Patrzę na to jak na czas przebudzenia. Po jednym ze spotkań podeszła do mnie pewna mama i powiedziała: „po tym wykładzie jestem wkurzona: na państwo, na te firmy, bo wmawiano nam coś zupełnie innego” — mówi Magdalena Bigaj, szefowa Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa i współautorka raportu „Internet dzieci 2026”. Przyznaje, że wstrząsnęło ją to, jak często dzieciom wyświetlają się reklamy alkoholu.
„Newsweek”: To już druga edycja waszego raportu „Internet dzieci”. Coś cię zaskoczyło?
Magdalena Bigaj: Nie zdziwiło mnie, że nie ma większych różnic w konsumpcji rozmaitych treści w porównaniu z pierwszym badaniem. Wstrząsnęło mną jednak, że 1,2 mln dzieci w wieku 7-14 lat miało w mediach społecznościowych kontakt z reklamami piwa alkoholowego, a blisko 700 tys. natknęło się na reklamy alkoholi wysokoprocentowych.
W tej edycji zaczęliście też badać, czy dzieci korzystają z narzędzi AI.
— Z jednej strony 43 proc. 7-14-latków korzystających z ChatGPT to dużo. Z drugiej na szczęście stosunkowo mało dzieci korzysta z aplikacji w moim odczuciu szczególnie niebezpiecznych, czyli pozwalających tworzyć cyfrowych towarzyszy AI, z którymi można się zaprzyjaźnić albo w których można się zakochać.
Może po prostu nie mają już na to czasu?
— Media społecznościowe pochłaniają im 40 proc. czasu online, z czego 29 proc. przypada na TikToka, a 22 proc. na YouTube’a. Te aplikacje budzą i układają do snu. Co druga osoba w wieku 7-14 lat używa ich jeszcze przed szkołą. Widzimy też, że między godziną 22 a 23 jeszcze 40 proc. tej grupy wiekowej wciąż jest w internecie, głównie w aplikacjach społecznościowych i komunikatorach.
Zapewne po północy wiele z nich nadal tam siedzi…
— Monitoring obejmuje tylko godziny 6-23. Na wykresie czasu spędzanego przez 7-14-latków w sieci na szkołę przypada 13 proc. czasu online, na pory poza szkołą — 87 proc.
Nawet jeśli zakażemy smartfonów w szkole, i tak niewiele to zmieni?
— Zakaz nie służy zmniejszeniu czasu ekranowego dzieci i nie zwiększa ich bezpieczeństwa w świecie cyfrowym. Celem jest to, żeby szkoła mogła realizować swoje podstawowe zadania: uczyć, wspierać relacje społeczne i zapewniać w tym czasie bezpieczeństwo. Ekran przed buzią dziecka czy nastolatka często w tym przeszkadza.
Powstał rządowy projekt ustawy o zakazie używania smartfonów w podstawówkach. To dobry krok?
— W założeniach ustawy czytamy m.in., że zakaz ma wpływać pozytywnie na zdrowie psychiczne dzieci. To tak nie zadziała: jeśli dziecko po szkole będzie miało niekontrolowany dostęp do telefonu i kontakt z drastycznymi materiałami albo będzie w domu doświadczało przemocy, to zakaz smartfona w szkole nie ochroni jego zdrowia psychicznego. Oczywiście warto minimalizować zagrożenia, ale trzeba pamiętać, że szkoła i dom to system naczyń połączonych. W naszych badaniach z marca tego roku wyszło, że dwie trzecie badanych nastolatków słyszało o pojęciu higieny cyfrowej, a głównym źródłem wiedzy na ten temat jest dla nich szkoła, ale dobre nawyki cyfrowe kształtujemy przede wszystkim w domu.
Internet może być też źródłem wiedzy, ale z waszego raportu wynika, że na takie rzeczy dzieci poświęcają 6 minut dziennie, 1 proc. czasu.
— Treści edukacyjne można znaleźć nawet na platformach społecznościowych, ale dziecko potrzebuje do tego przewodnika. Na pewno nie jest nim algorytm platformy, bo on ma cele komercyjne.
W czasie niedawnego przegranego procesu Facebooka w Kalifornii cytowano wstrząsające fragmenty wewnętrznych rozmów pracowników Mety. Z pełną świadomością projektowali serwisy tak, żeby uzależniać ludzi, zwłaszcza tych najmłodszych.
— Ten biznes przez lata budowano na modelu, który żeruje na naszej uwadze, więc przekonanie, że algorytm w mediach społecznościowych jest zaprojektowany z myślą o rozwoju edukacyjnym dziecka, dowodzi wielkiej naiwności. Max Fisher w świetnej książce „W trybach chaosu. Jak media społecznościowe przeprogramowały nasze umysły i nasz świat” opisuje, jak niemal 20 lat temu twórcy platform w ogóle nie kryli się ze swoimi intencjami. Sean Parker, pierwszy prezes Facebooka, powiedział: „wykorzystujemy słaby punkt ludzkiej psychiki, dajemy ludziom działeczkę dopaminy”. Otwarcie mówiono wtedy o poszukiwaniu sposobów na manipulowanie naszą kontrolą nad uwagą.
