Nieliczni w zakładzie wiedzieli, że siwowłosy magazynier Stan to generał Stanisław Sosabowski. Były dowódca elitarnej jednostki bojowej, kawaler Orderu Virtuti Militari i wielu innych wojennych odznaczeń. Nie był jedynym polskim generałem, który po wojnie na emigracji doświadczyli ogromnej deklasacji. Żeby się utrzymać, wielu z nich zostało barmanami, magazynierami, tapicerami.
Moje pierwsze kroki w życiu cywilnym rozpoczynałem z sumą 300 funtów oraz zupełną nieznajomością tego życia na terenie Londynu” — wspominał demobilizację w 1948 r. gen. Stanisław Sosabowski. Były dowódca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie miał 56 lat, gdy ściągnął wojskowy mundur.
W Polsce zostawił cały majątek, kiedy po kampanii wrześniowej przedostał się na Zachód. Nie chciał wracać do kraju, w którym władzę przejęli komuniści wsparci przez Moskwę (jego rodzinne miasto Stanisławów — dziś Iwano-Frankiwsk — zajął ZSRR). Brytyjskie władze nie przyznały mu ani emerytury, ani innych świadczeń. Nie miał żadnego doświadczenia zawodowego poza wojskowym. Był żołnierzem ponad 34 lata.
Praca nie hańbi
Pieniądze odłożone z generalskiej pensji i pożyczkę wziętą ze wspólnikiem zainwestował najpierw w kupno domu w Londynie. Budynek wkrótce odsprzedali z zyskiem. Mniej szczęścia miał z następnym biznesem. Warsztat ze sklepem meblarskim otworzył z byłym podkomendnym. Firma Polycraft nie poradziła sobie na rynku i splajtowała. Generał stracił większość pieniędzy. Musiał szukać pracy, by utrzymać siebie, żonę i ociemniałego syna, których ściągnął z Polski (Sosabowski junior stracił wzrok, walcząc w powstaniu warszawskim).
W 1949 r. został magazynierem z pensją 6 funtów tygodniowo (około 270 dzisiejszych funtów). Pracował w fabryce urządzeń elektrycznych koncernu Lucas CAV w Londynie. Sprzątał, nosił skrzynie z częściami, wspinał się po drabinach na półki, prowadził ewidencję towarów. Z czasem trafił do działu produkcji. Nieliczni w zakładzie wiedzieli, że siwowłosy magazynier Stan to były dowódca elitarnej jednostki bojowej, kawaler Orderu Virtuti Militari i wielu innych wojennych odznaczeń.
Polskich weteranów, którzy tam pracowali, prosił, by nie tytułowali go generałem. „Nie było sensu ani by mi to pracy nie ułatwiało, gdybym obnosił się z moją generalską pozycją (…) w fabryce nie jestem rozkazodawcą, tylko wykonawcą i niczym więcej. Przyjąłem świadomie i bez szemrania rolę szeregowca — wspominał. — Taka była moja sytuacja. Praca nie hańbi — byleby była uczciwą”.
W porcie. Unrug prowadzi inspekcję kutra rybackiego, Kalew, Agadir, 1949 r.
Foto: Fot. archiwum prywatne Horacego Unruga/dzięki uprzejmości Mariusza Borowiaka
Przepracował 17 lat, prowadząc na emigracji — jak to sam określił — „podwójny żywot”: zwykłego robotnika i „ojca” polskich spadochroniarzy. Szukał lepiej płatnej pracy. Zrobił kurs handlu zagranicznego, ale nikt nie chciał go zatrudnić. W wolnym czasie działał w kombatanckiej organizacji i spisywał wojenne wspomnienia. Został zwolniony z fabryki, gdy dobiegał 75. roku życia. „Pracownicy mego działu do ostatniej chwili, do mego odejścia, nie »puścili farby«. Dawali mi do zrozumienia, że wiedzą, kim jestem, a poza tym, że wiedzą, że jestem pisarzem, i na pamiątkę ofiarowali mi złote pióro. Emerytury z fabryki nie uzyskałem” — podsumował.
