Impact ’26 dzieje się na scenie, wielu scenach, to jasne. Ale dzieje się także w kuluarach i podczas kameralnych rozmów. Zapraszam na autorski przegląd najbardziej inspirujących myśli, jakie usłyszałem podczas tegorocznego wydarzenia.

Unia Europejska to biurokratyczny moloch, w którym podjęcie każdej decyzji wymaga pogodzenia mnóstwa sprzecznych interesów — znacie, prawda? Plus minus tak wygląda narracja tych, którzy chcieliby nam Unię obrzydzić. Perspektywa jednego z obecnych na Impact ’26 polityków jest zupełnie inna. Brukselska nadregulacja jest, rzecz jasna, wyolbrzymiana. Ale ważniejsze jest jednak coś innego: dzięki temu, że decyzje w UE zapadają tak, jak zapadają, że wymagają zgody państw członkowskich, Unia jest dziś zdecydowanie bardziej przewidywalna niż USA czy Rosja. UE nie jest żadnym mniejszym złem, tylko silnym organizmem. — A każdy, komu nie podoba się nadmiar przepisów unijnych, powinien zrozumieć, że alternatywą jest to, że każdy kraj ustanowi własne przepisy. I wtedy partnerzy zza oceanu będą się zmagać z 27 różnymi regulacjami — mówił polityk. Naded wszystko: Zjednoczona Europa jest też ostatnią nadzieją obywateli i obywatelek na powstrzymanie big techów. Ani Chiny, ani USA nie mają w tym wielkiego interesu. A UE — wręcz przeciwnie.

Tak nie było ani za Georga W. Busha, ani Baracka Obamy ani Donalda Trumpa pierwszej kadencji: przedstawiciele amerykańskiej administracji działają dziś pod ogromną presją, wiedząc, że każdy ich ruch jest bacznie śledzony przez przybocznych prezydenta. Czteroletnia przerwa pozwoliła im się przegrupować, stworzyć sprawniej działającą maszynę, która ma bez skrupułów realizować cele. Nie chodzi o Pete’a Hegsetha czy drugą w gabinecie ikonę niekompetencji Kasha Petela, ale o system i kontrolę służącą tylko jednej sprawie: zadowoleniu jaśnie panującemu przywódcy.

„Przeciwników demokracji liberalnej wyróżnia przede wszystkim to, że są szalenie niekompetentni”. Ta myśl jest sprawdzona po obu stronach oceanu, w krajach większych i mniejszych. Popatrzcie na administrację Donalda Trumpa, popatrzcie, jak skończyło się przejęcie władzy przez skrajną prawicę w Holandii. Populistyczne pomysły sprawdzają się w trakcie kampanii, ale codzienność zarządzania państwem wymaga jednak zupełnie innych kompetencji. I w ten sposób moment triumfu populistów jest jednocześnie początkiem ich końca.

Czy demokrację należy dostosować do zmian demograficznych? — prędzej czy później będziemy musieli odpowiedzieć sobie na to pytanie. Społeczeństwa się starzeją, przez kilka najbliższych dekad o wyniku wyborów będą decydowali millenialsi, bo jest ich zdecydowanie więcej niż zetek i młodszych. A to wywoła frustrację, z której nie wiadomo co się wyłoni. Można sobie wyobrażać systemowe modyfikacje w procesie wyborczym — tak, by głos matki dwójki dzieci ważył więcej niż głos seniora, ale jest to jednak podkopanie jednego z fundamentów demokracji liberalnej. Koniec końców najlepszym wyjściem pozostaje zasada „jeden człowiek, jeden głos”. Ale problem demograficzny pozostaje.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo sztuczna inteligencja wpłynie na naszą codzienność. I to w każdym aspekcie naszego życia — rzucił gość z Silicon Valley. Nie było w tych zdaniach dumy, czy ciekawości, raczej ostrzeżenie. Kiedy rozmówcy zaczęli rozbierać te słowa na czynniki pierwsze, okazało się, że nie jesteśmy gotowi na żaden scenariusz. Nawet na taki, w którym AI zajmie się produkcją, a ludzie — konsumpcją, bo przecież praca jest nam potrzebna nie tylko w wymiarze finansowym. Regulacja AI to plan minimum. A my nawet tego planu minimum nie mamy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version