Dzieciaki potrafią świetnie manipulować rodzicami i dziadkami: „przecież ja na YouTubie uczę się angielskiego”.
— Sama widzę jako mama nastolatka, że np. na platformach streamingowych z muzyką dziecko może oglądać teledysk i śpiewać tekst piosenki pokazywany w napisach. Ale jeśli za chwilę platforma podsuwa mu filmik patostreamera dręczącego osobę w kryzysie bezdomności, robi się groźnie. To nasz główny postulat jako fundacji i autorów raportu: mamy prawo żądać bezpiecznych produktów.
Żądać od kogo?
— Jeśli państwa pozwoliły wprowadzić te produkty do powszechnego użycia, to teraz my mamy prawo żądać od państw ochrony. Dziecko ma prawo do bezpiecznego środowiska życia i jeśli nie ma skutecznych barier przed skorzystaniem z narzędzi ryzykownych, to mamy problem. Gdyby ktoś pozwał skarb państwa za to, że niewystarczająco chroni dzieci w internecie, to kto wie, czy nie miałby szansy wygrać, tak jak wygrywano procesy o prawo do czystego powietrza.
I może ktoś taki się znajdzie, bo nastroje wobec big techów mocno się zmieniają.
— Szczególnie w ciągu ostatniego roku. Nawet rzecznik Komisji Europejskiej powoływał się na nasze dane, bo Brukselę też zszokowało to, że połowa nastolatków w Polsce miała dostęp do pornografii.
Są twarde dane, więc nie można się zasłaniać niewiedzą.
— Patrzę na to jak na czas przebudzenia. Po jednym ze spotkań podeszła do mnie pewna mama i powiedziała: „po tym wykładzie jestem wkurzona: na państwo, na te firmy, bo wmawiano nam coś zupełnie innego”.
Jest jakiś ruch rządu, ale prezydent może zawetować ustawę o zakazie smartfonów.
— Jeśli nie ustawą, to można to zrobić ministerialnym rozporządzeniem. W roku przedwyborczym dla koalicji istotne może być to, że w jednym z badań 84 proc. rodziców zadeklarowało, że chce takiego zakazu w szkołach.
I dzieci po szkole rzucą się do ekranów jeszcze łapczywiej.
— To może wywołać efekt zakazanego owocu, ale nauczyciele ze szkół, gdzie zakaz już obowiązuje, mówią, że wdrażanie idzie łatwiej, niż się spodziewali. Początki są trudne, ale po roku, dwóch zaczyna się zmieniać kultura szkoły. Na przykład w szkole w Kluczach, gdzie na praktyki przyszła bardzo młodo wyglądająca studentka, dzieci wzięły ją za uczennicę starszych klas i poradziły, żeby schowała telefon, „bo u nas się tego nie używa”.
Ale zostaje jeszcze 87 proc. czasu, za którego kontrolę odpowiadają rodzice.
— I to jest kłopot, bo łatwo jest trafić do tzw. świadomych rodziców, ale znacznie trudniej do tych, którzy problem wypierają lub nie mają o nim pojęcia. Kwestia bezpieczeństwa dziecka w przestrzeni cyfrowej będzie nam różnicowała społeczeństwo. Jedna z naszych edukatorek prowadziła zajęcia w szkole na terenie byłego PGR i usłyszała od nauczycielki: „ja mam problem, żeby niektórzy rodzice zadbali o nakarmienie dzieci, a gdzie w ogóle przestrzeń, żeby z nimi porozmawiać o ograniczeniu telefonu”.
I co z tym począć?
— Planujemy współpracę z ośrodkami pomocy społecznej, poradniami psychologiczno— —pedagogicznym i z parafiami. Paradoksalnie, dzisiaj dzieci i nastolatki mają niewiele tzw. trzecich miejsc, które byłyby bezpieczną alternatywą dla rozrywki ekranowej. Głównymi miejscami spotkań nastolatków bywają więc restauracje fast food, okolice dyskontu albo galeria handlowa.
Czyli potrzebne są atrakcyjne miejsca w realu, które pomogą odciągnąć dzieci od ekranów?
— Pewnych rzeczy nie nauczysz się przez ekran. Wychowałam się w sześciotysięcznym miasteczku w Zagłębiu, a z publicznymi wystąpieniami oswoiłam się dzięki domowi kultury i parafii. Tam uczyłam się, jak być sprawcza czy współpracować z innymi. Oderwanie od ekranów to także korzyści dla zdrowia: bo dzieci zatopione w sieci prawie się nie ruszają. Zawodami przyszłości będą rehabilitant i fizjoterapeuta, a nie żaden operator chmury danych.
Nawet dom kultury, orlik czy parafia nie pomogą, jeśli w domu rodzice będą się gapić w ekrany.
— Wiele osób nie wyobraża sobie innego świata niż taki właśnie przypięty do ekranu. Bardzo potrzebna jest edukacja seniorów, którzy dzisiaj są „heavy userami” np. TikToka, gdzie zamykają się w swoich spolaryzowanych bańkach. Często to oni podsuwają ekran wnuczkom.
