— Jeśli nie uświadomimy sobie, że globalna katastrofa już się dzieje, to zginiemy — przekonuje Slavoj Žižek, najbardziej ekscentryczny ze współczesnych filozofów. Żarliwy lewicowiec krytykuje tak „religijnych neokonserwatystów”, jak i „politpoprawną lewicę”.

Wojna w Ukrainie, która wciąż się nie może skończyć, a na horyzoncie pojawia się groźba wojny światowej. Pandemia, którą mamy za sobą, ale nie możemy być pewni, że nie wróci. Wizja nadciągającej katastrofy klimatycznej oraz niedobory żywności i wody mogące spowodować gigantyczną falę migracji. Rosnąca w siłę skrajna prawica i lewica nieumiejąca znaleźć odpowiedzi na inwazję populistów, więc sama wpadająca w skrajną retorykę. A do tego cała demokracja liberalna słaniająca się na nogach jak bokser, który otrzymał serię ciosów w głowę i jeszcze nie został znokautowany, ale sędzia liczy go po raz kolejny.

Tak wygląda nasza rzeczywistość, a wielu z nas czuje, że będzie gorzej i czeka nas Armagedon. Tyle że nikt nie ma pomysłu, co z tym zrobić.

Plączemy się w doraźnych wojenkach politycznych i kulturowych, podczas gdy nasza planeta wpadła w korkociąg i zmierza ku widowiskowej katastrofie. Pamiętacie film „Nie patrz w górę” sprzed pięciu lat? Tam dwoje naukowców, granych przez Jennifer Lawrence i Leonarda DiCaprio, usiłowało ostrzec polityków i media przed zbliżającą się do Ziemi ogromną kometą, mogącą przynieść zagładę ludzkości. Ale politycy woleli swoje polityczne manipulacje, a media zabawne historyjki i pustą rozrywkę. Wniosek z historii był taki, że ludzkość nie jest w stanie obudzić się nawet w obliczu Armagedonu.

A może on już nastąpił i na przebudzenie jest za późno?

I

Slavoj Žižek, najbardziej ekscentryczny ze współczesnych filozofów, lewicowiec dowalający współczesnej lewicy, wyznawca pokrętnych teorii psychoanalitycznych Jacques’a Lacana oraz kulturoznawca, fenomenalnie analizujący polityczne ideologie za pomocą popkultury, uważa, że jeśli nie uświadomimy sobie, że globalna katastrofa już się dzieje, to zginiemy.

Szalony Słoweniec w swojej nowej książce „Za późno na przebudzenie. Co nastąpi, skoro przyszłość nie istnieje” daje nam najbardziej przerażającą i jednocześnie najbardziej optymistyczną wizję wyjścia z tej spirali nienawiści i śmierci, w jaką wpadła ludzkość.

W skrócie: musimy zrozumieć, że wszystko, co złe, już się zdarzyło i wyłącznie rewolucyjna zmiana myślenia o całym świecie jest ratunkiem. Spożytkujmy ogólnoświatowy kryzys polityczny i społeczny, jakiego jesteśmy świadkami, i ucieknijmy do przodu. Bo inaczej dopadnie nas czterech jeźdźców Apokalipsy.

Jak wiemy z Biblii, było czterech jeźdźców, zwiastunów końca świata: Wojna, Zaraza, Głód, Śmierć.

Wojnę mamy tuż obok, a na dodatek Europa i Azja szykują się na inwazję Rosji na Zachód i Chin na Tajwan.

Zarazę mieliśmy i choć się skończyła, to jej konsekwencje trwają w postaci atrofii życia społecznego i alienacji pokolenia, które dorastało w realiach lock­downu. Oczywiście zasłużyła się tu też kultura cyfrowa, która wyrzuciła nas z bliskich relacji międzyludzkich i zamknęła w świecie streamingów i social mediów.

Głód — szczególnie w sytych społeczeństwach Zachodu — może się wydawać abstrakcją, ale postępujące klęski żywiołowe i susze mogą w krajach Afryki i Azji wywołać tragiczny nieurodzaj. Życie stanie się tam niemożliwe i miliony ruszą szukać szans na ratunek tam, gdzie jest woda i jedzenie. Jeśli nie nastąpi gigantyczna wędrówka ludów, to przynajmniej dojdzie do masowych zamieszek. Dziś katastrofę klimatyczną oglądamy w telewizji i internecie, ale ona jest za progiem naszych mieszkań.

