To 30. Wielkanocny Festiwal Beethovenowski i pierwszy bez Elżbiety Pendereckiej, której obecność na wszystkich koncertach oraz rytuał festiwalowy z nią w roli głównej stanowiły atrakcję nie mniejszą niż artyści. Pytanie o przyszłość tej imprezy jest więc zasadne

To był jej festiwal – przez nią wymyślony i stworzony od podstaw, dzieło towarzyszące Elżbiecie Pendereckiej do ostatnich chwil życia. W momencie tragicznego upadku, który stał się przyczyną jej śmierci, trzymała w ręce plik festiwalowych dokumentów.

Po pierwszych Festiwalach Beethovenowskich niektórzy mieli jej co prawda za złe, że wykorzystując pozycję męża, promuje siebie. Zapominano, że to ona dbała i podtrzymywała ważne kontakty Krzysztofa Pendereckiego, by miał spokój i czas na pracę twórczą. To ona zawiązywała przyjaźnie z artystami, śledziła nowe talenty. Przykładem choćby wieloletnia przyjaźń Krzysztofa Pendereckiego z Mścisławem Rostropowiczem, która zaczęła się od tego, że Elżbieta zmusiła męża, by w nowojorskiej Carnegie Hall poszli do garderoby legendarnego wiolonczelisty pogratulować mu znakomitego występu.

Powołując do życia Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, Elżbieta Penderecka sporo jednak ryzykowała. Patronował jej pomysłowi niemiecki kompozytor, więc do dziś w środowiskach prawicowych pojawiają się głosy oburzenia, że Ministerstwo Kultury dokłada się finansowo do imprezy, która promuje niemiecką, nie zaś polską muzykę

Mało kto pamięta, że przystępując do działań związanych z Wielkanocnym Festiwalem Beethovenowskim, Elżbieta Penderecka zdobyła już pewne doświadczenia organizatorskie. Od 1992 r. pracowała przy Festiwalu im. Pablo Casalsa w San Juan w Portoryko. Krzysztof Penderecki był jego dyrektorem artystycznym, na nią spadły natomiast wszystkie działania menedżerskie.

Historie innych wielkich festiwali na świecie bardzo często tworzyli i tworzą ludzie o silnych osobowościach, sprawujący jednoosobowe kierownictwo. Wielkie święto, jakim jest festiwal w Edynburgu, wymyślił po II wojnie światowej Austriak Rudolf Bing poproszony o to przez władze Edynburga. To Bing także za pieniądze Johna Christiego i w jego posiadłości w Glyndebourne wykreował w latach 30. sławny do dziś festiwal operowy. Nowoczesny kształt festiwalowi w Salzburgu nadał Herbert von Karajan, rządząc nim w sposób niemalże dyktatorski przez ponad 30 lat. Najnowszy przykład to Bayreuth Baroque Festival wykreowany w ostatnich latach przez kontratenora Maxa Emanuela Cenčicia. A w Polsce słynną dziś w Europie Wratislavię Cantans stworzył 60 lat temu Andrzej Markowski, Choć kierował nią zaledwie 10 lat, do jego idei odwołują się nadal kolejni dyrektorzy tej imprezy. Młodszy zaś o dekadę od Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowski letni warszawski Festiwal Chopin i Jego Europa to dzieło prowadzone w każdym najdrobniejszym szczególe przez Stanisława Leszczyńskiego.

Powołując do życia Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, Elżbieta Penderecka sporo jednak ryzykowała. Patronował jej pomysłowi niemiecki kompozytor, więc do dziś w środowiskach prawicowych pojawiają się głosy oburzenia, że Ministerstwo Kultury dokłada się finansowo do imprezy, która promuje niemiecką, nie zaś polską muzykę. Geniusz Ludwiga van Beethovena jednak przezwycięża taką małostkowość. Natomiast promując festiwal, Elżbieta Penderecka wykorzystała istotny atut, jakim są zbiory Pruskiej Biblioteki Publicznej w Berlinie z bezcennymi rękopisami Beethovena, a także m.in. Bacha czy Mozarta, które po II wojnie światowej znalazły schronienie w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie. Ich część została pokazana na wystawie towarzyszącej pierwszemu festiwalowi, wzbudzając przy okazji zainteresowanie zagranicy koncertami.

Festiwal wprowadził mało u nas dotąd praktykowany zwyczaj imprez muzycznych w czasie Wielkiego Tygodnia lub wręcz w same Święta Wielkanocne. W tym szczególnym okresie muzyka może sprzyjać refleksji, pomaga wyciszyć się, buduje przedświąteczną atmosferę

W 1997 r. debiutujący Wielkanocny Festiwal Beethovenowski trwał sześć dni, składał się z ośmiu koncertów, z których tylko dwa były symfoniczne. Wśród wykonawców byli m.in. brytyjski pianista Barry Douglas, którego recital znalazł się i w tegorocznym programie, a także Rudolf Buchbinder uznawany za znakomitego interpretatora utworów Beethovena. Przyjeżdżał potem wielokrotnie, by zagrać m.in. wszystkie jego koncerty fortepianowe czy komplet sonat.

