Idzie przez Polskę brunatna fala! To na szczęście nasi. Nawrocki, Konfederacja, Braunowcy (przy których tamci to leszczeria), dalej miękiszony z PiS (już prawie polska centrolewica przy tamtych). Morawiecki już wyszedł, bo nie sprawdzałem? Nieważne, bo idzie też druga fala: spiskowcy uzbrojeni w tomy jak w kastety.

Przetaczająca się tysiącami z miejsca na miejsce, z festiwalu na festiwal, z tobołkami pod pachą. Na czele sunie łysy typ, barczysty. To on zbudował tę armię. W dzień uprawia propagandę czytania. W nocy spiskuje z typami i typiarami spod ciemnej gwiazdy: Tokarczuk, Holland, Michnikiem. Mam zdjęcia. Bez problemu udowodnię. Widziałem, jak się kotłowali, karnie meldowali na spotkaniach dziesięć dni z rzędu.

Donoszę dalej, bo mam więcej. Nazwali się Góry Literatury. Jakby gór w Polsce było za mało. 170 wydarzeń w 30 miejscowościach Kotliny Kłodzkiej, Aglomeracji Wałbrzyskiej i Kotliny Dzierżoniowskiej. 80 tys. dusz. 240 mówców. Pół miliona śledzących w sieci. 1600 dorosłych zapisało się do Latającego Uniwersytetu Ludowego – sama nazwa pachnie wywrotowo – a ponad tysiąc dzieci do Małych Gór Literatury, czyli demoralizacja zaczyna się od przedszkola. Do tego 2200 wzmianek w mediach i 40 mln odbiorców. Wszystko w kraju, w którym Biblioteka Narodowa raportuje, jakby ją to uwierało, że książkę bierze do ręki 41 proc. obywateli. 80 tys. ludzi zjeżdża na literaturę do postindustrialnej prowincji, z której przez trzy dekady się głównie wyjeżdżało – do Nowej Rudy, Wałbrzycha, Radkowa, na tereny po kopalniach, którym transformacja zabrała wszystko oprócz krajobrazu. Samo się nie mogło zrobić. Ktoś ich musiał wszystkich zagonić.

Ujawniam: wspomniany prowodyr to Irek Grin. Kieruje pochodem, w nocy knuje. Chciałby lepiej, więcej i żeby najlepiej objęło kolejny kawał kraju. Ma za sobą niejeden kryminał. To ten, co wymyślił festiwal Brunona Schulza (Żyd!), ogarnął program literacki Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu (eka-Niemcy), prowadził Wrocławski Dom Literatury, a dziś jest prezesem Fundacji Olgi Tokarczuk (tak, tej!). Razem z Tokarczuk wymyślili imprezę, która nie pojechała tam, gdzie jest publiczność, tylko zrobiła publiczność tam, gdzie nikt jej nie szukał i nikomu to nie przeszkadzało. Tokarczuk pisze, Grin dowozi, ludzie się trują. Motywu nie trzeba szukać. Grin się sam wysypał: „To już byłby koniec tego zasranego świata, gdyby ludzie podróżowali pierwszą klasą, a literatura wagonem bagażowym”.

Chcecie dowodów? Zamek Sarny w Ścinawce Górnej: Grin sadza przed publicznością Adama Michnika i wymądrzają się o Jerzym Giedroyciu. Mają pretekst: liberały uchwalili sobie i chyba tylko dla siebie Rok Giedroycia (oddał Ukraińcom Lwów, a Litwinom Wilno). Podszedłem ich w Wałbrzychu. Nawet się nie musiałem się wysilać, Michnik sam się przyznał: „Jak zaglądam we własne wnętrze, to się właściwie nie zmieniłem” – wiadomo. Pięćset osób na sali, reszta się odbiła (dobre i to).

Dalej: Olga Tokarczuk czyta na Sarnach pierwszy fragment nowej powieści „Świata jest za dużo” – prawi o powojennym Dolnym Śląsku, udaje czułość do Wrocławia i Wałbrzycha. Zapowiada ją jako swoją ostatnią wielką powieść, „akt wiary w siłę życia”. Zdrada czai się już w pierwszym zdaniu: „Bomba. Krótkie życie bomby od początku było marne”. Kilka tysięcy ludzi na trawie i cisza, wszystkim się podoba, żaden się nie ujmie za umęczonym narodem polskim. Dalej Agnieszka Holland, tym razem bez ochroniarzy, pokazuje swojego „Franza Kafkę” tak jakby Sienkiewicza nie mieli. Lud się zaraża.

I ten szczególnie szkodliwy: Grzegorz Kasdepke. Demoralizuje dzieci. Po jego wywodach żadne z nich nie będzie już normalne: będą czytać. A wieczorami koncerty – Hania Rani, Ralph Kamiński, John Porter na 45-lecie „Helicopters”, Maria Peszek z Bartkiem Wąsikiem śpiewająca „Pieśń świętojańską o Sobótce”, jakby Bogurodzicy się wstydziła.

Ta literacka zaraza pączkuje, rozlewa się po kraju, zaraz cię dogoni. „Rzeki Literatury” – 20-23 sierpnia, Lubuskie: Zielona Góra, Bojadła, Trzebiechów, Zabór, Zatonie i Klenica, w której wychowała się Tokarczuk, której matka zakładała Uniwersytety Ludowe. W parku w Zatoniu zagrają Fisz z Waglewskimi, Mela Koteluk, Kortez i Raz Dwa Trzy. Potem przyjdą Jeziora Literatury. Czyli tak: góry już mają, rzeki właśnie zajmują, jeziora w planach – zaraz nam zabiorą dostęp do morza. Domkną hydrografię spisku. Nie śpij spokojnie, pojedź sam się przekonać.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version