My tego pokolenia, które mogłoby budować z nami przyszłość, nie integrujemy — my je hartujemy w poczuciu krzywdy.
2022 r. Polska pokazała się z najlepszej strony w swojej historii. Kilka milionów ludzi otworzyło domy, przywiozło koce, gotowało zupę na dworcach, oddawało klucze do mieszkań obcym kobietom z dziećmi. Jednocześnie pojawiła się szansa na odkładany przez wieki sojusz Polaków z Ukraińcami, który okazał się najwyraźniej mrzonką. Ahistorycznie myślą też politycy, dla których symbole okazały się ważniejsze niż unieszkodliwienie Rosji. Teraz nawet strona liberalna zaczyna krytykować Ukrainę. Wracamy do punktu wyjścia, a właściwie cofamy się do lat 30.
Cztery lata po 2022 r. te same dzieci, które przyjęliśmy z sercem, wyjadą stąd z traumą — a część tej traumy jest nasza, nie rosyjska. I gdy my wciąż ekscytujemy się sami sobą, jakie to serca mamy dobre, po cichu dzieje się dramat. Prof. Michał Bilewicz w „Gazecie Wyborczej” podaje liczbę, którą trzeba czytać na siedząco. W jego badaniu — jak pisze, „chyba największym dotąd badaniu uchodźców w Polsce” — prawie połowa żyjących tu Ukraińców ma pełne objawy zespołu stresu pourazowego (PTSD).
Dla porównania: wśród weteranów wracających z linii frontu PTSD pojawia się u 10-20 proc. Cywile, głównie kobiety i dzieci, które uciekły do bezpiecznego kraju NATO, mają objawy stresu bojowego dwu-, trzykrotnie częściej niż żołnierze wracający z okopów. Częściej niż Ukraińcy, którzy zostali w bombardowanym kraju.
Bilewicz: „Nawet badania prowadzone wśród Ukraińców pozostających na terenie swojego kraju nie wykazują takiego poziomu PTSD, jak ten, który obserwujemy wśród uchodźców wojennych w Polsce”. Psycholog nazywa to stresem akulturacyjnym — nieustanną obawą, że „lepiej nie mówić we własnym języku w miejscach publicznych”, że „dziecko spotka się w szkole z szykanami”. Dokładamy się do tego, co zaczęły rosyjskie bomby.
Rzecz w tym, że ukraińskie dzieci nie trafiają do szkół losowo. Trafiają do gorszych — i nie dlatego, że są gorsze, tylko dlatego, że przyjezdni nie mają kapitału społecznego (kontaktów, więzi, wiedzy praktycznej), który w polskim systemie decyduje o wszystkim. Nie mają rodzica, który wie, do której podstawówki „się chodzi”, potrafi napisać maila do dyrektora, załatwić korepetycje, zorientować się w progach punktowych do liceum. Mają matkę pracującą na dwie zmiany i ojca na froncie albo pod ziemią. Więc lądują tam, gdzie jest miejsce — w placówkach z najbardziej sfrustrowanymi nauczycielami. A wypalony nauczyciel postawiony przed klasą, której część nie mówi dobrze po polsku, nie zna Słowackiego ani Konopnickiej, nie zawsze reaguje empatią.
Codzienność tych dzieci wygląda tak, że nauka jest ostatnią rzeczą, na którą wystarcza doby. Mieszkają pokotem, po kilka osób w kawalerce, dojeżdżają godzinami. Nie dosypiają. Więc słabo się uczą — także języka polskiego, co domyka błędne koło: słaby polski to gorsze stopnie, gorsze stopnie to gorsza szkoła, gorsza szkoła to więcej pogardy. A w domu słyszą jedno zdanie, które streszcza cały dramat: „Wytrzymaj, poczekaj na świadectwo”. „Nie mamy jak ci pomóc”. Niektórzy rodzice już nie żyją. Inni stracili domy, zdrowie, zdolność do bycia oparciem.
Gdy próbowałem kiedyś napisać o tym reportaż, ani jedno dziecko nie zgodziło się opowiedzieć o swoich doświadczeniach — nawet anonimowo. Dzieci boją się powiedzieć na głos, że w polskiej szkole są dyskryminowane, a często prześladowane. Zresztą każdy empatyczny tekst o Ukrainie zamienia się w mordobicie z prawicą w mediach społecznościowych. Tak dobrze Polacy nauczyli Ukraińców, gdzie jest ich miejsce.
Badania Bilewicza znajdują potwierdzenie w innych. Raport CEO i UNICEF, oparty na 144 wywiadach i obserwacjach w szkołach, opisuje dokładnie ten mechanizm. Zachowania dyskryminacyjne polskich uczniów obniżają poczucie bezpieczeństwa ukraińskich dzieci, ich integrację i skuteczność uczenia się. W szkołach pojawia się postawa asymilacyjna: mów po polsku, nie mów po ukraińsku, nie epatuj ukraińskością, bądź wdzięczny. Raport mówił też o przeciążeniu: wiele lekcji, dodatkowy polski, wysiłek uczenia się w obcym języku, zmęczenie. To nie są „problemy adaptacyjne”. To jest codzienny rachunek za system, który uznał, że ukraińskie dzieci mają się same dostosować i nie przestawać dziękować. Może nie jest to getto ławkowe, z którego znani byliśmy na świecie w latach 30. Ale coś podobnego.
My tego pokolenia, które mogłoby budować z nami przyszłość, nie integrujemy — my je hartujemy w poczuciu krzywdy. I szykujemy podglebie pod postawy antypolskie. I zamiast Bandery z przeszłości, sami stworzymy sobie Banderę w przyszłości.

