„I couldn’t help but wonder” – zaczynała swoje felietony Carrie Bradshaw, bohaterka serialu „Seks w wielkim mieście”. To bardzo dobry początek, bo nie mogę przestać się zastanawiać nad tym, jak bardzo mocno w naszym społeczeństwie, i to w jego, zdawać by się mogło, progresywnych odpryskach, zakorzenione jest chłopackie przekonanie o tym, że dziewczyny się nie znają na niczym, co poważne, istotne w czasach zagrożenia: nie znają się na wojnach, są naiwne i pozbawione racjonalności.
Kulisy pałacu
Foto: Newsweek
Nie tak znowu dawno temu pewien gentleman, spojrzawszy mi w oczy, powiedział: „Świat jest zły, a pani jest taka młoda”. Ani ja nie jestem młoda, ani świat nie jest gorszy niż kiedyś. Chociaż to oczywiście zależy, czy przyjmiemy za Rousseau, że dzieje powszechne są regresem, czy zgodzimy się z Heglem, że wręcz odwrotnie. Ale to wymaga rozmowy, a nie argumentowania z pozycji wyższościowej, ugruntowanej przez to, że się jako dziecko więcej biegało z patykiem i głośniej krzyczało „tratatatatata!”, imitując w ten nieudolny sposób odgłosy wystrzałów.
„Co ty mówisz? Czas na Realpolitik, Kasia” – tłumaczył mi kolega, bogato inkrustując swoje wypowiedzi słowem „bezpieczeństwo”. Nie czas żałować róż i nie trzeba się teraz zastanawiać nad czymś tak dziewczyńsko ckliwym jak jakieś prawa człowieka. Przyszedł czas twardości, era komandosów, braterstwa i zaciskania zębów w kwadratowych szczękach. Nie mam nic przeciwko temu, ale dlaczego nagle skończyła się możliwość prowadzenia dialogu? Wspomniany wyżej Rousseau w „Umowie społecznej” pisał, że konflikty między ludźmi wcale nie zaczęły się w momencie, kiedy ktoś wpadł na pomysł, żeby wbić w ziemię cztery patyki, wskazał na wyznaczony w ten sposób obszar i powiedział „to moje”, ale wtedy, kiedy pozostali, zamiast odpowiedzieć śmiechem albo sprzeciwem, zaczęli nerwowo szukać własnych patyków i walczyć o własne terytoria.
W pierwotnym stanie natury nie było się o co bić, bo nie istniała własność prywatna, głosił Jan Jakub. Jej wynalezienie stało się początkiem zła i rządów opartych na prawie silniejszego, działających tak długo, aż zostanie zawarta umowa społeczna i każdy z każdym umówi się na to, jakie mają w naszej społeczności obowiązywać zasady. Dlaczego nie możemy chwilę się nad tym zastanowić, zanim po raz nie wiadomo który powtórzymy paradoksalną sentencję o tym, że kto chce pokoju, powinien szykować się do wojny?
Problem polega na tym, że jakikolwiek namysł jest aktualnie źle widziany. Kiedy w porannej audycji radiowej poruszyliśmy temat ustawy uprawniającej rząd do czasowego zawieszenia prawa do azylu w określonych częściach naszego kraju, natychmiast dostałam od słuchacza e-mail, w którym nie odnosił się do tego, co mówili moi koledzy – chociaż zasadniczo byliśmy ze sobą zgodni – ale do mojej dziewczęcej (rany, ja mam prawie 50 lat!) naiwności oraz skłonności do „filozowania”. Nie wiem, co jest nie tak z zadaniem kilku zasadniczych pytań, wykraczających poza horyzont doraźnej politycznej rozgrywki. Nie kwestionuję przecież ani powagi sytuacji, ani konieczności podejmowania natychmiastowych działań, ale pytanie o nieco dalszy horyzont nie jest, z całą pewnością nie jest, objawem lekkoduchostwa, nieodpowiedzialności czy posiadania klapek na oczach. Wręcz odwrotnie.
Realna polityka opiera się przecież na jak najpełniejszej diagnozie sytuacji. Jeśli priorytetem ma być nasze (polskie, unijne) bezpieczeństwo, to bardzo bym chciała, żeby nie stanowiło ono wyłącznie populistycznego hasła. Czy decyzja o zawieszeniu prawa do azylu wzdłuż granicy polsko-białoruskiej na 60 dni, zgodnie z którą wniosków nie będą mogły składać osoby, które nielegalnie przedostały się na terytorium naszego kraju, będzie się wiązać z otwarciem zamkniętych i być może również utworzeniem nowych przejść, na których uchodźcy będą mogli aplikować o ochronę międzynarodową?
Czy w związku z tą decyzją zostaną zbudowane dodatkowe ośrodki dla uchodźców, gdzie będą mogli czekać w godnych warunkach na rozpatrzenie swoich spraw? Wiem, że kryzys został wywołany przez Putina i Łukaszenkę, że jest elementem wojny hybrydowej toczącej się na wschodniej flance NATO i UE, ale migracja powinna być legalna, bo dopóki nie będziemy wiedzieć, kto chce dostać się do Polski, w lesie będzie panowało wyłącznie prawo silniejszego. Stan wyjątkowy i zawieszenie obowiązywania praw człowieka to rozwiązania krótkowzroczne. Nie mogę przestać się zastanawiać, co będzie, jeśli z naszej umowy społecznej usuniemy te wszystkie dziewczyńskie, humanitarne postulaty.