Staliśmy razem na granicy, wsadzaliśmy do samochodów obce osoby, dawaliśmy im schronienie i jedzenie. A dziś ukraińskie dzieci są tłuczone, wyzywane w szkołach i w tramwajach. Nie mogą się do matki po ukraińsku odezwać. Ja nie wiem, co się z nami stało. Nie mogę zrozumieć, jak do tego doszło — mówi w Rachunku sumienia Natalia Panczenko, ukraińska aktywistka.
Urodziła się w Ukrainie, ale mieszka w Polsce od ponad 17 lat. Natalia Panczenko zauważa zmianę nastrojów w polskim społeczeństwie, ale nie zmienia to jej stosunku do kraju, który stał się dla niej domem.
Panczenko zwraca uwagę, że po obu stronach jest dziś wiele emocji i łatwo ulec mocy stereotypów. — Dochodzi do uproszczeń. Skoro „Polacy pobili jakiegoś Ukraińca, to wszyscy Polacy są źle”. Tymczasem zła jest ta konkretna osoba, która dopuściła się przemocy na tle narodowościowym. I ta konkretna osoba powinna ponieść konsekwencje. Nie możemy piętnować całego społeczeństwa.
Sekielski pyta Panczenko o ataki Polaków na ukraińskie dzieci. — Widząc te ataki, mam wrażenie, że jakaś granica została przekroczona. Obawiam się, co będzie dalej. Nie ma pani takich obaw? — pyta prowadzący.
— Ja się też obawiam — przyznaje Panczenko. — Jesteśmy już w miejscu, gdzie niemal codziennie widzimy przemoc na ulicy. Historia uczy, że przemoc nigdy nie bierze się sama z siebie. To się zaczęło od słów, odczłowieczania pewnej grupy społecznej, od obarczania jej wszystkimi możliwymi winami. Dopiero później dochodzi do jawnej przemocy.
Za tę sytuację częściowo obwinia polityków oraz kampanie dezinformacyjne. Sama wielokrotnie spotkała się z przypisywaniem jej słów, których nigdy nie powiedziała. Uważa, że coraz większym problemem jest brak umiejętności weryfikowania informacji i sprawdzania źródeł.
„Zełeński nie jest dla nas mężem stanu”
Jej obawy wzmacniają także wyniki badań społecznych — wg CBOS w lipcu raz pierwszy od 2014 r. ponad połowa Polaków uważa, że Polska nie powinna przyjmować jakichkolwiek uchodźców z Ukrainy. — Niepokoi mnie to jako Polaka — komentuje Sekielski. — Nie chcę, żeby mój kraj był ksenofobiczny, żeby tutaj panował nacjonalizm i to taki chory nacjonalizm. Za chwilę ktoś może zostać poważnie pobity, nie daj Boże zabity.
Coraz więcej osób jest przeciwnych przyjmowaniu uchodźców z Ukrainy. W rozmowie pojawia się lęk przed wzrostem ksenofobii i nacjonalizmu oraz przekonanie, że społeczne przyzwolenie na agresję może prowadzić do kolejnych tragedii.
Panczenko mówi, że jest przyzwyczajona do Polski otwartej, w której ludzie nawiązują relacje niezależnie od narodowości. Ma nadzieję, że taki charakter kraju się nie zmieni.
Odnosząc się do decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia bohaterów UPA, Ukrainka podkreśla, że problem napięć polsko-ukraińskich nie zaczął się od tego wydarzenia, tylko stało się to o wiele wcześniej. Jednocześnie ocenia tę decyzję bardzo krytycznie. — Jeśli chodzi o poziom ukraińskiej dyplomacji, to lepiej to przemilczeć. Nie wiem, kto z kim to konsultował, ale to najsłabsze, co można by było w tej sytuacji zrobić. Nie wiem, jak można było nie wiedzieć, że to urazi polskie społeczeństwo — mówi Panczenko i dodaje. — Trzeba głośno powiedzieć, że rzeź wołyńska była straszną zbrodnią, trzeba ją potępić. Żadnej innej drogi tutaj nie widzę ani dla ukraińskich polityków, ani dla państwa ukraińskiego.
Jednocześnie Ukrainka podkreśla, że żadne spory polityczne, historyczne czy decyzje władz nie mogą usprawiedliwiać przemocy wobec ludzi ze względu na ich pochodzenie. — Takie rzeczy nie mogą usprawiedliwiać pobicia kogoś tylko ze względu na pochodzenie czy wyzywanie dzieci w tramwaju — mówi Panczenko.
