykorzystania głębi operacyjnej na prawym brzegu Wisły jest jak najbardziej słuszna. Zachował się jak dżudoka, który wykorzystał masę i siłę przeciwnika. Dlatego później tak bardzo oponował przeciwko doktrynie Macierewicza i Błaszczaka, którzy twierdzili, że obrona powinna być prowadzona od samej granicy.
Jak bardzo był to beznadziejny pomysł, pokazały ćwiczenia Zima-20, podczas których pierwsza faza ćwiczeń zakończyła się katastrofalną porażką, a straty jednostek na wschodzie Polski wyniosły od 60 do 80 proc. Wówczas postanowiono powtórzyć ćwiczenia, a ustawienia symulacji zostały zresetowane. Wówczas gen. Rajmund Andrzejczak, mający wolną rękę, wyprowadził kontruderzenie z tyłów i bronił wschodniej Polski przez 11 dni do czasu, kiedy dotarły znaczne siły NATO. Uczynił to samo, co przed laty gen. broni Różański — wykorzystując głębię operacyjną i wysoką mobilność jednostek pancernych i zmechanizowanych, zatrzymał wirtualnego przeciwnika. Oba ćwiczenia pokazały, że wtrącanie się polityków do dowodzenia nie jest najlepszym pomysłem.
Kompleksowe myślenie
Różański miał za sobą dowodzenie 17. Wielkopolską Brygadą Zmechanizowaną i 11. Lubuską Dywizją Kawalerii Pancernej, służbę w Iraku oraz wprowadzanie Rosomaków do armii. Znał więc problemy wojska zarówno od strony szkolenia i dowodzenia jednostką, jak i z perspektywy najwyższych struktur. Jednocześnie nie ograniczał swojego zainteresowania do wojsk lądowych. Jak na generała wywodzącego się z tego rodzaju sił, wyjątkowo dużo uwagi poświęcał marynarce wojennej.
W przypadku Różańskiego było to o tyle istotne, że potrafił patrzeć na programy morskie przede wszystkim przez ich znaczenie dla zdolności operacyjnych. Budowa ORP „Ślązak” była dla niego przykładem problemów, jakie mogą powstać, kiedy program zbrojeniowy przez lata podlega zmianom politycznym, technicznym i organizacyjnym.
Dlatego sceptycznie oceniał możliwość zbudowania w Polsce nowoczesnych fregat. Kiedy jednak rozpoczął się program Miecznik i pierwsza fregata rzeczywiście trafiła na pochylnię, zmienił zdanie. Był za to orędownikiem budowy niszczycieli min Kormoran II, które uważał za bardzo ważne dla bezpieczeństwa państwa. Ponadto uważał je za będące w zasięgu możliwości polskich stoczni i mało wrażliwe na polityczne zawirowania.
Właśnie takie podejście odróżniało Różańskiego od części generałów. Nie patrzył na modernizację przez liczbę podpisanych umów. Interesowało go, jaka zdolność powstanie po zakończeniu programu i czy będzie ona odpowiadała rzeczywistym potrzebom operacyjnym. To jest również powód, dla którego jego konflikt z kierownictwem Ministerstwa Obrony Narodowej skończył się jego odejściem z armii.
Polityczne utarczki
W czerwcu 2015 r. Różański został dowódcą generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych. W listopadzie ministrem obrony narodowej mianowano Antoniego Macierewicza. Początkowo współpraca układała się poprawnie, później jednak relacje wyraźnie się pogorszyły. Sam Różański mówił publicznie, że w jego ocenie minister nie darzył go zaufaniem, wskazując między innymi na niekonsultowane zmiany kadrowe oraz sposób odnoszenia się do jego propozycji dotyczących rozwoju Sił Zbrojnych.
Wzajemna niechęć mogła mieć jeszcze swoje początki w czasach wprowadzania do służby KTO Rosomak, za które odpowiadał Różański, a Macierewicz jako szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego robił wszystko, aby nowoczesne transportery nie trafiły do armii. Żeby udowodnić jego bezużyteczność, kazał nawet ostrzeliwać nowe pojazdy ostrą amunicją. Ostatecznie pojazd udało się wprowadzić do służby wbrew Macierewiczowi i okazał się on bardzo wytrzymałym i nowoczesnym pojazdem, który służy do dziś.
Różański mówił także, że rozmowy z Macierewiczem kończyły się niekiedy przyznaniem mu racji, po czym minister podejmował inne decyzje. Podkreślał przy tym, że wojskowi powinni dowodzić, a minister kierować resortem. Tymczasem Macierewicz wtrącał się we wszystko. A szczytem była decyzja o osłabieniu najsilniejszego polskiego związku taktycznego i o przeniesieniu czołgów pod Warszawę wbrew dowódcom. Wówczas Macierewicz cofnął 11. LDKP w rozwoju o ponad ćwierć wieku.
To właśnie ten konflikt doprowadził do odejścia generała. W grudniu 2016 r. Różański złożył wypowiedzenie stosunku służbowego, a na początku 2017 r. przestał pełnić funkcję dowódcy generalnego. Prezydent Andrzej Duda, wręczając jego następcy akt mianowania, oficjalnie potwierdził, że Różański postanowił odejść z wojska. Sam generał nie pozostawił jednak wątpliwości co do przyczyn swojej decyzji. W rozmowie z TVN24 mówił, że nie mógł pozwolić na deprecjonowanie swojego stanowiska i proponowanych przez siebie rozwiązań.
To jest chyba najważniejszy argument w ocenie Różańskiego jako dowódcy. Nie chodzi o to, że zawsze miał rację, ani że każde jego rozwiązanie było jedynym możliwym. Chodzi o zdolność do samodzielnego myślenia, której nie da się zastąpić kolejnymi kursami, instrukcjami czy zakupem nowego sprzętu. Generał może mieć do dyspozycji najnowocześniejsze uzbrojenie, ale jeżeli nie potrafi właściwie wykorzystać dostępnych sił, sprzęt nie rozwiąże problemu. Różański należał do oficerów, którzy rozumieli tę zależność.

