Nie przepadam za spiskowymi teoriami dziejów, już bardziej za spiskowymi praktykami dziejów. Gdyby jednak zebrać opinie świadczące o specjalnym stosunku Donalda Trumpa wobec Rosji, to aż dziw bierze, że nikt nie zabiera się za Władimira Putina w analogiczny sposób.
Taki gatunek jak felieton wymiera. Może dlatego, że nie jest łatwo być nowym Słonimskim albo Pilchem, a może dlatego, że każdy jest dziś felietonistą, tylko w internecie. Powód jest prosty: felieton to gatunek literacki, a nie publicystyczny, a publicyści rzadko są artystami. Gdy artysta zabiera się do komentowania polityki, to i tak wychodzi lepiej niż gdy publicysta pragnie zostać pisarzem. Kończy się to najczęściej jedynie popisem ambicji jak u Bronisława Wildsteina.
Skoro felietonistyka uległa degradacji i nikt już od felietonistów nie oczekuje cudów, mogę bez większego ryzyka spróbować je pisać dla „Newsweeka”. A bardziej wymagający czytelnik niech to pisanie potraktuje jako komentarze. Tyle że co jakiś czas zamiast Czarnka i Nawrockiego, będzie o „Termopilach polskich” Klaty albo „Quo VAIdis” Andrzeja Dragana. Rany, jaka to dobra książka i elegancki dowód na to, że sztuczna inteligencja wciąż ma poważną konkurencję w ludzkiej, co przeczy tezie książki, ale Draganowi życzę, żeby do końca życia miał tylko takie problemy.
Komentarze pisałem już, choć nieregularnie, dla Onetu, z którym łączy mnie coraz więcej, podobnie jak z „Newsweekiem”. Teraz ma być co tydzień, szerzej i luźniej. Sam tytuł cyklu „Moje typy” starszy czytelnik od razu skojarzy z arcymistrzem felietonu Antonim Słonimskim i jego sekretarzem Adamem Michnikiem. Obaj kiedyś zamiast kolejnego felietonu wymienili nazwiska tych, którzy najbardziej zaszli im za skórę. Dla młodszego czytelnik „typ” i „typiara” to po prostu rzeczowniki osobowe. Jestem zwolennikiem feminatywów, ale „Moje typiary” brzmiałoby może bardziej intrygująco, ale trochę zbyt osobiście.