A co z nauczycielami?
— Od uczniów często słyszymy: „pan od WF rzuca nam piłkę i gra w gry” albo: „pani od matematyki coś zadaje, a sama siedzi w aplikacji zakupowej”. Powtarzam nauczycielom, że dzieci nie da się oszukać, doskonale znają kolory tych aplikacji. Ale widzę też przebłyski nadziei w młodym pokoleniu, bo coraz częściej oni sami chcą ograniczać dostęp do sieci albo świadomie się z niej wylogowują.
Świadomość uzależnienia to pierwszy krok do wyleczenia.
— Mam chytrą uciechę, że to jest coś, czego nie przewidziała branża technologiczna: uwaga nie jest workiem bez dna. Ludzie odczuwają zmęczenie nadmiarem bodźców i poczuciem winy, że znowu coś przegapili, czegoś nie zrobili. Nasza uwaga w internecie jest już tak poszatkowana, że umiejętność koncentracji na materiale wideo spadła do 4 sekund! Być może w końcu platformy społecznościowe podzielą los firm tytoniowych i energetycznych, które w końcu ugięły się pod oddolną presją konsumentów i odgórnymi regulacjami. Na tegorocznym forum IAB tłumaczyłam, że uwaga nie jest walutą, która będzie się przekładała na biznes. Ludzie będą się zwracali do marek, którym ufają, a zaufania nie zbudujesz na platformie, która ma proces o krzywdzenie seksualne dzieci.
Dziś tam nikt nawet nie kontroluje, czy użytkownik rzeczywiście ukończył 13 lat zapisane w regulaminie. Ustawa o weryfikacji wieku rozwiąże problem?
— Jemy tego słonia łyżeczką od złej strony. Powinniśmy zacząć od tego, co w fundacji nazwaliśmy europejską klasyfikacją produktów i usług cyfrowych pod względem ryzyka. Powinna, jak RODO, obowiązywać każdego, kto chce na terenie UE udostępnić produkt czy usługę.
A prawica powie: „to cenzura!”.
— To nie jest żadna cenzura. Chcesz zrobić serwis, gdzie jest przemoc? Proszę bardzo, ale w klasyfikacji urzędowej musisz to oznaczyć: „tak, w naszym serwisie istnieje ryzyko kontaktu z treściami pornograficznymi albo prezentującymi przemoc”. Na osłodę można dodać ulubioną frazę przedstawicieli Mety czy TikToka: „mimo dokładania wszelkich starań”. Taka klasyfikacja powinna być obowiązkowa, a kontrole powinny być takie jak w przypadku ochrony danych osobowych: wyrywkowe, wnikliwe i pod sankcją wysokich kar.
Same platformy mają wpisany w regulaminach próg 13 lat i w ogóle tego nie przestrzegają.
— Raport „Internet dzieci” powstał po to, żeby skończyć z retoryką: „ale przecież u nas nie ma dzieci”. Te dane były już od dawna w Mediapanelu i narzędziach dostarczanych przez Gemiusa, każda firma, która wykupiła pakiet biznesowy, miała do nich dostęp i mogła sprawdzić, z jakich serwisów korzystają dzieci w wieku od lat siedmiu i jakie reklamy im się wyświetlają. Postanowiliśmy pokazać to wreszcie publicznie.
Czyli wiele osób wiedziało i nikt z tym nic nie robił?
— Spotykam w tej branży różnych ludzi: takich, którzy chcą coś robić, żeby środowisko pracy było bardziej etyczne, ale też takich jak pewna ekspertka, która po opublikowaniu pierwszego naszego raportu napisała na LinkedInie: „wreszcie będę miała dowód dla klientów, że w mediach społecznościowych można trafić do dzieci”.
Może te dzieci by w końcu stamtąd zniknęły, gdybyśmy wdrożyli prawdziwą weryfikację wieku, np. za pomocą europejskiego portfela cyfrowego?
— Tak byłoby najlepiej. Premier Grecji zażądał od Komisji Europejskiej przygotowania rozwiązania dla całej wspólnoty. Od tego jest Unia, żeby wypracować skuteczne rozwiązania w starciu z cyfrowymi gigantami. Zwłaszcza że te najbardziej problematyczne podmioty pochodzą z USA, a każde podniesienie na nie ręki uruchamia amerykańską administrację.
Wystarczy wytłumaczyć: przecież dostajecie narzędzie, by lepiej pilnować się własnego regulaminu.
— Serwis dostanie informację tylko o naszym roku urodzenia i nic ponadto. Takie autoryzacje już dzisiaj często praktykujemy, tylko w innych celach, weryfikując się mObywatelem czy kontem w banku, i zawsze widzimy, jakie dane wówczas przekazujemy. Sieć jest integralną częścią naszego życia i jeśli toczy się ono w społeczeństwie, to też przecież jest regulowane. A jednak nie znam nikogo, kto uważa, że prawo jazdy od 18. roku życia czy zasady ruchu drogowego to zamach na czyjąś wolność.
Magdalena Bigaj
Foto: fot. PatMic/Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0/Wikipedia

