Rozpad Polski 2050 wcale nie musi oznaczać końca Szymona Hołowni w polityce.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Mieli być inni, obywatelscy i transparentni. Lepsi od „starych” partii, które od dwóch dekad tłuką się o władzę. Skończyli jako polityczni degeneraci, kupcząc państwowymi posadami, oskarżając się nawzajem o oszustwa, defraudacje i fałszowanie wyborów. Polska 2050 rozpadła się w Polsce roku 2026 — a różnica między jej dalekosiężną nazwą a szybką datą zgonu jest symbolem upadku.
Ta droga zaczęła się w 2020 r., gdy telewizyjny celebryta i medialny kaznodzieja Szymon Hołownia postanowił zostać prezydentem. I miał na to szanse. Koalicja Obywatelska wystawiła w tamtych, pandemicznych wyborach Małgorzatę Kidawę-Błońską, która dołowała w sondażach. Gdyby Hołownia wszedł do drugiej tury, elektorat antypisowski mógł mu dać zwycięstwo nad Andrzejem Dudą.
Ale nie było takiej drugiej tury — Platforma i PiS po cichu się dogadały w sprawie przełożenia wyborów, a elementem ich dealu była możliwość podmiany Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego. To całkowicie zmieniło kampanię. W drugiej turze standardowo kandydat PiS spotkał się z kandydatem KO i — jak to zazwyczaj bywa — wygrał.
Z jednej strony na fali tamtego poparcia Hołownia zbudował partię. Ale paradoksalnie w tamte wybory wpisana była także jego dzisiejsza klęska, bo uznał, że to przez wejście Trzaskowskiego do wyborów nie został prezydentem. Nigdy mu tego nie zapomniał i szukał okazji do rewanżu. Odrzucał wszystkie oferty współpracy — a po wyborach na tapecie był projekt wspólnej partii Trzaskowski/Hołownia/Kosiniak-Kamysz. Torpedował też oferty jednej listy wyborczej z KO przed wyborami do Sejmu w 2023 r. Wybrał koalicję z PSL — Trzecią Drogę.
Po wyborach Trzecia Droga weszła do koalicji rządzącej, ale Hołownia wciąż miał obsesję Trzaskowskiego. Został marszałkiem Sejmu tylko po to, aby na stałe lansować się przed wyborami prezydenckimi.
Nie pilnował partii, którą założył tylko po to, aby mieć pieniądze i struktury na wybory prezydenckie. Polska 2050 była bodaj pierwszą partią, która zaraz po premierowym wejściu do Sejmu zaczęła współrządzić. To ją zdegenerowało. Rozdawaniem państwowych posad swoją siłę w partii zbudowały ministry Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Paulina Hennig-Kloska.
Hołownia tego widzieć nie chciał. Wyraźnie izolował się od ludzi, którzy byli z nim podczas wyborów w 2020 r., z którymi tworzył partię i wchodził do Sejmu. Coraz większy wpływ miał na niego Michał Kamiński — oficjalnie senator z ramienia PSL, w praktyce dawny pisowiec, który po cichu wznowił współpracę ze swym wieloletnim kumplem, spin doktorem PiS Adamem Bielanem.
W ten sposób Hołownia stał się marionetką Kamińskiego i Bielana, którzy w kolejnej kampanii prezydenckiej pracowali dla Karola Nawrockiego. Odpowiednio łechcąc przerośnięte ego Hołowni, stworzyli z niego w kampanii narzędzie do ataków na Trzaskowskiego. Momentem przełomowym było wtargnięcie Hołowni na debatę do Końskich, na którą Trzaskowski wyzwał Nawrockiego.
Hołownia zupełnie nie dostrzegł, jak bardzo sam traci na tych atakach, do końca wierzył, że wejdzie do drugiej tury. Poległ w pierwszej z wynikiem 4,99 proc., gorszym od Grzegorza Brauna.
Ponieważ w Koalicji Obywatelskiej były wątpliwości co do wyniku wyborów, Bielan i Kamiński znów postanowili wykorzystać Hołownię. Umówili go na nocne biesiady z Jarosławem Kaczyńskim, by dogadać zaprzysiężenie prezydenta, co organizuje marszałek Sejmu. Co w zamian? Może dalsze marszałkowanie? Może posada zagraniczna? A może wspólna koalicja?
Nie dostał niczego.
Dziś wygląda, jakby był politycznie skończony. W wewnętrznej walce o przywództwo partii — z którego pochopnie zrezygnował — Pełczyńska-Nałęcz i Hennig-Kloska rzuciły się sobie do gardeł. To doprowadziło klub Polski 2050 do pęknięcia na pół.
Ale Hołownia skończony być nie musi, przynajmniej nie całkiem. Kluczowe jest to, że szyld i kasa z państwowych subwencji — rocznie prawie 8 mln zł — pozostały przy Pełczyńskiej-Nałęcz, która jest w sojuszu z Hołownią. To wiano, które można wnieść do koalicji przed wyborami w 2027 r. Z kim ta koalicja? A może znów z PSL, które nerwowo rozgląda się, kto tym razem pomoże w przekroczeniu progu wyborczego? A może z Mateuszem Morawieckim, coraz mocniej wypychanym z PiS?
Hołownia może udawać, że jest obrażony na politykę i chce wrócić do dawnego, obfitego życia celebryty i kaznodziei. Ale tak nie jest. Bardziej przypomina Pawła Kukiza, który miał wejść do polityki, załatwić postulaty obywatelskie i wrócić na scenę. Tyle że żadna scena już nie chce Kukiza.





