– Rekonstrukcja jest jak yeti. Nikt jej nie widział, a wszyscy o niej mówią – żartuje bliski współpracownik premiera, gdy pytamy go o możliwe zmiany w rządzie.
Inny z naszych rozmówców, jeden z ministrów, mówi wprost, że rekonstrukcja jest planowana na jesień. Podaje nawet przybliżone „widełki” czasowe: między wrześniem a listopadem.
Wszyscy politycy z rządu i otoczenia premiera, z którymi rozmawiamy, podkreślają, że ostatecznie na decyzji o rekonstrukcji zaważą notowania rządu, ugrupowań koalicyjnych, a także sytuacja poszczególnych ministrów.
Celem numer jeden Donalda Tuska jest bowiem nie tylko utrzymanie władzy po jesieni 2027 roku, ale zdobycie w Sejmie większości dwóch trzecich głosów. 276 posłów pozwalałoby obozowi władzy odrzucać prezydenckie weta, a tym samym odzyskać pełną inicjatywę i, co szczególnie ważne dla Tuska, realną polityczną sprawczość.
W tym kontekście rekonstrukcja byłaby de facto startem kampanii wyborczej i przejściem całego obozu władzy w tryb kampanijny. Zrzucenie z sań najsłabszych i najbardziej obciążających rząd, polityczne wzmocnienie rady ministrów, koncentracja na budowaniu poparcia i optymalnej formuły startu pod jesienne wybory w 2027 roku – tak miałoby to wyglądać.
„Tusk nie odda kierownicy do końca”
Wiadomo też, czego możemy spodziewać się po ewentualnej rekonstrukcji. Kwestia kluczowa dotyczy samego Donalda Tuska. Po zeszłorocznych, wakacyjnych zmianach w rządzie zarówno w kuluarach koalicji rządzącej, jak i w mediach spekulowano o planie B rządzących na ostatni rok kadencji.
Plan zakładał zastąpienie Tuska na czele rządu przez Radosława Sikorskiego. Pozwalałoby to wyciągnąć rękę do Konfederacji i umiarkowanie prawicowych wyborców, a także mocno zaakcentować kwestie bezpieczeństwa i pozycji Polski na arenie międzynarodowej, co rządzący od dawna uważają za swoje atuty. Z kolei zwolnionemu od premierowskich obowiązków Tuskowi umożliwiłoby to budowanie zwycięskiej koalicji na przyszłorocznej wybory.
Nasi rozmówcy mówią jednak, że ten plan jest już nieaktualny i do jego realizacji nie dojdzie. – Tego już nie ma, to umarło. Tusk nie odda kierownicy do końca – ucina spekulacje jeden z ministrów. – Jeśli obecna tendencja będzie się utrzymywać i Koalicji Obywatelskiej będzie rosnąć, to nie tylko nie ma powodu, żeby Tusk oddawał stery, ale jest to wręcz niewskazane – dodaje z kolei osoba z otoczenia szefa rządu.
Politycy, z którymi rozmawiamy, przecinają też kategorycznie inną krążącą po koalicji rządzącej od wielu miesięcy spekulację. Chodzi o tekę wicepremiera dla Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Polska 2050 liczyła, że otrzyma ją minionej jesieni, gdy dokonywała się zmiana na stanowisku marszałka Sejmu. Tak się jednak nie stało.
Od tego czasu Polska 2050 zdążyła zaliczyć wewnętrzny rozłam, co tylko podkopało pozycję minister funduszy i polityki regionalnej. Pozycję, która i tak nie była zbyt mocna, bo tajemnicą poliszynela w koalicji rządzącej jest personalny konflikt między premierem Tuskiem a minister Pełczyńską-Nałęcz.
Tego już nie ma, to umarło. Tusk nie odda kierownicy do końca
– Katarzyna nie ma szans na wicepremiera, w ogóle nie ma szans nic ugrać z premierem w obecnej sytuacji – nie pozostawia złudzeń jeden z członków rządu. Inny z ministrów potwierdza: – Temat teki wicepremiera dla Pełczyńskiej-Nałęcz umarł. Sprawa wygaszona.
Akcje „żółtych” topnieją w oczach
Nowym problemem, który rekonstrukcja mogłaby równie dobrze pomóc rozwiązać, jak i mocno zaognić, jest wojna między dwiema dawnymi frakcjami Polski 2050, z których jedna funkcjonuje już jako klub Centrum. – Rekonstrukcja może okazać się nową okazją do wojny między Polską 2050 a post Polską 2050 – zauważa jeden z ważniejszych ministrów.
Relacja Donalda Tuska z obiema grupami „żółtych” – tak w koalicji nazywana była jeszcze przed rozpadem Polska 2050 – jest bardzo chłodna. Nasi rozmówcy z rządu twierdzą, że premier ani się z nimi nie spotyka, ani nawet nie rozmawia, poza sytuacjami, które absolutnie tego wymagają. Napięcie dodatkowo potęguje fakt, że Centrum, na którego czele stoi minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska, domaga się od premiera dwóch dodatkowych wiceministrów.