Próbował znaleźć dorywczą pracę. Zgłaszał się do różnych urzędów i instytucji, w tym straży pożarnej, Sekcji Polskiej BBC i Radia Wolna Europa. „Szanowny i Drogi Panie Dyrektorze! Tak się złożyło, że z uwagi na mój wiek, mimo pełni mych sił fizycznych i umysłowych, z końcem lipca br. zostanę na lodzie, tracąc moje dotychczasowe zajęcie, które finansowo pozwalało mi wiązać koniec z końcem. Od października muszę znaleźć choćby part-time job, tj. kilka godzin codziennie, względnie 2-3 dni w tygodniu, które by w części łatały mój nader skromny, a od sierpnia całkowicie nadwyrężony budżet domowy — pisał do Jana Nowaka-Jeziorańskiego, szefa RWE.
— Głos mój mają Panowie na płytach w archiwum BBC. Niezależnie od mego charakteru wojskowego już przed wojną byłem publicystą i pisarzem, za co zostałem odznaczony Srebrnym Wawrzynem Akademii Literatury. Poza angielskim władam francuskim i niemieckim. Rozumiem dobrze czeski i ukraiński. Piszę na maszynie” — przekonywał dyrektora londyńskiej stacji radiowej. Na próżno. Rok później zmarł na zawał serca, ciało — zgodnie z ostatnią wolą generała — przywieziono do Polski i pochowano w grobowcu rodzinnym na warszawskich Powązkach.
Bale, rauty, bankiety
Sosabowski był jednym ze 126 polskich generałów, których koniec II wojny światowej zastał na Zachodzie, razem z około 240 tys. podkomendnych. Tylko 20 zdecydowało się wrócić do kraju pod sowieckim butem. Reszta żyła nadzieją na konflikt zbrojny zachodnich aliantów z ZSRR i powrót z bronią w ręku do wolnej ojczyzny. W kolejnych latach zderzyli się z twardymi realiami. Zachód nie chciał kolejnej wojny. Dla władz Wielkiej Brytanii, które uznały oficjalnie nowy rząd w Warszawie, stali się kłopotliwym balastem. Większość — podobnie jak były dowódca 1. SBS — spędziła w wojsku całe dorosłe życie. W II Rzeczypospolitej należeli do elity, żyli na wysokim poziomie. Odrodzone państwo, szczególnie po zamachu majowym Józefa Piłsudskiego, nie żałowało pieniędzy na wojskową kadrę dowódczą. „Oficerowie mają być tak uposażeni, aby mogli bez troski o byt codzienny pełnić sumiennie obowiązki swego zawodu, wyłącznie mu się poświęcając” — głosiła ustawa „o podstawowych obowiązkach i prawach oficerów Wojska Polskiego” z 23 marca 1922 r. Pod koniec lat 30. w dużych europejskich armiach lepiej zarabiali tylko Niemcy. Wynagrodzenie polskich oficerów zależało od rangi, funkcji, miejsca stacjonowania i statusu rodzinnego. W 1939 r. zasadnicza pensja generała wynosiła 1000-2000 zł, a pułkownika około 700 zł. Do tego dochodziły różne dodatki, dzięki czemu np. żonaty dowódca pułku w Katowicach dostawał co miesiąc 1211 zł, a generał dywizji w stolicy — 1725 zł. W tym samym czasie przeciętne zarobki urzędników i nauczycieli wynosiły 200-300 zł, a robotników — 140-150 zł (aby porównać to z dzisiejszymi zarobkami, należy pomnożyć przedwojenną złotówkę 10 razy). Wyżsi oficerowie w domach zwykle zatrudniali służące i pokojówki. Prócz pensji mieli różne świadczenia i przywileje: ordynansów, służbowe mieszkania (nierzadko w prestiżowych dzielnicach i willach), darmową komunikację i opiekę zdrowotną dla siebie i rodziny. Na urlopach korzystali z Oficerskich Domów Wypoczynkowych w modnych kurortach — Krynicy, Rabce, Zaleszczykach i Druskienikach. Czas wolny spędzali w kasynach, w których organizowano huczne bale, rauty, bankiety. Ulubioną rozrywką były też polowania i zawody jeździeckie.
