Rosjanie od dawna ponoszą na froncie bardzo duże straty. Jednak w ostatnich dniach rosną one lawinowo. Te nadmiarowe straty nie są efektem jednego czynnika, lecz nakładających się błędów na poziomie taktycznym, operacyjnym i strukturalnym. Przy tym dowództwo zupełnie nie wyciąga z tych błędów wniosków.
W ciągu ostatnich ok. 36 godzin rosyjskie oddziały atakujące Zaporoże poniosły bardzo ciężkie straty. Zginęło blisko 450 żołnierzy, a ponad 350 odniosło rany. Dowódca Sił Bezzałogowych Ukrainy, Robert „Madiar” Browdi, ocenił, że jest to najwyższy dotąd poziom strat odnotowany po stronie rosyjskiej w tak krótkim okresie. Rosjanie tracą ok. 1,1 tys. ludzi dziennie — zarówno zabitych, jak i zaginionych oraz rannych.
Według Center for Strategic and International Studies, rosyjskie straty — obejmujące zabitych, rannych oraz zaginionych — przekroczyły 1,3 mln ludzi. Liczbę poległych żołnierzy szacuje się na około 300-325 tys. Dla porównania, w trakcie dziesięcioletniej wojny prowadzonej przez Związek Radziecki w Afganistanie, prowadzonej w latach 1979-1989, straty śmiertelne Armii Radzieckiej wyniosły ok. 15 tys. żołnierzy, a łączna liczba rannych i zabitych nie przekroczyła 65-70 tys. Tak duże straty wynikają z kumulacji błędów.
U Rosjan szwankuje dowodzenie. To efekt braku doświadczenia oficerów
Błędy dowódców sprawiły, że Rosjanom nie udało się odnieść sukcesu w starciach wymagających sprawnego operowania oddziałami podczas walki manewrowej, jaką preferują na Zaporożu Ukraińcy. Przyczyną jest brak odpowiednich kadr. Ze względu na duże straty osobowe w poprzednich latach, w piątym roku wojny dowodzą starsi rezerwiści wychowani jeszcze w sowieckim systemie szkolenia albo bardzo młodzi, niedoświadczeni absolwenci szkół oficerskich.
Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w stosowanej taktyce. Na froncie dominuje prosty schemat działania polegający na przygotowaniu artyleryjskim, a następnie frontalnym ataku na wąskim odcinku niewielkimi siłami, sporadycznie wspieranymi przez sprzęt zmechanizowany. Gdy pierwsza fala zostaje zatrzymana, do walki kierowane są kolejne, powtarzając ten sam wzorzec działania. Na Zaporożu się to skumulowało.
Ponadto skrócone cykle szkoleniowe, braki kadry instruktorskiej i chaos organizacyjny powodują, że oddziały mają ograniczoną zdolność do działania w warunkach nowoczesnego pola walki. W efekcie popełniają błędy na poziomie podstawowym. Wciąż stosują złe maskowanie. Brak jest koordynacji działań. Żołnierze nie potrafią reagować na ogień artylerii czy ataki dronów. Czyli nie nie zostali nauczeni podstaw wojskowego rzemiosła.
Przewaga ukraińskiego rozpoznania na froncie
Jednym z najważniejszych czynników podnoszących rosyjskie straty jest przewaga Ukrainy w rozpoznaniu taktycznym i szybkości przekazywania danych o celu. Ukraiński system działa w bardzo skróconym cyklu. Od wykrycia celu, przez jego identyfikację i przekazanie współrzędnych do uderzenia mijają maksymalnie dwie minuty, a nie pięć-siedem, jak bywało na początku wojny.
Podstawą tej przewagi jest masowe wykorzystanie bezzałogowców na wszystkich szczeblach. Na poziomie drużyny czy plutonu funkcjonują lekkie drony rozpoznawcze, które prowadzą stałą obserwację przedpola. Na wyższych szczeblach działają bardziej zaawansowane systemy o większym zasięgu i czasie lotu, pozwalające kontrolować całe odcinki frontu. W efekcie rosyjskie oddziały rzadko mają możliwość podejścia w sposób niezauważony. Nawet niewielkie grupy piechoty są wykrywane w trakcie przemieszczania się, jeszcze zanim osiągną linię wyjściową do ataku.
Kluczową rolę odgrywa też integracja rozpoznania z artylerią. Ukraińskie jednostki bardzo sprawnie wykorzystują dane z dronów do korygowania ognia w czasie rzeczywistym. Oznacza to, że pierwsze salwy są znacznie celniejsze niż w klasycznym modelu artyleryjskim, a kolejne szybko dopasowywane do ruchu przeciwnika. W praktyce rosyjskie pododdziały trafiają pod ogień jeszcze w trakcie rozwijania się do natarcia, co dezorganizuje szyki i powoduje straty, zanim dojdzie do kontaktu ogniowego na krótkim dystansie. Takich przypadków na Zaporożu, podczas walk pod Hulajpolem i na linii rzeki Janczur, było już kilka.
Ewakuacja rannych z pola walki. Bywa, że Rosjanie ich porzucają
Ukraińcy w zasadzie panują nad polem walki, co powoduje, że Rosjanie na Zaporożu mają duże problemy z ewakuacją rannych, która i tak u nich działa bardzo słabo. Rosyjski „Przegląd Wojenno-Medyczny” od lat dość otwarcie publikuje wyniki badań prowadzonych przez wojskowe ośrodki medyczne. Wojna na Ukrainie dostarczyła w tym zakresie obszernego materiału do analiz. Dzięki temu możliwe było m.in. zbadanie skali strat niebojowych, wynikających z odmrożeń i chorób, ocena zimowego wyposażenia żołnierzy, a przede wszystkim wskazanie poważnych problemów z ewakuacją rannych.
We wszystkich badaniach powtarzają się te same wnioski. Wynika z nich, że znaczna część rosyjskich żołnierzy mogłaby przeżyć, gdyby system ewakuacji medycznej działał sprawnie. Tymczasem funkcjonuje on gorzej niż logistyka i opiera się głównie na improwizacji. Od początku wojny w mediach społecznościowych pojawiają się materiały pokazujące rannych transportowanych w prymitywny sposób — na wózkach, w zdezelowanych cywilnych pojazdach, takich jak Łady czy Buchanki, albo po prostu na prowizorycznych noszach.
Problemem jest brak odpowiednich opancerzonych wozów ewakuacji medycznej. Mimo że propaganda podkreśla istnienie nowoczesnych konstrukcji, takich jak Linza na podwoziu KAMAZ-53949 Tajfun czy bezzałogowy pojazd lądowy BRG-1, ich realna obecność na froncie jest znikoma. Linzy wyprodukowano jedynie w niewielkiej liczbie i praktycznie zniknęły z pola walki już pod koniec 2022 r., natomiast BRG-1 pozostaje w praktyce projektem propagandowym.
W literaturze dotyczącej medycyny pola walki od dawna podkreśla się znaczenie tzw. złotej godziny, czyli dostarczenia rannego do szpitala polowego w ciągu 60 minut od odniesienia obrażeń, co znacząco zwiększa szanse przeżycia. Tymczasem według rosyjskich danych średni czas transportu rannego do szpitala wynosi około 14,5 godz., co w oczywisty sposób przekłada się na wysoką śmiertelność.
Na Zaporożu Ukraińcy panują nad zdecydowaną większością szlaków komunikacyjnych, co powoduje, że ten czas uległ jeszcze większemu wydłużeniu. Bywa też, że ranni są po prostu porzucani na polu walki, ponieważ Rosjanie nie mają możliwości ich ewakuacji.