Prawda o dyktatorach jest ponadczasowa. Im bardziej chcą być wszechwładni, tym bardziej stają się śmieszni. A śmieszniejsze od nich są tylko wyroby dyktaturopodobne. Najnowsza książka o Donaldzie Trumpie tylko to potwierdza.

„Aleksander Wielki? Wilhelm Zdobywca? Oni nie mieli samolotów” — zauważył Donald Trump, czym udowodnił, że wbrew złośliwcom jakieś tam pojęcie o historii ma. Następnie prezydent USA zabrał się do wyliczania innych postaci o władzy porównywalnej do swojej potęgi: „Napoleon, Hitler, Mao, Stalin”. Choć momentami budzili przerażenie — jak wyjaśnił Trump — ich władza miała jednak tylko lokalny zasięg. On panuje globalnie.

Tak rozmowę z prezydentem USA relacjonują Maggie Haberman i Jonathan Swan, autorzy wydanej niedawno książki „Regime Change: Inside the Imperial Presidency of Donald Trump” („Zmiana władzy: kulisy imperialnej prezydentury Donalda Trumpa”). Autorzy kreślą w niej obraz „najpotężniejszego prezydenta naszych czasów”.

Tej książki nie da się czytać na spokojnie. Mowa o przywódcy mocarstwa nuklearnego, który przed chwilą bez sensu i bezkarnie zaatakował Iran oraz Wenezuelę. Także od niego zależy przyszłość NATO, czyli bezpieczeństwo Polski. I właśnie ten ktoś świetnie czuje się w towarzystwie zbrodniarzy, odpowiedzialnych za śmierć milionów ludzi.

To wszystko prawda. Trump jest nieprzewidywalny. Trumpa trzeba się bać. Ale Trump jest też śmieszny.

Folarin Balogun to najlepszy napastnik reprezentacji USA. W wygranym meczu 1/16 finału z Bośnią i Hercegowiną strzelił swojego trzeciego gola na mistrzostwach świata, ale później dostał czerwoną kartkę za nadepnięcie na kostkę rywala. Według przepisów automatycznie powinien zostać zdyskwalifikowany i pauzować w kolejnym meczu. Po lobbingu ze strony Białego Domu FIFA — przy powszechnym oburzeniu — bezprecedensowo zawiesiła jednak wykonanie kary na rok, dzięki czemu Balogun mógł wystąpić w 1/8 finału z Belgią.

Sami zdecydujcie, czy bardziej w tej sytuacji skompromitowała się światowa federacja piłkarska, podkopując reguły, które sama stworzyła, czy jednak Trump. Kpimy z prezesów wielkich korporacji zajmujących się błahostkami pokroju zakupu papieru do ksero. Tu mamy samozwańczego szefa wszystkich szefów, który, jak sam przyznał, nie wiedział nawet, jakie konsekwencje niesie za sobą czerwona kartka, lecz kiedy się już dowiedział, uznał za stosowne, by interweniować.

Lista idoli Trumpa jest cokolwiek przewidywalna, przecież ze współczesnych najbardziej imponują mu Władimir Putin i Kim Dzong Un. Prezydent USA nie wzdycha do żadnego demokraty, bo demokracja to reguły, samoograniczenia i zasadniczo zawracanie głowy, a jemu marzy się władza absolutna.

Dyktatorzy, niezależnie od okrucieństw, które popełniali, często osuwali się w stronę śmieszności. Jak Stalin akceptujący te wszystkie przydomki typu Słońce Narodów i budujący kult jednostki. Albo Mao zwalczający cztery plagi i jednocześnie przegrywający mało skomplikowaną potyczkę o stan własnego uzębienia — doprowadził je do próchnicy, paradontozy i koloru czarnozielonego. Albo Idi Amin, smalący cholewki do Elżbiety II, listownie oferujący brytyjskiej monarchini nawet małżeństwo (miałaby być drugą żoną ugandyjskiego satrapy).

Wszyscy byli jednak dyktatorami pełną gębą. A Trump? Ta pogoń za pokojowym Noblem, czołobitność przed Putinem, niezgrabność przy przejmowaniu Grenlandii. Co to za dyktator, co to najpierw mówi, że poszerzy terytorium państwa, którym włada, a potem zatrzymuje się w pół drogi? Tylko żartował? Opinii publicznej się przestraszył? Hitler i Stalin, z którymi się porównuje, nie oglądali się na nikogo i podbijali kraje i narody.

Innymi słowy: gdyby Ryszard Kapuściński dziś pisał „Cesarza”, nie wybrałby się do Białego Domu. Owszem, panują tam dworskie zwyczaje, a gospodarz jest chodzącą anegdotą (Haberman i Swan opisują, jak rzeczniczka prasowa przyłapała go z klejem w ręku, poprawiającego dekorację w Gabinecie Owalnym), ale gdzie mu tam do prawdziwego dyktatora.

Trump zrobił wiele złego i wiele jeszcze złego zrobi. Ale nic nie wskazuje na to, by zajął takie miejsce w historii, jakie by chciał. I nie zmienią tego ani bombastyczna sala balowa za 250 mln dol. dobudowywana do Białego Domu, ani nazywanie kolejnych obiektów swoim nazwiskiem. „Najgorszy prezydent USA w historii” (są takie rankingi, tworzone przez cenionych historyków) — tylko to osiągnięcie leży w zasięgu jego możliwości.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version