Dane zebrane przez Serwis Samorządowy PAP pokazują, że skutki niżu demograficznego coraz wyraźniej widać w systemie edukacji. Po rekrutacji na rok szkolny 2026/2027 w największych miastach pozostały tysiące nieobsadzonych miejsc.
W Warszawie, według danych z czerwca 2026 r., w miejskich przedszkolach zostały dokładnie 4062 wolne miejsca. We Wrocławiu było ich ponad 2,5 tys., w Poznaniu około 1,6 tys., a w Krakowie 928.
– Niż demograficzny uderza w przedszkola i będzie coraz bardziej widoczny. Kolejne roczniki dzieci w wieku przedszkolnym są coraz mniej liczne, a jeśli dzieci będzie mniej, zapotrzebowanie na placówki również będzie spadać – mówi Mateusz Łakomy, Dyrektor programu Demograficon w Polskim Towarzystwie Gospodarczym i specjalista ds. demografii.
Pierwsze konsekwencje już są widoczne. W lipcu Rada Warszawy zdecydowała o likwidacji sześciu publicznych przedszkoli. Władze miasta tłumaczą decyzję niżem demograficznym oraz niewielką liczbą dzieci uczęszczających do części placówek. Zdaniem Mateusza Łakomego podobnych decyzji będzie coraz więcej.
– Część przedszkoli być może będzie utrzymywana mimo mniejszej liczby dzieci, ale ostatecznie każda taka decyzja musi mieć ekonomiczne uzasadnienie – podkreśla.
Przedszkola walczą o dzieci. W tle nie tylko niż
– Przez 15 lat mojej pracy w różnych przedszkolach grupy były pełne, a listy rezerwowe długie – mówi Anna Wiktor-Stępień, nauczycielka wychowania przedszkolnego i twórczyni profilu Przedszkolanka-Anka.
Jak przypomina, w publicznych placówkach o przyjęciu decydowały jasno określone kryteria. – Rodzice zbierali punkty m.in. za zatrudnienie, rodzeństwo uczęszczające do tej samej placówki czy miejsce zamieszkania – tłumaczy.
Dziś, jak podkreśla, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
– Wszystko zależy od miasta. Są przedszkola w Katowicach, które nadal mają komplet dzieci i listy rezerwowe, ale są też takie, gdzie na 62 miejsca zapisano zaledwie 12 dzieci – wyjaśnia.
Jej zdaniem niż demograficzny to tylko jedna z przyczyn. – Rodzice są dziś znacznie bardziej świadomi. Wiedzą, jak chcą wychowywać dzieci i jakiej edukacji dla nich szukają – tłumaczy. Zanim zapiszą dziecko do placówki, sprawdzają ofertę, godziny otwarcia czy sposób pracy z dziećmi.
Zmienił się również sam rynek. – Przedszkoli jest coraz więcej. Publiczne stają się nowocześniejsze, przez ostatnie lata przybyło też placówek prywatnych. Rodzice mają wybór i nie muszą już kierować się wyłącznie odległością od domu – mówi.
To sprawia, że placówki coraz mocniej konkurują o dzieci. – Prześcigają się w ofertach, wydłużają godziny pracy, a niektóre proponują nawet opiekę weekendową. Wszystko po to, by przekonać rodziców, że właśnie ich przedszkole będzie najlepszym wyborem – zauważa.
Jak dodaje, rodzice coraz częściej zwracają uwagę nie tylko na liczbę zajęć dodatkowych, ale na atmosferę.
– Szukają miejsc z dobrą i zaangażowaną kadrą, rodzinnych, opartych na szacunku do dziecka i uczących życia w społeczeństwie – mówi.
Zmiany odczuwają także nauczyciele. Gdy zaczęto mówić o skutkach niżu demograficznego, Wiktor-Stępień liczyła, że przyniesie on mniejsze grupy. – Miałam nadzieję, że standardem będzie 16-20 dzieci zamiast 25. To poprawiłoby komfort pracy nauczycieli, ale przede wszystkim byłoby lepsze dla dzieci – przyznaje.
Tak się jednak nie stało. – Placówki walczą o dzieci. Dyrektorzy współpracują ze sobą, próbują uzupełniać grupy i zrobić wszystko, żeby nie zwalniać nauczycieli – opowiada. Zaznacza jednak, że sytuacja jest bardzo zróżnicowana.
– Nauczyciele wychowania przedszkolnego boją się utraty pracy. Część odchodzi z zawodu i się przebranżawia. Uważnie obserwuję to, co dzieje się w przedszkolach, i liczę na mądre decyzje ustawodawców – podsumowuje Anna Wiktor-Stępień.