Jeszcze niedawno potrafiliśmy ściągnąć lejce koniom niosącym jeźdźców Apokalipsy — dzięki postępom medycyny, nauki, techniki, także dzięki ponadnarodowej współpracy. Teraz w obliczu gwałtownych zmian klimatu i kryzysu demokracji jeźdźcy wyrwali się spod naszej kontroli. Jeśli nie pojmiemy, że stajemy przed najważniejszym wyborem w dziejach gatunku ludzkiego — albo sami spowodujemy swoją zagładę, albo uratujemy się przed samozniszczeniem — to po nas.

Świadomość, że nasza rzeczywistość zaczyna realistycznie przypominać początek filmu katastroficznego o końcu świata, jest coraz powszechniejsza. Ale nie idzie za tym żadne działanie. Szczególnie na poziomie politycznym.

Mówiąc wprost — nasi przywódcy mają kompletnie wywalone na to, czy przetrwamy jako ludzkość, ponieważ to nie mieści się w ich krótkoterminowej perspektywie wyznaczonej przez wybory bądź doraźne konflikty ideowe.

Ostatni jeździec, czyli Śmierć, jest z nami oczywiście od zarania czasów, ale im więcej ludzi zginie w wojnach, na skutek epidemii i głodu, tym jeździec o imieniu Śmierć będzie potężniejszy. Žižek zwraca uwagę na inny wymiar śmierci: na śmierć społeczną „zadawaną przez najnowsze tryby cyfrowej kontroli nad naszą codziennością” oraz przyszłość „podłączonego mózgu”, a więc interfejsu ludzkiego mózgu z komputerem. Nowy wspaniały świat cyfrowy ma też postać jeźdźca Apokalipsy.

II

I tu wjeżdża na scenę piąty jeździec, bez którego dziś ci czterej nie mieliby takich szans na doprowadzenie do końca świata. Ten piąty jeździec jest kluczowy. To po prostu człowiek. My wszyscy razem.

Tak, to my jesteśmy piątym jeźdźcem, który toruje drogę Wojnie, Zarazie, Głodowi i Śmierci.

Niezmienną cechą człowieka jest to, że zawsze mija się z momentem, w którym powinien się przebudzić. Jeśli zerwie się z krzykiem za wcześnie, świat uzna, że to zwykła panika. Jeśli ocknie się za późno, to okaże się, że zabraknie czasu na ratunek. Poza tym politycy, media, społeczeństwo uznają, że albo nie ma się czym przejmować, albo mamy jeszcze mnóstwo czasu. Jest tyle ważniejszych rzeczy od nadlatującej komety! Na przykład najnowsze sondaże partyjne. Kto wygra wybory, mówiąc, że nadciąga kometa, która ­spopieli naszą planetę, i natychmiast trzeba działać?

Nikt.

I tu dochodzimy do tego, co kluczowe w książce Žižka. Kiedy kometa się zbliża, dwa wrogie bloki ideologiczne toczą własną wojnę. Žižek nazywa ich „religijnymi neokonserwatystami” (Putin, Trump, Chamenei) nawołującymi do powrotu do „tradycyjnych wartości” chrześcijańskich i muzułmańskich, do zwalczania satanizmu, LGBT+, komunizmu i co im tam wpadnie do głowy oraz „politpoprawnej liberalnej lewicy”. Ci pierwsi, mając Boga, moralność i patriotyzm na sztandarach, starają się rozpętać brutalną przemoc, bo sami są głęboko zdemoralizowani. Ci drudzy, głoszący otwartość na „wszystkie formy tożsamości seksualnej i etnicznej”, chcą wprowadzić coraz więcej zakazów, zasad i regulacji, co powoduje napięcia w środowisku ludzi naprawdę liberalnych i otwartych. Owa politpoprawna lewica najchętniej szuka odstępców od ortodoksji we własnych szeregach albo wśród potencjalnych sojuszników.

Pamiętajmy, że Žižek to żarliwy lewicowiec, zatem jego krytyka „politpoprawnej lewicy” jest jeszcze bardziej bolesna.