Ten festiwal wprowadził mało u nas dotąd praktykowany zwyczaj imprez muzycznych w czasie Wielkiego Tygodnia lub wręcz w same Święta Wielkanocne. W tym szczególnym okresie muzyka może sprzyjać refleksji, pomaga wyciszyć się, buduje przedświąteczną atmosferę. Gdy po konflikcie z władzami Krakowa impreza przeniosła się w 2024 r. do Warszawy, pustkę po nim Kraków wypełnił innym festiwalem na Wielki Tydzień — Misteria Paschalia, dziś podobny ma też Gdańsk (Actus Humanus), mniej lub bardziej cykliczne koncerty odbywają się w tym czasie w innych miastach Polski.

W pierwszych latach koncerty Festiwalu Beethovenowskiego odbywały się nawet w wielkanocne niedzielę i poniedziałek. W Warszawie Elżbieta Penderecka zrezygnowała z tego, tłumacząc, że w przeciwieństwie do zasiedziałego Krakowa stolica jest miastem z dużą liczbą mieszkańców napływowych, którzy na święta wracają do rodzin. Od ponad 20 lat Festiwal Beethovenowski kończy się zatem w Wielki Piątek, wielkim dziełem dobranym do charakteru tego dnia.

Mimo że festiwal szybko zyskał duże zainteresowanie publiczności, organizatorzy początkowo niezbyt wierzyli w wartość swojej imprezy. Z dumą odnotowywali więc przybycie każdego zagranicznego gościa, jakby to przybysze ze świata na widowni, a nie artyści decydowali o randze festiwalu. A nim zabrzmiała muzyka, trzeba było wysłuchiwać serii przemówień tłumaczonych na języki obce oraz licznych podziękowań dla państwa Pendereckich. Pewnego roku na estradzie w Filharmonii Karkowskiej orkiestra siedziała więc w pełnej gotowości przez trzy kwadranse, nim mogła wreszcie rozpocząć koncert inauguracyjny. Z czasem powitania kolejnych gości i napuszone przemówienia stały się na szczęście krótsze, a muzyka zaczęła być ważniejsza od mów. W Warszawie festiwal stał się już imprezą bardzo rozbudowaną. Rozrósł się do ponad dwóch tygodni, a program zaczął składać się z około 30 koncertów.

Warszawa była miastem z kilku powodów atrakcyjniejszym. Tu Elżbieta Penderecka mogła nawiązać kontakty z zagranicznymi dyplomatami (zainteresowanie okazało się zresztą wzajemne), co ułatwiało sprowadzanie rozmaitych artystów. W Warszawie łatwiej było też o dobre stosunki z poważnym biznesem, co zwiększało szanse zdobycia kolejnych sponsorów. Festiwalowi Beethovenowskiemu od początku miano za złe, że choć dysponuje ogromnym budżetem, to nawet jeśli wynosi on ponad 5 mln zł, jest to nadal mało w porównaniu z finansami, jakimi dysponują festiwale w Salzburgu czy Lucernie, do których aspirował.

Młody polski biznes trzeba było jednak uczyć słuchania muzyki. Wydarzeniem festiwalu w 2004 r. miał być koncert skrzypka Gidona Kremera i jego zespołu Kremerata Baltica, ale Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych zamieniła jego występ w swoją galę. Artysta, którego dorobek to choćby 100 płyt nagranych dla największych firm fonograficznych, musiał czekać ponad godzinę, by zagrać, a kiedy wreszcie wyszedł na scenę, połowa sali wymknęła się do foyer, gdzie właśnie rozpoczął się bankiet. Dziś takie rzeczy się nie zdarzają, festiwal ma swoją publiczność.

Z latami modyfikacji ulegał też program, Beethoven nie zawsze jest najważniejszym bohaterem. Dominuje popularna klasyka — od końca XVIII po początek XX w. Czy zatem wśród ciągle grywanych oraz wydawanych na płytach symfonii i koncertów Beethovena, Haydna, Schuberta, Mendelssohna da się znaleźć dzieło niewyeksploatowane? Festiwal stara się to robić, choćby w ciekawym cyklu wykonań zapomnianych oper, ponadto coraz śmielej sięga po muzykę bliższą naszym czasom. Nadal jednak pozostaje w kręgu twórców, którzy wyrośli z tradycji Beethovena lub do niej się odwoływali.

W ciągu 30 lat na festiwalowej estradzie pojawiło się mnóstwo wybitnych artystów, trudno wyróżniać kogokolwiek. Atrakcją — zwłaszcza w pierwszych latach — były przyjazdy zachodnich orkiestr, które wówczas rzadko odwiedzały Polskę, bo były dla nas po prostu za drogie. Niezwykłych wrażeń dostarczył więc w 2010 r. Paavo Järvi z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen, wykonawszy w ciągu kilku wieczorów wszystkie dziewięć symfonii Beethovena. Oprócz uznanych sław pojawili się też młodzi artyści, którzy dziś są gwiazdami. To tu po raz pierwszy zagrali w Polsce młodziutka wówczas wiolonczelistka Sol Gabetta czy niemiecki pianista Igor Levit. Na festiwal przyjechał z Filharmonikami z Rotterdamu Yannick Nézet-Séguin na długo przed tym, nim stał się najbardziej rozchwytywanym dyrygentem świata.

