Turcja i Izrael są w konflikcie na kilku frontach, nawet tak odległych miejscach jak Sudan czy Somalia. Ostatni atak na syryjską bazę lotniczą, tuż po opuszczeniu jej przez turecką delegację to najlepszy dowód. A polityka Donalda Trumpa nie pomaga w ustabilizowaniu sytuacji.

Skutki izraelskiego ataku na syryjską bazę wojskową mogą sygnalizować szerszą zmianę geopolityczną. Zaatakowana baza lotnicza Abu al-Duhur w prowincji Idlib, zaledwie kilka godzin wcześniej gościła delegację wojskową z Turcji. Według doniesień Turcja zabiega o odbudowę tej placówki, zacieśniając relacje z rządem, który w grudniu 2024 r. wyparł wieloletniego przywódcę Baszara al-Asada z Damaszku.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Turcji potępiło atak stanowczo i bez zaskoczenia — to kolejny element serii słownych utarczek między dwoma sojusznikami USA na Bliskim Wschodzie.

Gdy kancelaria Netanjahu uzasadniała nalot, oskarżając Syrię o łamanie porozumień bezpieczeństwa „poprzez dopuszczenie tureckich wojsk do bazy lotniczej w pobliżu Aleppo”, rząd turecki odrzucił „bezpodstawne zarzuty”, określając je jako „próbę legitymizacji nielegalnych izraelskich nalotów wymierzonych w suwerenność i integralność terytorialną Syrii”.

Do krytyki izraelskiej operacji dołączył również Waszyngton — specjalny wysłannik Tom Barrack wyraził głębokie zaniepokojenie „niepotrzebną eskalacją”.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy amerykańska administracja wydaje się stawać po stronie prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, a nie Netanjahu. Ponieważ prezydent USA wciąż nie udzielił poparcia izraelskiemu premierowi przed kluczowymi wyborami zaplanowanymi na październik, ta rozbieżność może mieć poważne konsekwencje. Zwłaszcza że obaj przywódcy zmagają się z presją polityki wewnętrznej, prowadzącą ich w przeciwne strony.

Brian Katulis, starszy analityk Middle East Institute i były urzędnik Departamentu Stanu USA, Rady Bezpieczeństwa Narodowego oraz Pentagonu, powiedział, że „prezydent Trump i premier Netanjahu są obecnie w słabej pozycji politycznej. Trump nadal notuje najniższe notowania wśród wyborców w czasie swojej prezydentury, licząc także pierwszą kadencję. Pozycja i reputacja Netanjahu są poważnie nadszarpnięte przez atak Hamasu z 7 października 2023 r. i jego następstwa”.

— Główne cele polityczne i strategiczne Netanjahu koncentrują się na udowodnieniu, że jest w stanie ponownie zapewnić bezpieczeństwo obywatelom Izraela, dlatego prowadzi agresywną kampanię wojskową na wielu frontach, co trafia w gust członków jego skrajnie prawicowej koalicji — powiedział Katulis dla „Newsweeka”.

— Trump natomiast mierzy się ze zmęczonym wojną amerykańskim społeczeństwem, które boleśnie odczuwa skutki gospodarcze wojny z Iranem i niestabilnej polityki zagranicznej Trumpa — dlatego dąży on do deeskalacji, czyli zupełnie odwrotnego kierunku niż Netanjahu.

Trump od dawna cieszył się bliskimi relacjami zarówno z Erdoganem, jak i Netanjahu, choć jego podziw dla tureckiego przywódcy zdawał się rosnąć jeszcze przed objęciem urzędu po raz drugi w ubiegłym roku.

Trump przypisał Erdoganowi rolę w odsunięciu od władzy Asada — zaledwie kilka tygodni przed powrotem do Białego Domu. Następnie popierał bliskie stosunki Ankary z nowym rządem w Damaszku, kierowanym przez prezydenta Ahmada asz-Szaraa, byłego przywódcę islamskiej bojówki. Trump spotkał się z Szaraą dwukrotnie w ubiegłym roku, zniósł część sankcji wobec Syrii i rozpoczął budowę nowego partnerstwa regionalnego.

