Opozycja się z nich śmieje, koalicjanci są przerażeni, tymczasem politycy Koalicji Obywatelskiej z optymizmem patrzą w przyszłość — przecież „Kierownik” coś wymyśli i jakoś to będzie.

Niedawne upały, duży koncert nad morzem. W strefie dla VIP-ów przechadzają się politycy Koalicji Obywatelskiej. Zagadują do siebie, dziennikarzy, niektórych celebrytów. Tematy wakacyjne — o dzieciach, urlopach… Pytani o aferę szpitalną i plany partii na zbliżającą się kampanię wyborczą, odpowiadają pytaniem: „Ale dlaczego w tych jakże pięknych okolicznościach przyrody?”.

Dzień później można było spotkać polityków KO wśród koni, dżokejów, pań i panów w kapeluszach na wyścigach na warszawskim Służewcu. — Widzi pani, jakie oni mają miny markotne, aż patrzeć smutno — mówi mi półgłosem działacz PSL o swoich koalicyjnych kolegach z KO. Oni sami tego jednak nie potwierdzą: rozmowy dotyczą gonitw końskich, a nie politycznych.

Przez 30 miesięcy największa partia rządzącej koalicji nie była w takim kryzysie mimo napięć i konfliktów w rządzie, agresywnej opozycji, przegranych wyborów prezydenckich i wojny na wschodzie. Domino uruchomione przez wyjście na jaw zarobków 28-letniego radnego z Ursusa może doprowadzić do oddania władzy, ale cała partia siedzi i czeka, co zrobi Donald Tusk albo co każe zrobić.

— Oni naprawdę są w rozsypce — śmieje się europoseł PiS. — Nie da się z nimi rozmawiać, bo się kulą na każde pytanie, jakby ich kto skopał. Aż mi ich czasem żal.

— Tam jest taka rozpierducha, że nie będzie czego zbierać — triumfują konfederaci. — Nikt nie chciał wziąć tego resortu i dlatego teraz udają, że w ogóle nie było mowy o dymisji ministra zdrowia.

Kiedy PiS uwija się jak w ukropie, żeby pokazać „101 afer KO”, partia Tuska nie ma na to żadnej odpowiedzi. Jeśli nie pojawi się niebawem, to za 15 miesięcy będzie można mówić, że „KO przegrała wybory w Szpitalu Południowym”.

— My robimy swoje, idziemy do kampanii, ale szczerze mówiąc, bez opracowania strategii dla całej koalicji 15 października nie utrzymamy rządu. To może zrobić tylko Tusk, a wie pani, czym oni teraz się zajmują? Ustawianiem się, kto ma być który na liście wyborczej. Ręce opadają — opowiada polityk lewicy, która rusza właśnie w przedwyborczą trasę wakacyjną po Polsce.

— Koalicjant nam się wyraźnie pogubił. My odpowiadamy w rządzie za bezpieczeństwo, robimy, co się da, i mogę panią zapewnić, że SAFE będzie sukcesem i przyniesie wymierną korzyść wyborczą. Ale ten szpital zaraz pociągnie nas wszystkich na dno, bo jak wyborca słyszy „koalicja”, to myśli, że cała — mówi polityk PSL.

Igor siedzi i knuje, na pewno coś wymyślił — to zapewnienie w różnych wersjach usłyszałam od wszystkich moich rozmówców z KO. Z absolutnym spokojem czekają, co ludzie „Kierownika” z jego wieloletnim doradcą Igorem Ostachowiczem na czele każą im zrobić. Póki nie dostaną z Alej Ujazdowskich rozkazu do walki, sami nic nie zrobią.

To zadziwiające, ale w trzecim roku po odzyskaniu władzy i rok po koncertowo przegranych wyborach prezydenckich największa partia koalicji rządzącej wciąż opiera się na tym, co „wymyśli Igor”. Ani w siedzibie partii, ani w Sejmie nie ma żadnego sztabu, który analizowałby sytuację, pokazywał potencjalne zagrożenia i metody wyjścia z wizerunkowych i sondażowych wiraży.