W dniach festiwalu Elżbieta Penderecka na koncerty przychodziła najwcześniej ze wszystkich i w Filharmonii Narodowej czy w Teatrze Wielkim stawała przy wejściu, by witać gości. Na sali miała swoje miejsce na balkonie, gdzie można było podejść i porozmawiać, rozmowy kontynuowała w tzw. saloniku rządowym

Artystów wynajdywała przede wszystkim Elżbieta Penderecka. — Zwracała uwagę na pojawiające się talenty. Miała niesamowitą pamięć do twarzy i nazwisk i dla każdego potem miała czas — mówi jej wieloletni współpracownik Andrzej Giza, od niedawna dyrektor festiwalu i prezes Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena. — Dziennie produkowała kilogramy korespondencji do ludzi z całego świata. Ja na rozmowy przyjeżdżałem do niej zwykle wieczorem, a ona wciąż jeszcze coś pisała, Krzysztof Penderecki się złościł, mówił, że „chce mieć Elżbietkę na kolacji”, a my i tak kończyliśmy spotkania po północy.

W dniach festiwalu natomiast na koncerty przychodziła najwcześniej ze wszystkich i w Filharmonii Narodowej czy w Teatrze Wielkim stawała przy wejściu, by witać gości. Na sali miała swoje miejsce na balkonie, gdzie można było podejść i porozmawiać, rozmowy kontynuowała w tzw. saloniku rządowym. A po koncercie jechała na spotkania czy kolację w mniej lub bardziej licznym gronie z artystami i przyjaciółmi festiwalu. Następnego zaś dnia od rana prowadziła oficjalne rozmowy.

Takim oto rytmem toczyło się co roku życie festiwalowe. Po dwóch dekadach zaczęło być jednak coraz bardziej przewidywalne. A przecież gusta odbiorców się zmieniają. Romantyczny idiom staje się coraz bardziej obcy nowym pokoleniom, wiedzą o tym szefowie wielu filharmonii, starający się odświeżyć ofertę koncertową. Próbował to też robić Festiwal Beethovenowski, otwierając się na muzykę naszych czasów, w tym oczywiście na twórczość Krzysztofa Pendereckiego. Wykonania jego wielkich dzieł — „Dies Illa” czy „Pasji według św. Łukasza” mocno zapisały się w pamięci.

Zaszkodziły festiwalowi czas pandemii, a potem śmierć Krzysztofa Pendereckiego i ciężka choroba Elżbiety Pendereckiej. Wydawało się, że nie wróci już do pełnej sprawności, a jednak ogromnym wysiłkiem pokonała trudności i edycja w 2025 r. okazała się nad wyraz interesująca. Stało się tak i dlatego, że wyraziście wrócono do pomysłu zakładającego, że każdego roku festiwal powinien skupiać się na wiodącym temacie. W przeszłości niezależnie od wybranego motta festiwal był jednak głównie prezentacją pozyskanych orkiestr, zespołów i solistów, rok temu odbył się pod hasłem „Beethoven i wielka poezja”, stając się nader ciekawym przeglądem liryki wokalnej, nie tylko niemieckiej.

Nie zmienia to faktu, że po śmierci Elżbiety Pendereckiej festiwal znalazł się na zakręcie. Jubileuszową 30. edycją oczywiście zaprogramowała ona. Ale nowy dyrektor Andrzej Giza już mówi: — Chciałbym, aby ten rok stanowił zapowiedź ewolucji. W pierwszych latach festiwal wprowadzał pewien ferment artystyczny, pokazywał nową jakość i nazwisko Elżbiety Pendereckiej powinno nadal kojarzyć się z Wielkanocnym Festiwalem Beethovenowskim. Z drugiej strony bardzo ceniłem sobie rozmowy ze współtwórcą koncepcji festiwalu, prof. Mieczysławem Tomaszewskim, który na kilka tygodni przed śmiercią [zmarł w 2019 r. — red.] apelował do mnie, aby pamiętać, jakie były jego założenia programowe: miał być festiwalem dla aspirującej publiczności, który ją wychowuje i proponuje program, dzięki któremu ta publiczność chętnie wraca. Powinniśmy być wierni tej myśli profesora.

Zapowiedź pewnych zmian niesie już choćby ten rok, gdy na koncercie inauguracyjnym z IX Symfonią Beethovena zadebiutuje na festiwalu Marzena Diakun, dyrygentka o ustalonej renomie w europejskim życiu muzycznym. Znacznie ważniejszy będzie jednak kolejny rok — 2027, kiedy świat będzie obchodził 250. rocznicę śmierci Beethovena. A tego kompozytora warto dzisiaj słuchać. Powinien być nam on bliski, bo żył w czasach gwałtownych przemian politycznych, społecznych, religijnych i artystycznych. Upadały idee, systemy wartości, mnożyły się utopijne wizje i jakże to podobne jest do naszej epoki. A w tym zamęcie Beethoven wprowadził muzykę na zupełnie nowe tory.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version