Współpraca Białego Domu z Szaraą rozwijała się mimo wielokrotnych protestów Netanjahu. USA krytykowały izraelskie naloty wspierające milicje Druzów walczące z siłami bezpieczeństwa Syrii oraz plemiennymi bojówkami — kilkukrotnie wzywając Izrael do powstrzymania się od działań mogących osłabić wysiłki nowego syryjskiego przywództwa na rzecz konsolidacji władzy i stabilizacji kraju po niemal 13 latach wojny domowej.

Po ostatnim szczycie NATO w Ankarze, na którym potwierdzono sojusz USA-Turcja mimo pogorszenia relacji z europejskimi sojusznikami, Trump ponownie zignorował protesty Netanjahu, zapowiadając zniesienie ograniczeń na sprzedaż myśliwców F-35 do tureckiego sojusznika z NATO — mimo wcześniejszego zakupu przez Turcję rosyjskich systemów rakietowych S-400.

Jednocześnie wieloletnia, historyczna relacja Trumpa z Netanjahu przetrwała już wiele kryzysów i spekulacji o rozpadzie.

Nawet gdy Trump obejmował urząd w styczniu 2025 r., krytykując wojnę Netanjahu w Strefie Gazy i wywierając presję na szybkie zawieszenie broni do dnia inauguracji, jego administracja zasadniczo wspierała Izrael, zwłaszcza podejmując dwukrotnie bezpośrednie działania przeciw Iranowi — najpierw podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 r., a następnie w szerzej zakrojonej kampanii trwającej od 28 lutego bieżącego roku.

Mimo to sygnały rozbieżności interesów między Netanjahu a Trumpem nasiliły się w czasie wspólnej wojny z Islamską Republiką. Trwa ona już niemal sześć miesięcy, bez widocznych perspektyw na rozstrzygające zwycięstwo. Tymczasem rosnące napięcia między Erdoganem a Netanjahu tylko zachęcają Trumpa do tego, by regionalni gracze brali sprawy w swoje ręce.

— Jednoczesne pochwały prezydenta Trumpa dla Erdogana i sojusz z Izraelem, mimo trwającej rywalizacji turecko-izraelskiej, pokazują, że podejście Trumpa do Bliskiego Wschodu polega na stawianiu na samodzielność, samoobronę i odporność każdego kraju — powiedział Katulis. — Główne przesłanie polityki zagranicznej Trumpa brzmi: Zajmijcie się swoimi sprawami, bym mógł realizować agendę „America First” i zmniejszać amerykańskie zaangażowanie w bezpieczeństwo regionu.

Jednak — jak ostrzega Katulis — „takie podejście zachęca takie kraje jak Izrael i Turcja do działania na własną rękę i testowania granic swojej siły i wpływów, ale też zwiększa ryzyko, że lokalne starcia przerodzą się w poważniejsze konflikty”.

Już teraz widać, że aktorzy regionalni przyspieszają próby budowy nowych sieci odstraszania, w obliczu niepewności co do zakresu amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.

Do najważniejszych z ostatnich wydarzeń należy podpisanie paktu wzajemnej obrony pomiędzy Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem, znanego jako „Pakt Mekki”. Sformalizowanie związku między trzema sunnickimi potęgami następuje w momencie, gdy Iran gromadzi siły swojej głównie szyickiej „Osi Oporu” w toczącej się wojnie, a Izrael rozwija „sześciokąt” sojuszy i partnerstw, obejmujący Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Grecję i Cypr.

Ali Burak Daricili, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Technicznego w Bursie i były oficer tureckiego wywiadu, określa decyzję Turcji o przystąpieniu do paktu jako „odpowiedź na strategiczną oś, którą Izrael buduje z Grecją, administracją greckich Cypryjczyków i Indiami”.

— To porozumienie ma także znaczenie dla bezpieczeństwa Syrii — stwierdził Daricili w rozmowie z „Newsweekiem”. — Bliższa współpraca strategiczna między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem mogłaby zrównoważyć coraz bardziej niekontrolowane działania Izraela w regionie.

Daricili zwrócił także uwagę, że „taki sunnicki blok strategiczny mógłby ograniczyć możliwości Iranu do odbudowy wpływów na Bliskim Wschodzie”. Zaznaczył jednak, że rywalizacja Erdogan-Netanjahu może okazać się szczególnie niebezpieczna, bo „Turcja i Izrael już teraz toczą ostrą rywalizację i są w konflikcie na kilku frontach” — w Syrii, a nawet tak odległych miejscach jak Sudan czy Somalia.