— Oczywiście reakcja na afery i wpadki jest inna, niż to było za rządów PiS, które w takich przypadkach zawsze zaprzeczało, odmawiało komentarza, udawało, że nic się nie dzieje. Tutaj mamy kontrole i dymisje, które jednak są jakimś przyznaniem się do winy, ale jednocześnie nie widać, jak koalicja chciałaby wyjaśnić tę aferę tak, żeby położyć jej kres — ocenia prof. Przemysław Sadura, socjolog z UW. — Na razie nie wygląda to dobrze. Prawica będzie grzała to przez cały czas aż do wyborów i spróbuje zrobić z tego ośmiorniczki bis. A jest jeszcze pytanie, czy poznaliśmy wszystkie szczegóły tej afery, czy tam jeszcze coś się nie kryje.

Prawo i Sprawiedliwość strzela do premiera i KO wszystkim, co ma. Urządza happeningi, przykleja do Donalda Tuska każdą możliwą aferę, produkuje dziesiątki, jeśli nie setki postów w social mediach. A po stronie KO widać tylko pojedynczych posłów, którzy rzucają się do walki niemal wręcz, ale jest to raczej chaotyczna i samotna szarża.

— Jeśli chodzi o pomysł, to on na pewno jest w otoczeniu Donalda i raczej się nim nie dzielą — mówi nam minister w rządzie Tuska, co jeszcze gorzej świadczy o partii. Najwyraźniej bowiem lider uznał, że nie ma co zdradzać swoich planów, bo partyjny aktyw może je zepsuć i narobić jeszcze więcej kłopotów.

No dobrze, ale czego pani oczekuje, bo nie bardzo rozumiem? — denerwuje się wysoko postawiony polityk KO na moje pytanie o pomysł na wyjście z kryzysu. — Minister zdrowia do dymisji, bo jakiś radny okradł szpital? A może dymisja całego rządu albo wcześniejsze wybory? Przecież to byłaby absurdalna reakcja. Premier zrobił w tej sprawie to, co powinien, Rafał zrobił to, co powinien, wszystko jest rozliczone, a cała reszta to jest po prostu nakręcona przez PiS histeria.

— Problem polega na tym, że partia działa, jakbyśmy mieli rok 2006, a nie 2026. Igor Ostachowicz, pozostając najlepszym ekspertem od politycznego PR w otoczeniu Tuska, po prostu nie rozumie, że teraz liczą się godziny, a nie dni na reakcję — przyznaje jeden z moich rozmówców.

— Skończyły się już dawno czasy, kiedy można było do późnej nocy omawiać reakcję, poczekać przez weekend i dopiero coś tam ogłosić światu — narzeka inny polityk KO. Takie głosy w partii Tuska są jednak w zdecydowanej mniejszości.

Profesor Ewa Marciniak, szefowa CBOS, uważa, że cały problem Koalicji Obywatelskiej polega na tym, że od początku nie zdefiniowała, że jest to kryzys, i nie zareagowała w momencie, kiedy reakcja była najpotrzebniejsza.

— Partia nie przyjęła do wiadomości, jaka jest emocjonalna wyrwa w społecznych nastrojach w związku z tymi wielkimi zarobkami bardzo młodego lekarza, radnego. Te półtora miliona zrobiło piorunujące wrażenie — mówi ekspertka.

I analizuje: — Nastroje społeczne są w miarę stałe i wcale nie najgorsze. Mamy najwyższy wskaźnik zadowolenia od 1992 r. Żyjemy sobie spokojnie, o ile można w takiej sytuacji geopolitycznej jak wojna w Ukrainie czy niepokój na Bliskim Wschodzie, a tu nagle milion sześćset tysięcy złotych zarobione w rok przez 28-letniego lekarza wyrywa nas z poczucia względnego dobrostanu. Początkowo miało to dość ograniczone rozmiary, bo jednak chodzi o miejski szpital i o dzielnicowego radnego, ale błyskawicznie zaczęło się rozlewać na KO, na system ochrony zdrowia, na uczciwość lekarzy. Zaczął to być wielowymiarowy kryzys. W KO nie doceniono skali tego wydarzenia — tłumaczy prof. Marciniak. — Reakcja prezydenta Warszawy była dobra merytorycznie, ale dymisje zarządu szpitala i rady nadzorczej bardzo słabo nagłośniono i nie wzbudziły pozytywnej reakcji.

