Rachunek jest w sumie prosty, dodawać każdy umie. Właściwie mógłbym zamiast felietonu wystawić fakturę, ale nie doczytacie jej do końca. Wychodzi jakieś 30 mld zł. Jeden kraj, jedna dekada, jeden wielki paragon, którego i tak nikt nie chce oglądać.
Sześć i dziewięć zer. Serio, dziewięć. Prawie jak prędkość światła.
„Rząd Morawieckiego zamówił szczepionki na COVID, których nie odebrał i za które nie zapłacił. Polska, a więc my wszyscy, będziemy musieli zapłacić za tę skrajną głupotę PiS ponad 6 mld kary. I to niestety nie jest prima aprilis” — napisał Donald Tusk.
Ale tego już nie ma, bo teraz jest coś innego. Tak jak coś innego było po tym, jak przez PiS straciliśmy miliard na Ostrołęce, milion euro dziennie na Izbie Dyscyplinarnej i pół miliona euro dziennie na Turowie, a potem 1,6 mld na ropie, której nikt nie zobaczył. To „coś innego” zawsze przychodzi w porę, dokładnie wtedy, gdy moglibyście spróbować to zliczyć.
Rachunek jest w sumie prosty, dodawać każdy umie, tylko nie zawsze mu się chce. A ci przyzwoici dziennikarze, którym się jeszcze chce, strzelają w powietrze. Właściwie mógłbym zamiast felietonu wystawić fakturę, ale nie doczytacie jej do końca. Dlatego podam w największym uproszczeniu: Pfizer — 5,6 mld, Ostrołęka — 1,3 mld, kary TSUE — około 2 mld, Fundusz Sprawiedliwości — 0,5 mld, media publiczne — 11 mld, ropa — 1,6 mld, Lotos — kolejne miliardy, plus dużo „drobnicy”: wille, respiratory, kopertowe wybory. Wychodzi jakieś 30 mld zł. Jeden kraj, jedna dekada, jeden wielki paragon, którego i tak nikt nie chce oglądać.
10 nowych szpitali
Można byłoby za to sfinansować 10 nowych szpitali uniwersyteckich (sprawdziłem, ok. 10-12 mld zł) i równolegle całościową przebudowę psychiatrii, w tym psychiatrii dziecięcej (3-4 mld zł), zamiast czekać bez końca na infolinii. Resztę przeznaczyć na onkologię, SOR-y i sprzęt wysokospecjalistyczny. Innymi słowy: dokonać rewolucji w służbie zdrowia, na którą czekamy już dekady i każdy wyborca PiS zadeklaruje, że dałby się za to pokroić. Ale nie był w stanie porzucić miłości do Kaczyńskiego, Ziobry i Czarnka.
Moi koledzy socjolodzy tłumaczą, że wyborca jest bardzo surowy wobec kradzieży, którą potrafi sobie wyobrazić — tysiąca złotych z kasetki w Sejmie, koperty przyjętej w gabinecie, kontraktu załatwionego szwagrowi. Chyba że szwagier dobrze wali w tamtych. Tego typu korupcja jest jak kradzież w sklepie za rogiem. Ale miliardy, które znikają w fuzji Orlenu z Lotosem albo w arbitrażu z Pfizerem, to dla większości z nas film science fiction — wielkie liczby, obce nazwy, oczopląs od liczby zer podawanych w „Faktach”. Tym bardziej że niemal codziennie podawane są nowe. Nawet dwa lata po utracie władzy przez PiS. A im większa liczba, tym bardziej robi się fikcyjna. Badacze politycznej korupcji (Andreas Bågenholm, Nicholas Charron), analizujący setki wyborów w Europie, piszą wprost: wyborcy są bardzo źli na „korupcję w ogóle”, ale konkretne afery rzadko przekładają się na zmianę głosu, jeśli dotyczą abstrakcyjnych miliardów, a nie namacalnej krzywdy.
W świecie, w którym wszyscy wszystkich oskarżają o korupcję, ludzie już nie wiedzą, kto naprawdę kradnie, a kto tylko oskarża. Zamiast myśleć o liczbach albo o tym, co by można za to kupić, wyborca sprawdza jedynie: on jest nasz czy ich? Jeśli nasz, to nawet miliard staje się zasadą gry. Gdyby ten sam polityk wyjął tysiąc złotych z kościelnej tacy, zrobiłby się skandal na pół kraju. Ale i tak się nie zrobi, bo państwo do dziś nie kontroluje, co się dzieje z pieniędzmi z tacy. W badaniach eksperymentalnych nad tym, kiedy wyborcy karzą skorumpowanych (Peter Esaiasson, Monika Bauhr), wychodzi to samo: ta sama informacja o korupcji mocno uderza w kandydata, którego nie lubimy, i spływa po tym, którego lubimy bardzo. A teraz wszystkie uczucia do polityków są bardzo.
Na Węgrzech od lat opisywana jest ta sama scena: im głośniej mówi się o miliardach wyprowadzonych przez ludzi Orbána, tym bardziej twardy elektorat traktuje to jak element wojny plemion, a nie jak krzywdę własnego portfela (Kim Lane Scheppele czy Bálint Magyar). W Polsce było podobnie: kolejne „Ostrołęki”, „wille”, „respiratory”, „Lotosy” robiły wrażenie na tych, którzy i tak nie głosowali na PiS, a ich własny elektorat traktował to jak jeszcze jeden odcinek serialu, po którym i tak przychodziło „M jak 500+”. Populizm jest bardzo drogi, ale najwyraźniej nas stać.