Rzeczywistość wręcz upomina się, by ogłosić koniec Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem dzieje się coś bardziej spektakularnego, dla prezesa nawet bardziej bolesnego.
„Nie ma rzeczy, której Kaczyński by nie zrobił dla ratowania fotela prezesa. Przy czym nie chodzi o tropienie cynizmu, w polityce jest zbyt powszechny, aby skupiać na nim uwagę. Osobliwością Kaczyńskiego był cel, któremu cynizm służył. Politycy gotowi są oddać wiele, czasem wszystko, aby zdobyć i utrzymać władzę nad państwem. On poświęcał wszystko, aby utrzymać partię”.
„Jarosław Kaczyński nie uprawia polityki, ale metapolitykę. Nie uprawia jej po to, aby zdobyć władzę, choć władza jest mu w jakiś sposób potrzebna. Nie zdobywa władzy, aby rządzić, chociaż możliwość rządzenia sprzyja jego celom… On chce zmieniać Polskę”.
Te dwa cytaty — odpowiednio: Roberta Krasowskiego i Jacka Żakowskiego — wyznaczają ramy dyskusji o politycznych determinacjach Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli prawdziwa jest teza Krasowskiego, prezes dla pozostania prezesem poświęcił przed chwilą mglistą, bo mglistą, ale jednak perspektywę przejęcia władzy. Przed wyrzuceniem Mateusza Morawieckiego szanse na lepszy wynik wyborczy były jednak większe.
Ciekawsza jest druga perspektywa. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Kaczyński zdobędzie taką władzę, jaką by chciał? Wszystko wskazuje na to, że nie napisze już nowej konstytucji, nie przemodeluje ustroju państwa, nie zreformuje systemu sprawiedliwości. Ergo: Polska nigdy nie będzie Polską z marzeń Kaczyńskiego. Może stanie się bardziej otwarta, europejska, progresywna, może bardziej zamknięta, ksenofobiczna, zaściankowa, lecz na pewno nie będzie taka, jaką ją chciał widzieć prezes PiS. To tragiczny fragment tej opowieści: Kaczyński konserwatywną rewolucją chciał pokonać liberalne elity III RP, a okazało się, że ludzie nie chcą żadnej konserwatywnej rewolucji. Chcą czegoś zdecydowanie mocniejszego. I dziś obie Konfederacje zbierają w sumie większe poparcie niż PiS.
Prezes w różnych momentach mówił różne rzeczy i chciał czegoś innego — powiecie i faktycznie ta postać jest tak pojemna, że zmieści się w niej i bezrefleksyjne poparcie dla reform Leszka Balcerowicza, i kierowanie liberalnym rządem z Zytą Gilowską na pokładzie, i wprowadzenie 500+ po 2015 r. Niektóre postulaty dawno się też przedawniły (chyba można już ogłosić, że dekomunizacja w Polsce się nie odbędzie), ale jednak były jakieś stałe, powtarzane zarówno w czasach Porozumienia Centrum, jak i PiS.
Kaczyński nie stworzył jednak silnych instytucji (rozmaite Rady Mediów Narodowych okazały się ustrojową efemerydą), niewiele też wyszło z centralizacji państwa (samorządy bardzo sprawnie się obroniły), a postulat walki z korupcją z czasów pierwszych rządów PiS w czasie drugich totalnie się zdegenerował, bo za największą korupcję odpowiadali ci, którzy zapowiadali, że będą z nią walczyć. Nie stała się Polska miejscem wielkich projektów, nic nie wyszło z ponownej chrystianizacji naszego kraju, stawianie znaku równości między zagrożeniem z Moskwy i Berlina też można włożyć tam, gdzie na to zasługuje.
Kaczyński pozostanie jednak demiurgiem polskiej prawicy, patronem czterech wygranych kampanii prezydenckich. Zdarzało mu się bardzo trafnie odczytywać nastroje społeczne, jako pierwszy odkrył, że w zmęczonym transformacją społeczeństwie rodzi się gniew wobec elit. I nic sobie nie robił z tego, że trudno jego — inteligenta z Żoliborza — uznać za przedstawiciela klasy ludowej. Był wiarygodny, przekonał elektorat, że został odrzucony przez III RP. To wystarczyło. Opowieść o „układzie” brzmiała przecież mniej więcej tak: „oni” mieli wszystko — władzę, media i pieniądze, a „my” nie mieliśmy nic. Okazało się, że to „my” jest wyjątkowo pojemne, mnóstwo ludzi podziela emocje prezesa.
Nie namówicie mnie na odpowiedź, o co tak naprawdę Kaczyńskiemu chodziło. Obie tezy — partia, państwo — wydają mi się równie atrakcyjne, obie potrafiłbym uzasadnić.
Ważniejsze wydaje mi się jednak to, że zatęsknimy za czasami, gdy Polska antyeuropejska, populistyczna, łamiąca prawa człowieka miała twarz prezesa. Nie dlatego, że Kaczyński łamał te prawa człowieka w wyjątkowo wysublimowany sposób, a populizm uprawiał z wyjątkową wirtuozerią, ale dlatego, że wszyscy, którzy chcą zająć jego miejsce, są jeszcze brutalniejsi i bardziej pozbawieni skrupułów.