Kiedy opozycja już szła do walki, KO udawała, że to jakoś uda się wyciszyć. Kiedy PiS zaczęło rozkręcać kontrolę w szpitalu, mówić o referendum w Warszawie i żądać dymisji, politycy KO w mediach społecznościowych bagatelizowali sprawę. Potem zaczęli robić wszystko, żeby nikt ich z tą aferą nie wiązał, i spychać ją na warszawską KO. Reakcje typu „nikt nic nie wie i nikogo nie zna” są jednak tak samo komiczne jak ucieczki w Sejmie przed dziennikarzami.

Prawie trzech tygodni Rafał Trzaskowski potrzebował, żeby przyjąć dymisje dwóch wiceprezydentek, zamiast zrobić to jednocześnie z odwołaniem zarządu szpitala. W dodatku do wyborców docierały bardzo rozbieżne sygnały. Wiceprezydentka Renata Kaznowska mówi jednego dnia, że nie zamierza się podać do dymisji, a drugiego jednak się podaje. Prezydent ją odwołuje i mówi, że poniosła odpowiedzialność polityczną, chociaż właściwie to nie jej wina. To samo dzieje się w rządzie. Premier wali pięścią w stół, żąda reformy systemu ochrony zdrowia, grożąc dymisjami, a na koniec wszyscy zostają na swoich miejscach.

— Tak naprawdę chodziło chyba głównie o to, żeby ministra zdrowia w ogóle zareagowała, bo ona specjalnie się nie wyrywała do komentarzy. W najnowszym badaniu CBOS zapytaliśmy, z czym się ludziom kojarzy ta afera. Największy odsetek respondentów sytuuje ją jako błędy zarządcze w samym szpitalu. Nie jest to zależne od przynależności partyjnej. Mamy społeczny konsensus co do tego, że ten szpital był źle zarządzany. Na drugim miejscu jest chciwość lekarzy, a na trzecim — że to jest kwestia przywilejów. Ale nie tylko w tym szpitalu. Chodzi też o powiązania lokalne, samorządowców, szpitale powiatowe. I, co najważniejsze, to już nie jest historia dotycząca wyborców tej czy innej partii, to jest sprawa po raz kolejny pokazująca, że wyborcy są głównie zirytowani na elity, na establishment. Dlatego może być miejsce na pojawienie się czegoś nowego na scenie politycznej — opowiada o badaniach CBOS prof. Ewa Marciniak.

Początkowo w sondażach nie było „efektu Kacprzyka”. Pierwsze badania opinii publicznej — śledzone bardzo uważnie w kancelarii premiera — nie pokazywały spadku poparcia dla KO po aferze szpitalnej. Nawet w PiS budziło to zdziwienie i pokazywało, że elektoraty największych dwóch partii tak się okopały na swoich pozycjach, że nic ich nie rusza, i w takiej sytuacji bardzo trudno poszerzyć bazę wyborczą. To uśpiło KO, która uznała, że tematu właściwie nie ma. Ale tuż przed weekendem pojawił się sondaż CBOS, w którym notowania partii Tuska spadają o trzy punkty, a PiS — o dwa. Zyskuje wyłącznie Konfederacja.

— Efektu sondażowego na razie nie widać, ale będzie, bo to jest historia, która dotyczy wszystkich — mówi dr Bartosz Rydliński z UKSW. — Premier miał dużo szczęścia, że afera wybuchła tuż przed wakacjami. Jakaś część wyborców jeszcze o niej nie słyszała, ale usłyszy. I nie da się tego przerzucić na innych, bo to rząd koalicji 15 października zarządza ochroną zdrowia. A że PiS jest mało wiarygodne w swoim oburzeniu, bo wszyscy pamiętają kule przywożone prezesowi do domu przez dyrektora szpitala i to, jaką opieką otaczała go ochrona zdrowia, to będą zyskiwać Konfederacja i Konfederacja Brauna, bo one nie rządziły. Tusk nie ma się z czego cieszyć.