Przyznaje, że każda rozmowa na ten temat jest dla niej bardzo bolesna. — Mnie boli wszystko, fizycznie, kiedy mam o tym znów rozmawiać — mówi. Nie ma wątpliwości, że odpowiedzialność za przemoc ponoszą przede wszystkim jej sprawcy. Uważa jednak, że nie można pomijać roli konkretnych polityków, którzy poprzez swoje wypowiedzi i działania wpływają na nastroje społeczne. — Wymawiający i wykrzykujący pewne rzeczy z mównicy sejmowej, wypisujący różnego rodzaju posty w mediach społecznościowych, nie myślący o tym, co jutro się będzie działo w Polsce, o konsekwencjach społecznych. Oni myślą tylko i wyłącznie o słupkach, poparciu, wynikach wyborów.
Ludzie w Ukrainie pytają, co mogą zrobić
Podczas ostatniej wizyty w Ukrainie rozmawiała z ludźmi, którzy pytali ją, dlaczego w Polsce zmienił się stosunek do Ukraińców. — Powiedziałam im, że ich zachowanie tam w Ukrainie, pod bombami, w żaden sposób niestety nie pomoże temu, co się dzieje u nas w Polsce. Co do ukraińskich polityków, nie pamiętam, żeby tam był kiedykolwiek zachwyt. Wszyscy prezydenci są krytykowani, Zełeński też. Ludziom za granicą się wydaje, że on jest dla nas mężem stanu i że wszyscy Ukraińcy są pełni zachwytu. No nie.
W jej ocenie problem przemocy wobec Ukraińców dotyczy obecnie przede wszystkim Polski. Podkreśla, że w Ukrainie nie spotkała się z agresją z powodu polskiego akcentu czy używania języka polskiego. — Mnie w Ukrainie nikt nie pobił za to, że mówiłam z akcentem polskim, czy rozmawiałam z przyjaciółmi po polsku przez telefon.
Przywołuje także historie kobiet, które wróciły z Polski do ogarniętej wojną Ukrainy z przyczyn finansowych. — Matka z trójką małych dzieci na rękach nie mogła znaleźć przez ponad rok pracy w Polsce i też nie miała jak za bardzo pracować. Mąż z frontu miał jej wysyłać wynagrodzenie, żeby ona się utrzymała w Polsce, ale w Ukrainie to jest tańsze. I ona mówi, że oni policzyli, że ich po prostu nie stać i musieli wrócić. Co miała zrobić? Pod most pójść z tymi dziećmi? Nikomu nie życzę, żeby ktokolwiek musiał takie decyzje w swoim życiu podejmować — opowiada Panczenko,
Panczenko mówi również o dzieciach żyjących w warunkach wojennych blisko linii frontu. — Byłam w klasie, gdzie prawie wszystkie dzieciaki są w okularach. Przez poprzedni rok ponad 90 proc. procent czasu szkolnego spędziły w piwnicy. Bez światła, pod jedną zwisająca żarówką. Po roku wszystkie musiały założyć okulary. Kiedy wracają z takiej szkoły do domu, tam też nie ma prądu. Ani wody, ani ogrzewania.
Jej rodzice mieszkają blisko frontu. Widziała wiele cierpienia i zniszczeń. — Napatrzyłam się na tyle rzeczy… Moi rodzice mówią: „my już życie widzieliśmy, my będziemy umierać w domu”. Później przyjeżdżam do Polski i widzę, że te dzieci uchodźcze są tłuczone w szkołach, w tramwajach, wyzywane, nie mogą się do matki po ukraińsku odezwać. Ja nie wiem, co się z nami stało. Ja nie mogę zrozumieć, jak do tego w ogóle doszło. Cały czas mam w głowie obrazek 2022 r., gdy razem z Polakami stoimy na granicy. Każdy wsadza do swojego samochodu osobę, której nigdy wcześniej na oczy nie widział. Przywozi do domu, pomaga, daje jedzenie, ubranie. Mam przed oczami Polki i Polaków, którzy codziennie jeżdżą na linię frontu z pomocą dla Ukrainy. W tym samym czasie, w tym samym kraju, dzieje się coś, o czym dzisiaj rozmawiamy. Nie wiem, jak to zatrzymać. Strasznie mnie to boli.
Fundacja Stand With Ukraine, którą prowadzi Natalia Panczenko, realizuje wiele projektów pomocowych. Jednym z nich jest budowa schronów w ukraińskich szkołach. Koszt schronu dla około stu uczniów wynosi od 50 do 60 tys. zł. Akcję można wesprzeć TUTAJ >>
Czym jest „Rachunek sumienia”?
Kościół. Dla jednych skompromitowana instytucja cynicznie wykorzystująca religię jako narzędzie do zarabiania pieniędzy. Dla drugich opoka oraz źródło wszelkiego dobra i miłości. „Rachunek sumienia” to nie jest podcast tylko o Kościele. To podcast o ludziach, na których kariery, a czasem i na całe życie, wpływ miała (lub nadal ma) instytucja, jaką jest Kościół katolicki. Jeśli nie macie w sobie uczuć religijnych, koniecznie posłuchajcie. Jeśli je w sobie macie — posłuchajcie tym bardziej.

