Zdjęcia statku kosmicznego obcych mają się znaleźć wśród rządowych raportów, które kazał ujawnić Donald Trump. Naukowcy wątpią, by dokumenty rozstrzygnęły kwestię tego, czy odwiedzają nas nieznani bracia.
Departament Wojny dysponuje fotografiami latającego obiektu, który nie przypomina żadnego urządzenia znanego ludzkości — twierdzi były podsekretarz obrony ds. wywiadu Christopher Mellon. Wtóruje mu obecny dyrektor CIA John Ratcliffe, podkreślając, że satelity zarejestrowały, jak tajemniczy obiekt „dokonuje manewrów niedających się wyjaśnić przy obecnym stanie wiedzy i niemożliwych do powtórzenia z braku adekwatnych technologii”.
Prezydent Trump, zapowiadając decyzję o odtajnieniu akt, uznał, że „nada ona zupełnie nowy wymiar debacie na temat obcych cywilizacji, UFO oraz innych zjawisk wchodzących w zakres tej niezwykle złożonej problematyki”. Innymi słowy: władza buduje napięcie niczym Hollywood przed premierą bardzo kosztownego letniego hitu. Powiedzmy, o kosmitach właśnie.
Wina Obamy
Administracja zarejestrowała witryny Alien.gov i Aliens.gov, które chwilowo zieją iście kosmiczną pustką — wyszukiwarka nawet ich nie otwiera. Rzeczniczka Białego Domu Anna Kelly, spytana dlaczego, odparła: „Prosimy o cierpliwość”. Będzie potrzebna, bo realizację prezydenckiego dekretu nadzoruje szef Pentagonu Pete Hegseth, którego wojna z Iranem niewątpliwie odciągnęła od tematyki UAP (niezidentyfikowane zjawisko powietrzne — oficjalna nazwa UFO). Trump kazał ujawnić wszystko, co rząd wie, po tym, jak Barack Obama wywołał medialną burzę, mówiąc podcasterowi Brianowi Tylerowi Cohenowi, że „wierzy w istnienie życia poza Ziemią, ale nie widział dowodów potwierdzających przypuszczenia”.
Gorączka wokół ukrywanej rzekomo przez władzę wiedzy o pozaziemskim życiu raz po raz opanowuje Amerykę
Foto: 3000AD / iStock
Obsesyjnie nienawidzący poprzednika Trump najpierw oskarżył go o bezprawne ujawnienie tajemnicy państwowej, a następnie pozazdrościł rozgłosu. Decyzję wydał „wskutek ogromnego zainteresowania sprawą”. Choć też nie do końca, ponieważ Kongres przyjął rok temu ustawę o transparentności informacji na temat UAP (UAP Transparency Act), która zobowiązuje prezydenta do odtajnienia całej rządowej dokumentacji i opublikowania jej w internecie przed upływem 270 dni. Ustawodawcy drążą temat od ponad sześciu lat. Szczególnie republikanin Tim Burchett z Tennessee inicjujący kolejne przesłuchania na Kapitolu.
„Chodzi o bezpieczeństwo żołnierzy i narodowe interesy USA — tłumaczył Burchett dziennikarzom. — Nasi liderzy przez dekady arogancko tuszowali fakty, zakładając, że obywatele są zbyt głupi, by powiedzieć im prawdę”. Zaproszony przez reprezentanta Tennessee na posiedzenie kongresowej komisji nadzoru rządu były major Narodowej Agencji Wywiadu Geoprzestrzennego (NGA) i supertajnego Narodowego Biura Rozpoznania (NRO) David Grusch zeznał pod przysięgą, że władze dysponują ciałami kosmitów oraz ich statkiem. Wprawdzie rozbitym, lecz eksperci zdołali opracować na bazie szczątków technologie, które przekazali kompleksowi militarno-przemysłowemu.
Były agent nie chciał publicznie skomentować wcześniejszych enuncjacji, jakoby służby specjalne mordowały Amerykanów zaangażowanych w badania nad UFO i pragnących ujawnić prawdę. Obiecał, że straszliwą wiedzą podzieli się w specjalnej komorze informacji poufnej (Sensitive Compartmented Information Facility). Uniemożliwia ona obserwację z zewnątrz, podsłuch klasyczny tudzież elektroniczny, a także pokonanie zabezpieczeń cyfrowych przez hakerów.
Prócz Gruscha o bliskich spotkaniach z UAP opowiadali kongresmenom emerytowani piloci marynarki wojennej David Fravor i Ryan Graves. Pierwszy pełnił służbę na lotniskowcu USS Nimitz u wybrzeży Kalifornii. Jesienią 2004 r. dostrzegł owalny obiekt długości ok. 12 m poruszający się z zawrotnym przyspieszeniem. Porucznik Graves widział podobne zjawiska dekadę później, stacjonując w położonej koło Virginia Beach bazie Oceana. Twierdzi, że „ciemnoszary bądź czarny sześcian umieszczony wewnątrz przezroczystej kuli” wleciał między dwa patrolujące wybrzeże samoloty F-18 i zmusił je do ucieczki.