Generał za barem
Po wojnie doświadczyli ogromnego upokorzenia i deklasacji. Stracili majątki w kraju i generalski żołd, który w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie wynosił kilkadziesiąt funtów miesięcznie. Część służyła jeszcze parę lat w Polskim Korpusie Przysposobienia i Rozmieszczenia, który brytyjskie władze utworzyły w 1946 r. w celu demobilizacji polskich oddziałów i przygotowania żołnierzy do cywilnego życia na emigracji. Zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w Warszawie pozbawił za to polskiego obywatelstwa 75 wyższych oficerów (decyzję uchylono dopiero w 1971 r.). PKRP wypłacał niewielkie pensje i organizował m.in. bezpłatne nauczanie języka angielskiego oraz warsztaty i kursy tapicerstwa, kreślarstwa, ślusarstwa czy drukarstwa. W 1949 r. został zlikwidowany. Kto nie znalazł pracy, mógł dostać co najwyżej zasiłek socjalny w wysokości 2 funtów tygodniowo. Brytyjskie emerytury dostało jedynie czterech polskich generałów: 100 funtów miesięcznie — gen. Władysław Anders, p.o. naczelny wódz i dowódca II Korpusu, 75 funtów — gen. Stanisław Kopański, szef sztabu NW, wiceadm. Jerzy Świrski, szef Kierownictwa Marynarki Wojennej, i gen. Mateusz Iżycki, dowódca Polskich Sił Powietrznych. 15 innym wyższym dowódcom PSZ wypłacono po 1000 funtów bezzwrotnej zapomogi i 2000 funtów pożyczki.
„Jestem w pełni świadomy niefortunnej sytuacji zasłużonych polskich byłych oficerów, którzy muszą szukać nowej pracy, zbliżając się do normalnego wieku emerytalnego. Problem polega na tym, że jest tak mało odpowiednich miejsc pracy dla byłych oficerów w tym wieku, a w rzeczywistości jest znaczna liczba brytyjskich byłych oficerów, którzy chcieliby być przyjmowani na takie istniejące stanowiska” — pisał przedstawiciel brytyjskiego ministerstwa pracy w 1949 r. w odpowiedzi na interpelację mjr. Tuftona V.H. Beamisha, członka Izby Gmin, w sprawie gen. Sosabowskiego. Brytyjczycy odmówili emerytury także gen. Stanisławowi Maczkowi, jednemu z najbardziej zasłużonych polskich dowódców na Zachodzie. „Baca” — jak nazywali go żołnierze — miał za sobą kampanię wrześniową i wojnę w 1940 r. we Francji. W 1944 r. dowodził 1. Dywizją Pancerną podczas operacji w Normandii, a potem przeszedł szlak bojowy przez Belgię i Holandię, aż po bazę niemieckiej floty wojennej w Wilhelmshaven. Wojenne zasługi i odznaczenia, w tym angielskie ordery — Łaźni i Imperium Brytyjskiego, okazały się mało znaczące. W 1949 r. — mając 57 lat — stał się bezrobotny i musiał szukać pracy. Komunistyczne władze w Polsce pozbawiły go obywatelstwa, został uchodźcą bezpaństwowcem. Z żoną i trójką dzieci, w tym najmłodszą, niepełnosprawną córką Małgorzatą, zamieszkał w Edynburgu. Miał sentyment do Szkocji, gdzie formowała się jego dywizja i po wojnie osiadło wielu jego podkomendnych.
Stanisław Maczek z najstarszą córką Renatą i wnuczką Karoliną, Chicago, 1965 r.
