Spotkanie klubu Prawa i Sprawiedliwości w Sękocinie sami politycy partii nazywają już „ostatnią wieczerzą”. Rozłamu na razie nie ma, ale narastający konflikt między Jarosławem Kaczyńskim a wiceprezesem Mateuszem Morawieckim coraz wyraźniej wychodzi poza zakulisowe rozmowy i staje się publiczny.
Spór między Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim przestaje być domeną zakulisowych rozmów. Dotąd obserwowały go jedynie wąskie gremia partyjne. W Sękocinie konflikt wybrzmiał już publicznie — na oczach blisko 200 posłów PiS.
To starcie widać było wyraźnie w kilku momentach. Dzień przed posiedzeniem klubu PiS — co Mateusz Morawiecki podkreślał publicznie — zostało zarejestrowane jego stowarzyszenie.
Na zamkniętym spotkaniu klubu w Sękocinie Jarosław Kaczyński mówił, że stowarzyszenia w partii, a zwłaszcza inicjatywa Morawieckiego, powinny zostać „zamrożone”. Były premier odpowiedział zarówno podczas obrad klubu, jak i dzień później na konferencji w Sejmie: stowarzyszenie będzie działać, a o rezygnacji z Rozwoju Plus nie ma mowy.
Jarosława Kaczyńskiego tuż przed posiedzeniem klubu PiS coś rozsierdziło. Mateusz Morawiecki od tygodni jeździ po Polsce, organizując dziesiątki spotkań w kolejnych województwach. Oficjalnie są to konsultacje programu „Polska Jednej Prędkości”.
Problem w tym, że na plakatach promujących te wydarzenia nie ma nawet logo Prawa i Sprawiedliwości. Sam program powstał obok partii — choć widnieje na nim jej znak firmowy. W czasie objazdu kraju były premier opiera się przede wszystkim na lokalnych samorządowcach. To zresztą nieprzypadkowe: „Polska Jednej Prędkości” jest projektem skoncentrowanym na finansowaniu gmin.
Na Nowogrodzkiej ten objazd „Polski samorządowej” i współpraca z lokalnymi włodarzami — często wywodzącymi się z obozu prawicy i cieszącymi się dużą popularnością — budzą poważny sprzeciw. Jarosław Kaczyński widzi w tym coś, czemu mówi zdecydowane „nie”: budowanie regionalnych struktur zaplecza Mateusza Morawieckiego.Już kilka tygodni temu prezes PiS miał jasno żądać od byłego premiera, by stowarzyszenie Rozwój Plus nie tworzyło struktur w terenie. Dla Kaczyńskiego sytuacja, w której Morawiecki przy okazji programowych spotkań kaptuje samorządowców, jest nie do zaakceptowania.
Inny punkt zapalny wydawał się z pozoru błahy — chodziło o obronę jednego z posłów. Podczas „ostatniej wieczerzy” w Sękocinie pod Warszawą Jarosław Kaczyński ostro skrytykował Grzegorza Lorka za to, że po ucieczce Zbigniewa Ziobry do USA publicznie się od niego odciął. Dla prezesa PiS uderzenie w Ziobrę było uderzeniem w całą partię. Kaczyński domagał się więc obrony byłego ministra, a nie jego atakowania.
Wtedy Mateusz Morawiecki otwarcie stanął po stronie Lorka. Bronił posła, który w skali ogólnopolskiej jest niemal anonimowy — i nie dlatego, że Lorek jest filarem stowarzyszenia Rozwój Plus. Chodziło o coś innego. Morawiecki pokazał, że będzie bronił ludzi, którzy podpisali się pod tworzeniem jego zaplecza. Wysłał jasny sygnał: jeśli ktoś jest ze mną, jestem gotów stanąć w jego obronie nawet przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. W tym momencie były premier znalazł się w otwartej kontrze do prezesa PiS.
Zapewnienia, że dyskusja w Sękocinie miała charakter „oczyszczający”, prowadziła do deeskalacji i jednoczyła partię, można dziś włożyć między bajki.
W antymorawieckiej frakcji rośnie przekonanie, że były premier jedynie gra na czas, a docelowo nie wiąże swojej przyszłości z PiS. Sam Morawiecki dzień po posiedzeniu klubu stanowczo temu zaprzeczał: „PiS to moja partia, na pewno z niej nie wyjdę”.
Przekonywał też, że kluczem do sukcesu PiS jest strategia „dwóch płuc”: jednego — centrowego, skupionego wokół niego, i drugiego — ciążącego ku twardej prawicy, związanego z Przemysławem Czarnkiem. Zapewniał, że obie frakcje zgodnie współpracują „w różnych formatach”. Ale w PiS wiary w to jest coraz mniej. Zaczyna dominować przekonanie, że „różne formaty” zamienią się ostatecznie w różne partie.