– Mówią, że mają tyle samo szabel w Sejmie co Polska 2050, więc powinni mieć taką samą liczbę wiceministrów. Z kolei Polska 2050 odpowiada im, że nic im się nie należy, bo nie są stroną umowy koalicyjnej – opisuje sytuację jeden z ministrów.
Źródła Interii w rządzie są zgodne co do tego, że szanse Centrum na wynegocjowanie czegokolwiek z premierem są bliskie zeru. Zarówno Tusk, jak i cała koalicja rządząca, wiedzą, że im bliżej do wyborów, tym pozycja i Polski 2050, i Centrum będzie słabnąć.
Mówi polityk z otoczenia szefa rządu: – Część osób w Polsce 2050 i Centrum już kalkuluje, żeby znaleźć się na listach Koalicji Obywatelskiej, bo dla nich to jest być albo nie być w polityce. Natomiast premier ma komfortową sytuację, bo może na te listy zaprosić tych, do których nie ma specjalnych zastrzeżeń, a tych, którzy mu się nie podobają po prostu wyciąć.
Wiele wskazuje więc na to, że do jesieni zarówno Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, jak i Paulina Hennig-Kloska mogą stracić kontrolę nad swoimi środowiskami politycznymi. A wtedy nie tylko nie będą mieć żadnego przełożenia na premiera, ale staną się dla niego łatwymi celami.
Najczarniejsze chmury nad głową ministra Żurka
Gdyby Donald Tusk mógł bezkosztowo albo niskokosztowo pozbyć się z rządu Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i Pauliny Hennig-Kloski, zrobiłby to bez zastanowienia. I to mimo faktu, że dopiero co tej drugiej bronił w Sejmie przed wotum nieufności. Bronił także przed Pełczyńską-Nałęcz, która groziła, że Polska 2050 może poprzeć wniosek o odwołanie minister klimatu i środowiska. Ostra wymiana zdań między szefową resortu funduszy i polityki regionalnej a premierem, do której wówczas doszło, tylko dodatkowo ochłodziła ich i tak kiepską relację.

Mówi polityk z otoczenia premiera: – Dla ministra Żurka obecna sytuacja jest bardzo mocno kryzysowa. Jeśli się z tych kłopotów nie wykaraska, to jego wymiana nie jest problemem, bo nie ma żadnego zaplecza politycznego.
W podobnym tonie kilka dni temu sprawy ujął w rozmowie z Interią jeden z ministrów, dobrze znający kulisy zamieszania wokół ministra Żurka. – Niezależnie od dzisiejszych nastrojów Żurek będzie raczej wymieniony w czasie rekonstrukcji, która planowana jest na rok przed wyborami, gdzieś między wrześniem a listopadem. Proszę zobaczyć, ilu mieliśmy ministrów sprawiedliwości w latach 2007-15 – usłyszeliśmy.
Ten sam polityk jako potencjalnych następców Żurka wskazał senatora Koalicji Obywatelskiej i byłego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego (w wariancie politycznym) bądź obecnego wiceszefa resortu sprawiedliwości Dariusza Mazura (w wariancie eksperckim).
Temat teki wicepremiera dla Pełczyńskiej-Nałęcz umarł. Sprawa wygaszona
W otoczeniu premiera funkcjonuje jednak jeszcze jedno nazwisko, które może dostać swoją szansę, jeśli Żurek pożegna się z rządem. – Być może poproszony o powrót zostanie Borys Budka, który ministrem sprawiedliwości już przecież był. A wiadomo, że takim prośbom Kierownika (tak w rządzie i koalicji rządzącej nazywany jest premier Tusk – przyp. red.) się nie odmawia – zdradza nam jeden ze współpracowników premiera.
Dla ministra Żurka najbliższe miesiące będą decydujące. Premier ma wobec niego jasne oczekiwania. Po pierwsze, Żurek nie może odpuścić tematu Zbigniewa Ziobry i musi zrobić, co w jego mocy, żeby polityka PiS-u do Polski sprowadzić. To samo dotyczy drugiego uciekiniera z Nowogrodzkiej, czyli Marcina Romanowskiego. W jego przypadku sytuacja prawna jest nieco łatwiejsza dla rządu, chociaż nie wiadomo, gdzie Romanowski w tym momencie przebywa. Druga kwestia to wyraźne popchnięcie naprzód zmian w Krajowej Radzie Sądownictwa i Trybunale Konstytucyjnym.
Cienkowska i Nowacka. „O nich się mówi i w rządzie, i w koalicji”
Chociaż tak podbramkowej sytuacji jak Waldemar Żurek nie ma żaden inny minister, to zdecydowanie nie jest tak, że reszta rządu może spać spokojnie. Lista kandydatów do jesiennej wymiany zawiera jeszcze kilka nazwisk.
– Poza Żurkiem najgorzej stoją akcje Cienkowskiej i Nowackiej. O nich mówi się i w rządzie, i w koalicji – wskazuje jeden z ministrów. – Ministerstwo kultury wróciłoby do Platformy. Przecież jeśli Tusk odbierze je „żółtym”, to nie po to, żeby znowu im je oddać – dodaje nasz rozmówca.