Foto: FOT. DZIĘKI UPRZEJMOŚCI KAROLINY MACZEK-SKILLN, Karolina Maczek-Skillen – Honorowy Patronat Stowarzyszenia PSC Parasol/ www.parasolpsc.co.uk/
Jeden z nich zatrudnił Maczka najpierw w sklepie. Później generał został barmanem w hotelu Learmouth, należącym do innego polskiego pancerniaka. Właściciel, sierżant Jan Tomasik, pochodził z Krakowa, ożenił się ze Szkotką i zrobił karierę w biznesie. Byłemu dowódcy płacił 10 funtów tygodniowo. Przechwalał się, że generał obsługuje jego hotelowych gości. Kpiąc, przekręcał tytuł biograficznej książki Maczka „Od podwody do czołga” na „Od pługa do motoru”. Były dowódca nie stracił pogody ducha, nie skarżył się na swój los. Żył skromnie w niewielkim mieszkaniu z rodziną. Stał za barem od południa do nocy z dwugodzinną przerwą. „Podwójną whisky” serwował jeszcze po siedemdziesiątce. Wśród bywalców nie brakowało podkomendnych, którzy wchodząc, oddawali mu generalskie honory. Po pracy działał w emigracyjnych organizacjach i instytucjach. Często odwiedzał holenderską Bredę, którą wyzwoliła jego dywizja. Jej władze zawsze podejmowały go jak bohatera. Jednej z ulic nadano nazwisko Maczka. Mieszkańcy organizowali zbiórkę na leczenie chorej córki generała. Proponowano mu przeprowadzkę z rodziną i mieszkanie, ale nie chciał opuścić Szkocji. Zmarł w wieku 102 lat w 1994 r. Spoczął w Bredzie obok swoich żołnierzy na cmentarzu wojennym. Przed śmiercią dostał Order Orła Białego, przyznany przez prezydenta Lecha Wałęsę.
Kontradmirał łowi sardynki
Losy polskich oficerów na emigracji badał dr Andrzej Suchcitz, wnuk jednego z nich — płk. dypl. Tadeusza Skindera. Nie było to łatwe, ponieważ niechętnie wspominali powojenną biedę. Pielęgniarz, sklepikarz, windziarz, krawiec, portier, konserwator obrazów to tylko niektóre zawody, jakie wykonywali. „Większość generałów musiała podjąć pracę fizyczną. Ci, którzy mieli pożyczki czy oszczędności, najczęściej kupowali domy i żyli z wynajmu mieszkań oraz pracy przy sprzątaniu (…). Kilku generałów parało się pracą na roli, kupując lub dzierżawiąc małe fermy, które prędzej czy później zbankrutowały” — wylicza dr Suchcitz. Pracodawcy na Wyspach Brytyjskich i w innych krajach nie chcieli zatrudniać starszych wiekiem Polaków z generalskim pagonami i bez doświadczenia zawodowego. Najbardziej wiekowi — Walerian Czuma, Jerzy Wołkowicki, Stefan Strzemiński mieszkali pod koniec życia na zasiłku na Polskim Osiedlu w Penhors. W szczególnie trudnej sytuacji byli ci, którzy z różnych powodów (także politycznych) nie zostali przyjęci do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie lub trafili do niemieckiej niewoli po kampanii wrześniowej i powstaniu warszawskim. Brytyjskie władze odmówiły im pomocy, ponieważ nie służyli pod aliancką komendą. Kontradmirał Józef Unrug (awansowany po wojnie na wiceadmirała), dowódca Obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 r., miał ponad 60 lat, gdy wyszedł z jenieckiego obozu. Z żoną i synem dostał się najpierw na Wyspy Brytyjskie, po czym przeniósł się do Maroka, gdzie pracował m.in. przy połowie sardynek i transporcie manganu. Kiedy jego syn się usamodzielnił, wyjechał z żoną do Francji. Mieszkali w Domu Spokojnej Starości Polskiego Funduszu Humanitarnego, nie mieli żadnej emerytury. Wiceadmirał jeszcze po siedemdziesiątce dorabiał przy dowozie zaopatrzenia do pensjonatu.