Politycy, z którymi rozmawiam, widzą jednak w przeniesieniu odpowiedzialności geniusz Tuska. Premier od początku przerzucał ciężar sprawy ze szczegółu (jakiś jeden lekarz zarabiający półtora miliona w miejskim szpitalu) do ogółu, czyli do patologii w całym systemie ochrony zdrowia, która nie dotyczy jednego radnego jednej partii, ale generalnie wszystkich partii, ich samorządowców, posłów, działaczy.

— PiS bardzo nam w tym pomogło. Gdyby aż tak tego nie nakręciło, nikt nie zwróciłby uwagi na pisowskich dyrektorów w szpitalach powiatowych, na lekarzy, którzy zarabiają po dwa miliony rocznie i tak dalej. Także gdyby nie mocno dwuznaczna rola dr. Jędrzejewskiego i nagłośnienie jego sporu ze szpitalem i Kacprzykiem, byłoby znacznie gorzej — twierdzą politycy KO.

Wyborców i media od dawna intrygują wysokie zarobki lekarzy, ale po aferze szpitalnej punkt ciężkości przeniósł się z ich przepracowania na paru etatach i dyżurach na słynne hasło Ludwika Dorna sprzed 20 lat: „pokaż, lekarzu, co masz w garażu”. Lekarze żądali wtedy od marszałka Sejmu przeprosin, a oburzenie było powszechne, ale milionowe kwoty na kontach medyków zmieniają punkt widzenia wyborców.

— Nigdy nie było tak dogodnego dla rządu momentu do dyskusji o zarobkach lekarzy, które rujnują budżety szpitali. Ale znowu jesteśmy spóźnieni — narzeka polityk KO. — Gdyby Tusk od razu wyszedł i powiedział: „dość, lekarze muszą zarabiać godnie, ale nie może to być więcej niż 100 tysięcy miesięcznie”, oni by zaczęli protestować, że to jest wyzysk i skandal, ale ludzie byliby po naszej stronie. A w efekcie nie dość, że za późno, to mamy kwadraturę koła zamiast jasnej i prostej reformy — jakąś ustawę o kominach płacowych, godzinową stawkę 240 złotych, kontrakty, etaty, spółki. Jak to coś ma się przebić do głów wyborców?

Problem największej partii koalicji rządzącej nie dotyczy jednak tylko sprawy Szpitala Południowego. Także w sprawie Ukrainy partia jest wyłącznie reaktywna. Nastroje antyukraińskie narastają, a partie radykalne, z PiS na czele, tylko je podkręcają. Kiedy pytam jednego z ministrów rządu Tuska, czy mają jakiś plan, jak to zatrzymać, bo sytuacja niebawem może się wymknąć spod kontroli, słyszę: „my naprawdę dużo robimy”. Na prośbę o szczegóły odpowiedź brzmi: „dużo”.

To też jest woda na młyn obydwu Konfederacji, bo dla prawicowych wyborców PiS działało w sprawie Ukrainy dokładnie tak samo jak PO.

— Bardzo szybko staliśmy się zadowoloną z siebie partią, która „wie lepiej”. Nie wiem, co się stało. Może straciliśmy słuch społeczny? Może coś się ostatnio naprawdę zmieniło w wyborcach, a nam to umyka? — zastanawia się kolejny mój rozmówca z KO. — Może za bardzo uwierzyliśmy, że media społecznościowe to tylko bańka i moda? Nie mam pojęcia, ale znowu wpadamy w to, co nas już wcześniej gubiło — w przekonanie, że „Kierownik” wszystko załatwi za nas, że on nam powie, co mamy mówić i myśleć, a reszta jakoś tam się ułoży.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version