To, co jeszcze niedawno było uznawane za skrajne, zaczyna funkcjonować jako jedna z dopuszczalnych opinii. To, co było centrum, zaczyna wyglądać jak pozycja „lewicowa”. W efekcie przesuwa się całe pole debaty, a politycy głównego nurtu zaczynają się do tego przesunięcia dostosowywać. A zamiatanie niewygodnych tematów pod dywan nie sprawia, że znikają.
Para mężczyzn ma otrzymać w Polsce transkrypcję aktu małżeństwa, który zawarli za granicą — to przełomowe orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego.
— Dyrektywy wypływające z prawa swobodnego przemieszczania się i pobytu wymagają, aby obywatele Unii mogli kontynuować takie samo życie rodzinne w państwie, z którego pochodzą — argumentował w piątek sędzia NSA Leszek Kiermaszek.
W jego ocenie nie narusza to też art. 18 Konstytucji RP stanowiącego, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Według sędziego z tego artykułu „nie można wywieść normy, że stanowi on bezwzględną przeszkodę w uznaniu małżeństwa osób tej samej płci zawartego w innym państwie UE zgodnie z ustawodawstwem tego państwa”.
Napięcie, którego nie da się przykryć
Tym samym NSA uchylił wyrok stołecznego sądu administracyjnego oraz wcześniejszą decyzję odmawiającą wpisania do rejestru stanu cywilnego takiego aktu małżeństwa. Orzeczenie to może mieć znaczenie dla całej społeczności LGBT+ i dla polskiej klasy rządzącej. To bowiem nie jest już tylko spór o prawa jednej pary. To moment, w którym zderzają się trzy porządki: realne życie ludzi, bezczynność polityki i coraz silniejsza presja radykalizującej się sceny politycznej.
Politycznie Polska znajduje się dziś w stanie napięcia, którego nie da się już przykryć językiem „stabilizacji”. Rząd Donalda Tusk formalnie utrzymuje władzę, ale jednocześnie funkcjonuje w warunkach wyraźnego spadku zaufania i rosnącego poczucia niepewności.
Sondaż UCE Research dla Onetu z lutego 2026 r. pokazuje, że znacząca część społeczeństwa negatywnie ocenia kierunek zmian, a jedna trzecia uważa, że od czasu przejęcia władzy przez obecną koalicję ich poziom życia pogorszył się. To paliwo polityczne, które w naturalny sposób zasila radykalne narracje.
Wybory prezydenckie w 2025 r. pokazały, że prawica w szerokim sensie — od PiS po środowiska skrajne — ma bardzo solidne zaplecze społeczne. Dzisiejsze sondaże tylko to potwierdzają: centrum słabnie, mniejsze partie koalicyjne balansują na granicy progu wyborczego, a scena polityczna się fragmentuje. Do tego zyskuje radykalna partia Konfederacji Korony Polskiej założona przez Grzegorza Brauna — w sondażach zyskuje nawet 8 proc. poparcia. To elektorat, który zmienia dynamikę całego systemu.
To, co jeszcze niedawno było uznawane za skrajne, zaczyna funkcjonować jako jedna z dopuszczalnych opinii. To, co było centrum, zaczyna wyglądać jak pozycja „lewicowa”. W efekcie przesuwa się całe pole debaty, a politycy głównego nurtu zaczynają się do tego przesunięcia dostosowywać.
Niezdolni do podjęcia decyzji
Donald Tusk w ławach rządowych w Sejmie
Foto: Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
W tym kontekście sprawy równości nie można już redukować do tematu światopoglądowego. Staje się ona bowiem elementem strategicznej kalkulacji. Bo rząd Tuska znalazł się w sytuacji, w której każda decyzja niesie realny koszt polityczny.
Wprowadzenie równości małżeńskiej lub związków partnerskich byłoby spełnieniem obietnic i sygnałem, że państwo traktuje równość poważnie. Jednocześnie oznaczałoby wejście w konflikt z coraz bardziej radykalną prawicą i ryzyko utraty części wyborców centrum. Zaniechanie działania pozwala uniknąć tego konfliktu, ale ma też swoją cenę — demobilizuje własny elektorat, podkopuje wiarygodność i utrwala wrażenie, że państwo nie jest zdolne do podejmowania decyzji.
Co więcej, dla par jednopłciowych ta „strategia uniku” nie jest abstrakcyjną grą polityczną, tylko codziennym doświadczeniem braku bezpieczeństwa. To życie w państwie, które w praktyce nie uznaje ich relacji — a więc nie gwarantuje dostępu do informacji medycznej, nie chroni wspólnoty majątkowej, nie daje pewności dziedziczenia ani prawa do bycia traktowanym jako rodzina w sytuacjach granicznych.
To konieczność obchodzenia systemu, podpisywania pełnomocnictw, zabezpieczania się na własną rękę tam, gdzie inni obywatele są chronieni. W efekcie brak decyzji nie oznacza neutralności — oznacza realną nierówność. Nierówność widoczną w codziennych sytuacjach, w których rząd mówi grupie obywateli — parafrazując Lorda Farquaada z filmu Shrek: „wasz dobrostan ucierpi, ale to poświęcenie, na które jesteśmy gotowi”.
Tymczasem decyzja NSA wymusza reakcję i opowiedzenie się za jakimś rozwiązaniem. Ona nie tylko rozstrzyga indywidualną sprawę, ale też pokazuje, że system zaczyna się rozszczelniać. Że rzeczywistość — związki zawierane za granicą, mobilność ludzi, zmieniające się normy społeczne — pokazuje potrzebę uznania czegoś, czego politycy nie chcą jeszcze uznać na poziomie ustawowym.
Podważanie istniejącego porządku
To sytuacja, w której państwo traci kontrolę nad tempem i kierunkiem zmiany. Bo jeśli politycy nie podejmują decyzji, robią to instytucje, mimo że mają do tego mniejsze narzędzia i mogą działać głównie reaktywnie. To oznacza, że prawa nie wynikają z jasnych zasad, tylko z kolejnych wyroków, które krok po kroku podważają istniejący porządek.
Najważniejsze pytanie dotyczy jednak przyszłości. Jeśli obecne trendy się utrzymają, Polska wejdzie w kolejne wybory z osłabionym centrum, słabszą lewicą i wzmocnioną prawicą, także w jej bardzo radykalnych odsłonach. W takim układzie prawa obywatelskie przestają być kwestią „do uregulowania w spokojnym czasie”. Posłowie PiS już zapowiedzieli, że w sprawie piątkowego wyroku zwrócą się do Trybunału Konstytucyjnego zarządzanego obecnie przez bogdana Święczkowskiego.
I dlatego ta sprawa jest tak istotna. Pokazuje, że kwestia równości nie znika tylko dlatego, że jest politycznie niewygodna. Ona i tak wraca — w kolejnych sprawach, wyrokach, w życiu ludzi, które nie chce się dopasować do przestarzałych przepisów. Tyle że zamiast być efektem świadomej decyzji państwa, staje się produktem improwizacji.
Kierunek zmian nie wynika z jasno określonej wizji, tylko z tego, jak w danym momencie ułoży się układ sił. A to oznacza jedno: prawa obywatelskie przestają być fundamentem, a zaczynają być czymś, co przesuwa się w zależności od tego, skąd wieje wiatr.