Głównym zarzutem wobec lewicy jest to, że nie próbuje ona stworzyć konsensu na rzecz wspólnego frontu wobec egzystencjalnych zagrożeń. Formułuje „purystyczne kryteria wstępu” dla sojuszników, dopatrując się u nich seksizmu i rasizmu, dowalając im swoją ostentacyjną wyższością moralną. Ta lewica jest autorytarna, nie dopuszcza debaty, deklaruje inkluzywność, ale najchętniej zajmuje się wykluczaniem.

Niemożliwe jest znalezienie porozumienia między tymi dwoma obozami w kwestii wspólnego przetrwania. A tymczasem jeźdźcy Apokalipsy przechodzą w szarżę.

III

Oczywiście lokalne sojusze szowinistycznej prawicy z „otwartą” lewicą są możliwe, a nawet stają się czymś naturalnym. Cóż jednak je może połączyć? Choćby prorosyjskość, czyli niechęć do Ukrainy. To chyba jeszcze nie jest polski przypadek, bo miłość do Putina wycieka głównie z ust skrajnych prawicowców, ale Žižek podaje przykład niemiecki.

Otóż formalnie lewicowa Sahra Wa­genknecht, stojąca dziś na czele partii własnego imienia, była oklaskiwana przez członków AfD, gdy nawoływała do zaprzestania pomocy Ukrainie i nienakładania sankcji na Rosję. W czasie pacyfistycznej (czyli prorosyjskiej) demonstracji w Dreźnie Björn Höcke, prominentny polityk AfD, namawiał Wa­genknecht, by przyłączyła się do Alternatywy dla Niemiec, czym wywołał entuzjazm zgromadzonych. Podobnie jest we Francji, gdzie Marine Le Pen i ­Jean-Luc Mélenchon mają wspólne, ciepłe uczucia do Rosji.

Žižek uważa, że coś, co nazywamy „wojną kulturową”, jest w zasadzie pozorowaną walką między dwoma formami tego samego globalnego systemu kapitalistycznego: rzekomym indywidualizmem oraz neofaszystowskim konserwatyzmem. Politycy na całym świecie przerabiają na papkę najważniejsze składniki tradycji emancypacyjnej — mówi Žižek — takie jak antyfaszyzm, antyrasizm, walka z wyzyskiem, likwidacja resztek kolonializmu. Szermując pięknymi hasłami, wplatają je w kapitalistyczną machinę nowego wyzysku i technologicznego autorytaryzmu.

Blitzkrieg nowych mediów, które zdominowały masową wyobraźnię i politykę, zniszczył podział na przestrzeń prywatną i publiczną. Kuriozum tzw. social mediów polega na tym, że są publiczne, ogólnodostępne, a zarazem opierają się na zasadzie wymiany prywatnych wiadomości. Ta trzecia przestrzeń — coraz bardziej wpływająca na nasze życie — jest niedemokratyczna, bo sterowana i cenzurowana przez algorytmy, choć nam się wydaje, że oglądamy i czytamy to, co chcemy. Daliśmy się zniewolić technokratom, przekonani, że jeszcze nigdy nie byliśmy tak wolni, jak teraz.

Dzisiejsza polityka, powiada Žižek, z której strony by na nią spojrzeć, reprezentuje interesy kapitału. Ale kapitalizm, tak jak go rozumieliśmy od XIX w., już nie istnieje. Został zastąpiony przez korporacyjny neofeudalizm, który spasł się podczas pandemii i teraz jest zbyt potężny, żeby coś mogło mu zagrozić.

Tymczasem w tle fałszywej wojny kulturowej i zastępczego konfliktu skrajności coraz wyraźniej widać kometę z filmu „Nie patrz w górę”. Inwazja Rosji na Ukrainę i miotanie się Trumpa od wojny do wojny oraz jego pogróżki wobec kolejnych krajów są tak niebezpieczne dla naszego przetrwania nie dlatego, że Rosja i USA to potęgi, ale dlatego, że to upadające supermocarstwa, niemogące się pogodzić z utratą swojego statusu i dlatego tak agresywne.

IV

Kometa jest coraz bliżej, ale politycy nie chcą jej widzieć — zmierzamy do tzw. sztormu doskonałego. To zapożyczone z meteorologii zjawisko, gdy „mniejsze” katastrofy (pandemie, globalne ocieplenie, „proxy” wojny, niedobory wody) zaczynają się nawzajem wzmacniać i napędzać. I rozmowy pokojowe, konferencje klimatyczne, porozumienia międzynarodowe na nic się zdadzą. Pozostaje pytanie: czy jesteśmy gotowi przyznać, że żyjemy w realiach globalnego stanu wyjątkowego, poprzedzającego walnięcie tej komety w Ziemię i finał jak z ostatnich scen „Nie patrz w górę”?