Trump pochwalił powstanie Paktu Mekki jako dowód na „zjednoczenie Bliskiego Wschodu i na to, że państwa regionu będą wreszcie mogły bronić się w sposób bardziej skuteczny”.

Daricili uznał amerykańską strategię za taką, która „zmierza do ustanowienia nowego ładu regionalnego i równowagi sił na Bliskim Wschodzie”, co ma zapewnić „relatywnie stabilny i przewidywalny region, zanim Stany Zjednoczone skupią się mocniej na Chinach i regionie Azji i Pacyfiku”.

Jednak przebieg kryzysu na Bliskim Wschodzie wielokrotnie niweczył amerykańskie plany zwrotu w stronę Azji Wschodniej. Malejące zapasy amunicji wymuszają przekierowanie sprzedaży broni i rozmieszczenia wojsk z krajów takich jak Japonia, Korea Południowa czy Tajwan, a konieczność zastąpienia wyczerpanego lotniskowca USS Abraham Lincoln w Zatoce Perskiej pozbawiła zachodni Pacyfik jedynego operującego tam amerykańskiego lotniskowca.

Perspektywa bezpośredniego starcia między Izraelem a Turcją wprowadza dodatkowy element nieprzewidywalności do amerykańskich prób redukcji zaangażowania w tym regionie.

Daricili ocenia, że „Stany Zjednoczone podejmą poważne wysiłki, by do takiego scenariusza nie dopuścić”, ale jego zdaniem „ustanowienie formalnego mechanizmu deeskalacyjnego między Turcją a Izraelem byłoby bardzo korzystne”.

Na razie — jego zdaniem — Turcja „będzie działać ostrożnie i pragmatycznie”, a zapewne także „zaczeka na wyniki najbliższych wyborów w Izraelu, licząc się z możliwością, że Netanjahu nie zdoła utworzyć nowego rządu”. Ostatecznie, jak podkreśla, „Turcja wyraźnie wolałaby izraelski rząd bardziej pragmatyczny i otwarty na dialog”.

Netanjahu z kolei wydaje się skłonniejszy do eskalacji — tak uważa Ejal Zisser, prorektor Uniwersytetu Telawiwskiego i ekspert od historii i polityki Bliskiego Wschodu.

Zisser kontrastuje „bardzo agresywny” rząd Netanjahu z poprzednim gabinetem Ariela Szarona, którego podejście podsumowuje jako „mówić niewiele, ale trzymać w ręku kij”.

— Ten rząd uważa, że najlepszym wyjściem jest nieustannie uderzać w sąsiadów — powiedział Zisser dla „Newsweeka”, komentując działania administracji Netanjahu.

W Izraelu narasta niechęć wobec Erdogana — analitycy i byli urzędnicy opisują Turcję oraz rosnące wpływy Ankary wśród sunnickich potęg jako większe zagrożenie niż Iran.

W niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” izraelski konsul generalny Ofir Akunis określił tureckiego przywódcę mianem „radykała” i „szaleńca”, oskarżając go o zmianę dawnych przyjaznych relacji na wrogość, przejawiającą się m.in. poparciem Ankary dla aktywistów wysyłających flotylle łamiące blokadę Strefy Gazy.

— Może kiedyś, może nawet niedługo, coś się wydarzy także w Turcji. I wtedy znajdziemy się w znacznie lepszej sytuacji — takiej, jak przedtem, zanim ten szalony człowiek zmienił swoje nastawienie wobec Izraela i zaczął wspierać ataki terrorystyczne — powiedział wówczas Akunis.

Jednak konfrontacja izraelsko-turecka może być posunięciem zbyt ryzykownym. Takie starcie najprawdopodobniej zagroziłoby interesom obu krajów, a zdaniem Zissera to właśnie wpływ Trumpa na Netanjahu sprawi, że plany takie pozostaną tylko teorią.

— Izrael był wystarczająco ostrożny, by zaatakować Syrię, a nie Turcję — powiedział Zisser. — Poza tym, obie te strony to sojusznicy. W przypadku Izraela to nie tylko sojusznik — to kraj podporządkowany. Netanjahu wykonuje wszystko, co Trump mu nakaże. To nie leży w ich interesie.

— Koniec końców, nawet Netanjahu zna swoje granice.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version