Z wizytą u generała Kazimierza Sosnkowskiego (drugi z prawej). Pierwszy z lewej gen. Antoni Szylling, w środku gen. Stanisław Sosabowski. Arundel, Kanada, październik 1962 r
Foto: fot. zbiory prywatne
Naczelny wódz hoduje krowy i świnie
„Podziwiałem odporność psychiczną mojej matki. Mając ponad 40 lat, musiała zapomnieć o wygodnej egzystencji na uprzywilejowanej pozycji, przystosować się do życia w obcym kraju i wychowywać dzieci, z których młodsze urodziło się z zespołem Downa, i zacząć zarabiać na utrzymanie rodziny” — wspominał Adam Komorowski, syn drugiego komendanta głównego Armii Krajowej i ostatniego naczelnego wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Arystokratyczna rodzina gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego wiodła przed wojną dostatnie życie. Po podpisaniu kapitulacji powstania warszawskiego generał trafił do niewoli. Obowiązki naczelnego wodza objął, gdy pod koniec wojny jego obóz wyzwolili alianci. Zrezygnował kilka miesięcy później wobec braku oficjalnego uznania przez brytyjskie władze. Nie dostał żadnej odprawy ani emerytury. Żona Irena zdołała przedostać się na Zachód z dwójką małych synów, którzy przyszli na świat podczas okupacji. Z majątku zostawionego w kraju zdołała zabrać „trochę walut, złotą papierośnicę, parę pejzaży i pieluszki”. W Londynie kupili mieszkanie, w którym wynajmowali odpłatnie kilka pokoi. Generałowa dorabiała jako krawcowa, a jej mąż w pracowni sztucznej biżuterii (pełniąc równocześnie funkcję premiera RP na uchodźstwie). Z czasem Irena Komorowska założyła firmę krawiecko-tapicerską, w której generał prowadził rachunki i jeździł na przymiarki do klientów. Nie przyjęli obywatelstwa brytyjskiego, pozostali bezpaństwowcami. Komorowski miał oferty dobrze płatnych posad w USA, w tym doradcy ds. polskich w Departamencie Wojny, ale odmawiał. „Nie mogę być advisorem w amerykańskim ministerstwie, kiedy moich takich czy innych rad czy uwag oni (nie wezmą pod uwagę) i mogą postąpić zupełnie inaczej. Mogą w ogóle mnie nie słuchać i wbrew dobru mojego narodu działać” — tłumaczył. Zmarł nagle w 1966 r. podczas polowania u znajomego Anglika.
Poprzednik gen. Komorowskiego na stanowisku naczelnego wodza, gen. Kazimierz Sosnkowski, musiał ułożyć sobie na nowo życie w Kanadzie. Wyjechał tam jesienią 1944 r. po konflikcie z brytyjskimi władzami, które krytykował za bezczynność wobec powstania warszawskiego i złamanie umowy sojuszniczej z Polską. Zdymisjonowany pod naciskiem Winstona Churchilla, nie mógł przez kilka lat dostać brytyjskiej ani amerykańskiej wizy, a co za tym idzie, opuścić Kanady, gdzie mieszkał z żoną i synami. Komunistyczne władze w Polsce przejęły cały jego majątek, w tym pałacową rezydencję w wielkopolskim Porażynie z 1900 ha lasów i ponad 1770 ha pól, a także willę Budrysówka w Zakopanem (nazwaną tak na cześć pięciu synów generała). Rolnictwem i hodowlą zajął się w 1947 r., kiedy został formalnie zdemobilizowany. 10-hektarową farmę z budynkami do remontu kupił w miejscowości Arundel nad jeziorem Bevan Lake. W następnych latach łączył pracę farmerską z aktywnością polityczną i społeczną na emigracji. Razem z żoną hodowali krowy, świnie i kury. Z czasem zaczęli też wynajmować pokoje turystom. Zmarł w 1969 r.