Musimy zrozumieć, że wojna w Ukrainie nie jest tylko inwazją jednego kraju na drugi, ale że to zupełnie nowe zjawisko. Nie tylko dlatego, że Rosja formalnie nie prowadzi wojny, ale „operację specjalną”, i nie dlatego, że jest to wojna „proxy”, gdzie w tle ściera się Zachód ze Wschodem, ale dlatego, że jest ona wojną udającą opisane w Apokalipsie św. Jana starcie z armiami Goga i Magoga. Tak ją pokazuje Rosja w każdym razie.

Wpływowy rosyjski ideolog Aleksander Dugin mówił przecież o „operacji wojskowej natury eschatologicznej” oraz walce między Światłem a Ciemnością, gdzie światłem jest prawosławny konserwatyzm, a ciemnością zgnilizna liberalno‑demokratyczna. To walka z Antychrystem, wojna końca świata. Armagedon.

Można uznać słowa Dugina za majaki paranoika, który chciałby być duchowym przywódcą Rosji, ale przecież jego polityczny i „eschatologiczny” poprzednik, czyli Iwan Iljin, przedwojenny antykomunista, wielbiciel faszyzmu i zarazem wyznawca specjalnego posłannictwa Rosji dominującej nad światem swoją potęgą duchową, stał się ulubionym filozofem Putina. Nie dość, że Putin sprowadził prochy zmarłego na emigracji Iljina do Rosji, to ponoć jeszcze książeczki Iljina rozdawano żołnierzom wyruszającym na ukraiński front. Państwowy kult Iljina pokazuje, że ten faszystowski filozof, wróg komunizmu i demokracji liberalnej oraz apologeta duchowej potęgi Rosji, jest prawdziwą twarzą putinizmu.

Musimy zrozumieć, że dziwaczny, niedawno jeszcze trudny do wyobrażenia wspólny front Rosji, Ameryki, Iranu, Korei Północnej (nawet jeśli Ameryka prowadzi udawaną wojnę z Iranem) wziął się z łączącej ich nienawiści do Europy jako zrealizowanej idei pokojowej współpracy narodów, wolności jednostki i prawdziwej demokracji. Istnienie demokracji liberalnej doprowadza ich po prostu do apopleksji.

Oczywiście hipokryzja europejskich elit zrobiła dużo dobrego dla Putina, a przez to dla innych dyktatorów, siodłających konie dla jeźdźców Apokalipsy. Žižek pisze, że tak naprawdę liczyliśmy na szybki upadek Ukrainy, żebyśmy mogli obłudnie się oburzyć i popłakać publicznie nad losem przegranych, ale szybko wrócić do starego trybu życia, biznesów z Moskwą i udawania, że żadna kometa nie leci w kierunku Ziemi. Bohaterski opór Ukrainy jest niewygodny dla ludzi Zachodu, bo sprawia, że czują wstyd, więc co jakiś czas wysyłają trochę broni i nakładają jakieś sankcje na Moskwę. Zamiast mówienia, że „Putin powinien z tego wyjść z twarzą”, albo zabraniania Ukrainie przekraczania „czerwonych linii”, powtarzania, że z Rosją nie da się wygrać wojny, że „Rosji nie powinno się upokarzać”, należało od razu powiedzieć, że wszystkie czerwone linie zostały już przekroczone i żadne negocjacje ze zbrodniarzami nie mają sensu. Strach przed rosyjskim odwetem atomowym sparaliżował Zachód, uważa Žižek, podczas gdy należało odrzucić kompromisy, bo te tylko karmią rosyjski imperializm. Rosja będzie w pełni zaspokojona jedynie wówczas, gdy upadnie cały system europejski. Żadnych układów z Putinem, pisze Žižek, bo to nie Ukraina jest prawdziwym celem Rosji, ale nasza, Zachodu, wolność.

Żadnego z jeźdźców Apokalipsy nie da się przekonać dzięki naszej słynnej koncyliacyjności i wspaniałej tradycji ­kompromisu.

Jeźdźców Apokalipsy należy zrzucić z koni i dobić.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version