– Na Śląsku wciąż widać ogłoszenia o pracę i ruchy kadrowe, ale w innych regionach nauczyciele mają coraz większy problem ze znalezieniem zatrudnienia – zauważa. To przekłada się na nastroje w środowisku.
Widmo zamknięcia przedszkola
Jesienią 2025 roku rodzice dzieci uczęszczających do niepublicznego przedszkola Stokrotka na gdańskim Przymorzu usłyszeli, że placówka za kilka miesięcy przestanie istnieć. Kończyła się umowa, a miasto postanowiło przeznaczyć budynek na inne cele.
– Wszyscy byliśmy tą decyzją bardzo zaskoczeni. Dowiedzieliśmy się o niej właściwie z plotek i od radnych dzielnicowych. Nikt z nami tej decyzji nie konsultował – mówi Michał Siedlecki, ojciec jednego z przedszkolaków.
Dla rodzin oznaczało to konieczność szukania nowych miejsc dla dzieci. – Nie mieliśmy zbyt wielu alternatyw. Mieszkamy na Przymorzu, bardzo gęsto zaludnionej dzielnicy, gdzie działa jedno publiczne przedszkole, od dawna przepełnione. Miasto wskazywało prywatne albo dojazdy do sąsiednich dzielnic do placówek, w których były miejsca – opowiada.
To rozwiązanie nie było jednak dla nich odpowiednie. – Na mapie dwa czy trzy kilometry nie wyglądają groźnie, ale w praktyce oznaczałoby to codzienne wożenie dzieci samochodem albo komunikacją miejską. Tymczasem do Stokrotki chodzimy pieszo – opowiada.
Rodzice postanowili walczyć. – Wiedzieliśmy, że to nie jest problem wyłącznie naszych dzieci. Ta decyzja wpłynie na całą dzielnicę i na wszystkich rodziców, którzy w przyszłości będą szukać miejsca dla swoich dzieci. Tym bardziej że wielu z nas planuje powiększenie rodzin – podkreśla Siedlecki.
Przez blisko rok rodzice organizowali protesty, pisali pisma, angażowali prawników i próbowali przekonać miejskich urzędników do zmiany decyzji.
– Spotykaliśmy się z wiceprezydentem odpowiedzialnym za edukację, z urzędnikami wydziału edukacji i z radnymi miasta. Bardzo aktywnie działaliśmy też w mediach społecznościowych, wywierając presję na decydentów. Zadawaliśmy otwarte pytania, zapraszaliśmy polityków na spotkania z mieszkańcami. To był wielowymiarowy proces – wylicza.
Początkowo miasto zgodziło się jedynie na roczne przedłużenie umowy dzierżawy budynku, tak aby dzieci mogły dokończyć edukację. Ostatecznie jednak zapadła decyzja o bezterminowym przedłużeniu funkcjonowania placówki.
– To była ogromna ulga i wielka radość. Na zakończenie roku szkolnego zorganizowaliśmy festyn dla dzieci i rodziców. Dzieci na szczęście nie były świadome całej sytuacji, staraliśmy się oszczędzić im stresu i trudnych pytań. Każdego dnia cieszymy się, że możemy odprowadzać je do miejsca, w którym pracują ludzie, którym ufamy i w którym nasze dzieci czują się dobrze. Cieszymy się też, że to miejsce zostanie dla kolejnych pokoleń – dodaje Michał Siedlecki.
Niż demograficzny
W 2025 roku w Polsce urodziło się zaledwie 238 tys. dzieci, niemal o 40 proc. mniej niż w 2019 roku. Powodów tego trendu jest wiele: niepewność ekonomiczna, sytuacja na rynku mieszkaniowym, zmiany stylu życia czy obawy związane z przyszłością. Zdaniem eksperta to jednak nie wyczerpuje wyjaśnienia.
– Największym problemem są dziś trudności z tworzeniem trwałych związków przez młodych dorosłych. To, co wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat pod tym względem, było prawdziwą hekatombą. Teraz obserwujemy skutki również w sytuacji przedszkoli – mówi Mateusz Łakomy.
W jego ocenie skuteczna polityka demograficzna wymaga zmiany sposobu myślenia. Nie wystarczą kolejne transfery finansowe, ulgi podatkowe czy rozbudowa infrastruktury opiekuńczej.
– Rozwiązania leżą trochę gdzie indziej, niż przywykliśmy sądzić. Kluczowe jest odbudowywanie relacji między ludźmi. Smartfony w coraz większym stopniu niszczą relacje, kondycję psychiczną i emocjonalną. Potrzebujemy powrotu do bezpośrednich, dobrych kontaktów międzyludzkich. Demografia jest jednym z najważniejszych wyzwań, z którymi Polska mierzy się już dziś – przekonuje.
Anna Korytowska


