Narzekanie na „państwo z kartonu” stało się już nieco rytualne, lecz w tym wypadku jest bardzo prawdziwe. Tolerowanie fabryk dyplomów — takich jak ta, którą opisujemy w najnowszym „Newsweeku” — ma druzgocące skutki dla całego systemu edukacji.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Szanowny panie premierze,
Chciałbym pana namówić, żeby pan się wściekł.
Jest pan szefem rządu w kraju, w którym w godzinę można zaliczyć semestr studiów. A za dodatkowe 155 zł dostać nawet zaświadczenie zgodne z zasadami podlegającego panu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Sam tę drogę przeszedłem, panie premierze. Renata Kim pokazała mi stronę Wyższej Szkoły Kształcenia Zawodowego, wybraliśmy kierunek studiów podyplomowych „zarządzanie kapitałem ludzkim”, zapłaciliśmy 929 zł i właściwie było po wszystkim. Nie wysłuchałem ani jednego wykładu, nie spędziłem ani sekundy na nauce, na pytania w testach odpowiadałem metodą na chybił trafił. Niektóre musiałem wypełniać dwa razy, owszem. Ale pytania się nie zmieniały, więc po godzinie miałem zaliczony pierwszy semestr i prośbę o przesłanie dokumentu potwierdzającego wykształcenie.
Szanowny panie premierze, od lat opisujemy w „Newsweeku” kolejne przykłady nieuczciwych uczelni wyższych, które de facto sprzedają dyplomy. Za cykl tekstów o Collegium Humanum Renata Kim dostała wszystkie możliwe nagrody dziennikarskie, to jedna z najgłośniejszych afer tej dekady.
Ta sprawa była tak głośna, bo nie oszczędziła żadnego środowiska. Młodzi i starzy, z miast i wsi, z PiS, z PO i z każdej innej partii — okazało się, że wszyscy chętnie korzystali z drogi na skróty. Skala była tak olbrzymia, że nakazał pan, by ludzie, którzy ukończyli tę osławioną już uczelnię, nie mieli wstępu do spółek skarbu państwa. Miałem wówczas nadzieję, że to początek zmian systemowych, że rozwiązanie tego problemu stanie się, jeśli nie priorytetem pana gabinetu, to chociaż resortu, który odpowiada za szkoły wyższe.
Dziś ta uczelnia, choć pod zmienioną nazwą, wciąż działa, wciąż wydaje dyplomy.
Nie chcę nadużywać słowa „mafia”, ale proszę zobaczyć, jak to wygląda. Studenci i studentki udają, że się uczą (bo nie wierzę, że ktokolwiek uważa, że pracując w ten sposób, można uzyskać jakikolwiek tytuł naukowy), wykładowcy i wykładowczynie udają, że nauczają, szkoły udają, że oferują wiedzę, a ministerstwo udaje, że tego wszystkiego nie widzi. Nikomu to nie przeszkadza, interes się kręci, wszyscy są zadowoleni.
Narzekanie na „państwo z kartonu” stało się już nieco rytualne, lecz w tym wypadku jest bardzo prawdziwe. Przecież te uczelnie mają adresy i pracowników, muszą wystarać się o akredytację, pewnie odprowadzają nawet podatki. Dlaczego nikt tych szkół nie kontroluje? A jeśli kontroluje, to dlaczego nie nakłada kar? Inaczej: dlaczego służby nie reagują na łamanie prawa?
Szanowny panie premierze, od października jestem słuchaczem studiów MBA na jednej z państwowych warszawskich uczelni. Wraz z innymi 70 osobami mamy 500 godzin zajęć w trzy semestry i prace do wykonania poza zajęciami. Ostatnio miałem pierwszy egzamin. Trwał dłużej niż zaliczenie całego semestru na WSKZ.
Rzetelnych placówek — prywatnych i państwowych — jest mnóstwo. Ale w rywalizacji z nieuczciwymi uczelniami stoją na straconej pozycji. Przecież te drugie są tańsze i łatwiejsze do ukończenia. Dalszy ciąg wyobrazić sobie łatwo: uczelniom coraz trudniej będzie zachęcić kolejnych studentów i utrzymać poziom nauczania. Słowem: tolerowanie fabryk dyplomów ma druzgocące skutki dla całego systemu edukacji.
Na wspomnianym WSKZ można ukończyć także kierunki: fizykoterapia i masaż; diagnoza, terapia i pomoc psychologiczno-pedagogiczna; wspomaganie rozwoju dzieci w żłobkach i przedszkolach. Jeśli brakuje argumentów, to podaję dodatkowy. Ludzie, którzy dostają dokument potwierdzający wykształcenie na wyżej wymienionych kierunkach, są po prostu groźni dla otoczenia.
Absurd tej sytuacji polega na tym, że to właśnie państwo powinno być najbardziej zainteresowane likwidacją nieuczciwych fabryk dyplomów. Nie tylko dlatego, że stan uczelni wyższych i poziom nauki to wartości same w sobie. Przecież ludzie z szemranymi dyplomami zgłaszają się także do pracy w administracji publicznej.
Szanowny panie premierze, wiem, że edukacją (podobnie jak służbą zdrowia) nie wygrywa się wyborów. Że to temat, który z jednej strony dotyczy nas wszystkich, ale jest też mało efektowny, trudno na nim coś ugrać. Jednocześnie rozwiązanie problemu patouczelni nie wydaje mi się skomplikowane, wystarczy chcieć. Dobrym początkiem byłoby, gdyby się pan wściekł.