Podstawowy zarzut wobec Marty Cienkowskiej jest taki, że temat tzw. dużej ustawy medialnej utknął w martwym punkcie, bo w rządzie i koalicji wszyscy zdają sobie sprawę, że prezydent Karol Nawrocki nie wesprze rządzących w reformowaniu mediów publicznych.
A innych sukcesów resortu – jak słyszmy w rządzie – ze świecą szukać. Paradoksalnie, głowę Cienkowskiej ocalić może to, że ani Tusk, ani jego otoczenie nie mają sprecyzowanego pomysłu na Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zwłaszcza na rok przed wyborami parlamentarnymi.
Z Barbarą Nowacką sytuacja jest bardziej skomplikowana. Chociaż zmianę in plus po Przemysławie Czarnku widzą i doceniają wszyscy, to „szkoły marzeń”, którą obiecywano polskim uczniom w kampanii jak nie było, tak nie ma.
Partnerzy społeczni i polityczni przeciwnicy wytykają szefowej MEN sporo błędów (m.in. zmiany w Karcie Nauczyciela, likwidację prac domowych czy fiasko edukacji zdrowotnej), rzecz w tym, że część tych błędów Nowacka wzięła na siebie za samego Tuska (np. wspomnianą edukację zdrowotną), co on sam docenia. Poza tym, osobiście lubi Nowacką, czego dowodem jest chociażby fakt, że jako jedyna ze ścisłego sztabu Rafała Trzaskowskiego nie zapłaciła politycznej ceny za przegraną kampanię prezydencką.
Sympatii premiera nie podzielają koledzy i koleżanki z Koalicji Obywatelskiej. Z kilku źródeł słyszymy, że Nowacka nie ma tam najlepszej prasy. Co więcej, w partii rośnie liczba osób, które ostrzą sobie zęby na zajmowany przez Nowacką stołek w resorcie edukacji.
Na ratunek Nowackiej może przyjść wielka polityka, o której myśli Tusk. – W sytuacji, gdy chce zapraszać wszystkich na jedną wspólną listę i walczyć o większość dwóch trzecich w Sejmie, nie może wycinać nawet takiej Basi, która dopiero co przyszła i się z Platformą zjednoczyła – zauważa jeden z naszych rozmówców, polityk zbliżony do rządu. – Jaki to byłby sygnał do wszystkich, których Tusk namawia na wspólną listę? Trzeba patrzeć na kilka ruchów do przodu. To jest partia szachów – dodaje.
Ministrowie-eksperci na celowniku
Spać spokojnie nie mogą też ministrowie-eksperci. Tych wymienić bowiem bardzo łatwo, nie potrzeba do tego konsultacji z koalicjantami. Z tego grona najczęściej słyszymy o dwóch nazwiskach: minister zdrowia Jolancie Sobierańskiej-Grendzie i ministrze aktywów państwowych Wojciechu Balczunie.
Sobierańskiej-Grendzie najmocniej ciążą trzy kwestie. Pierwsza to poważny kryzys publicznej ochrony zdrowia – coraz bardziej wydłużające się kolejki na badania, potężna dziura finansowa Narodowego Funduszu Zdrowia czy rosnące lawinowo zadłużenie szpitali to tylko kilka z długiej listy problemów.
Druga sprawa to koncepcja odpolitycznionego ministerstwa o eksperckim charakterze. Nasi rozmówcy z rządu mówią wprost: to nie był najlepszy pomysł. – Resort zdrowia nie ma przez to mocnej pozycji negocjacyjnej ani w Sejmie, ani przede wszystkim z ministrem finansów – punktuje osoba z otoczenia premiera.
I dodaje: – Jeśli jest silny minister z silną pozycją polityczną, to zawsze jest mu łatwiej pójść do ministra finansów i powiedzieć: potrzebuję pieniędzy na to i na to, a jeśli mi ich nie dasz, to zrobię ci taki ferment, że popamiętasz.
Jest też trzecia kwestia, która ciąży minister Sobierańskiej-Grendzie. To fakt, że problemy z publiczną ochroną zdrowia coraz mocniej przebijają się do mainstreamu i coraz chętniej ogrywa je opozycja. Właśnie to może zadecydować o rządowym być albo nie być minister. – Wiele zależy od tego, jak mocno PiS-owi to do jesieni zażre i czy zacznie generować realne ryzyko dla rządu – kwituje jedno z naszych źródeł.
W porównaniu z Sobierańską-Grendą sytuacja ministra Balczuna wygląda lepiej. W rządzie dostrzegana jest jego praca, a także ogrywanie jej efektów na zewnątrz – jak choćby to, że ostatnio przebił się medialnie z tematem polskiego samochodu elektrycznego. Jednak i szef resortu aktywów ma się czym niepokoić.
Mówi jeden z ministrów: – Balczun merytorycznie się broni, ale jest skonfliktowany politycznie m.in. z posłami, których ludzi powywalał ze spółek Skarbu Państwa. Oni lobbują przeciwko niemu, a on jest zupełnie niechroniony, nie ma żadnej pozycji politycznej.