Według Gravesa takie zdarzenia mają miejsce bardzo często, ale piloci nie chcą ich zgłaszać, by nie narazić się na kłopoty, np. dodatkowe badania okulistyczne lub psychiatryczne. Porucznik dodał, że Pentagon rutynowo utajnia zapisy wideo niewytłumaczalnych zjawisk, „jeszcze bardziej zaciemniając obraz sytuacji i podsycając społeczną nieufność wobec rządu”. Wojskowi zgodnie powtarzali, że UAP zdają się dysponować niewyczerpanymi źródłami zasilania i mogą przez cały dzień wykonywać błyskawiczne zwroty wymagające niebywałej mocy oraz skutkujące ogromnymi przeciążeniami. Nie sprecyzowali, czy świadczy to o tym, że mamy do czynienia z urządzeniami bezzałogowymi, czy raczej o nieludzkiej wytrzymałości istot znajdujących się na pokładzie.
Technologia z roku 3026
W 2007 r. wywiad wojskowy (DIA) utworzył Program Identyfikacji Zaawansowanych Zagrożeń Przestrzeni Powietrzno-Kosmicznej (AATIP). Dekadę później kierujący nim Luis Elizondo zrezygnował z funkcji. Ponoć nie mógł dłużej godzić się na ukrywanie przed opinią publiczną mrożących krew w żyłach faktów. Dziennikarzom „New York Timesa” powiedział, że zagrożenie jest większe, niż sądzimy, bo zdarzały się m.in. przypadki zakłócania przez UAP systemów kontroli amerykańskich instalacji jądrowych. „Mamy do czynienia z technologią o wiele generacji bardziej zaawansowaną niż nasza — orzekł Elizondo. — Nie potrafimy nawet ustalić, czy chodzi o 50, czy 1000 lat różnicy”.
Obama, który miał dostęp do najpilniej strzeżonych tajemnic, przyznał, że istnieją zapisy wideo dowodzące istnienia tajemniczych obiektów, lecz „nie wiemy, czym są, jakim sposobem się poruszają ani dlaczego wybierają niezrozumiałe z naszego punktu widzenia trajektorie”. Obecny sekretarz stanu Marco Rubio jako szef senackiej komisji wywiadu włączył nakaz ujawnienia raportów do ustawy budżetowej. Wyjaśniał, że rząd boi się ośmieszyć, traktując poważnie problem zielonych ludzików, tymczasem musi on „zostać kompetentnie i wyczerpująco zbadany, skoro osoby, którym powierzyliśmy obronę kraju, napotykają statki powietrzne o parametrach deklasujących nasz sprzęt”.
W rezultacie światło dzienne ujrzał raport Grupy Zadaniowej ds. Niewytłumaczonych Zjawisk Powietrznych potwierdzający, że UAP stanowią obiekty materialne, a nie zjawiska świetlne, złudzenia optyczne lub przywidzenia. Wśród 144 niepokojących meldunków, które składali piloci wojskowi w latach 2004-2021, tylko jeden udało się wyjaśnić prosto i banalnie — instrumenty pokładowe zgłupiały za sprawą uszkodzonego balonu. 18 obiektów wykazywało cechy świadomie sterowanych urządzeń latających. „Nie ulegały prądom atmosferycznym, poruszały się pod wiatr, wykonywały skomplikowane manewry z dużą prędkością przy braku widocznych źródeł napędu”.
Eksperci odrzucili tezę, że chodzi o eksperymenty obcych armii z nowymi rodzajami broni. Potwierdzili natomiast, że piloci nie ulegali złudzeniom, a jednoczesne zakłócenie wszystkich układów namierzających — radarów, termowizorów, celowników elektrooptycznych itd. — nie wchodzi w grę, bo działają autonomicznie. Nieujawnione dotychczas materiały wideo wskazują, że obiekty różniły się kształtem i wielkością, a nietypowe trajektorie „mogły stanowić efekt wykorzystania zaawansowanych technologii”. Najczęściej ukazywały się w okolicach baz morskich i lotniczych, powodując ryzyko zderzenia z samolotami wojskowymi i pasażerskimi.
Po odejściu Elizondo AATIP kierował wspomniany Chris Mellon. Wcześniej jako kierownik departamentu nadzorującego wywiad wojskowy nie tylko sortował informacje o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju, ale także uczestniczył w planowaniu operacji służb specjalnych. Trudno przypuszczać, że tego typu zadania wykonywał za rządów dwóch prezydentów — Billa Clintona i George’a W. Busha — ktoś niezrównoważony psychicznie. Chyba że odbiło mu właśnie od nadmiaru tajemnic. Tak czy inaczej zrobił to, co poprzednik. Zrezygnował z funkcji, a następnie opublikował w „Washington Post” alarmujący tekst „Wojskowi wciąż napotykają UFO. Czemu Pentagon udaje obojętność?”.
Rewolucja w astronomii
Za mądrzejszymi i szlachetniejszymi kosmicznymi braćmi, którzy wyciągną ku nam pomocną dłoń, tęsknimy od zarania dziejów. Już Demokryt i Epikur uważali, że we wszechświecie koegzystuje ogromna liczba cywilizacji. Średniowieczni teologowie snuli przypuszczenia, że Jezus odwiedził wszystkie światy, by zbawić ich mieszkańców. Współcześni naukowcy uważają wręcz za nieprawdopodobne, by życie powstało tylko na Ziemi.
Kosmitów zaczął szukać w 1960 r. Frank Drake z Cornell University. Badania zwane Projektem Ozma (od imienia księżniczki władającej Krainą Oz) prowadził przy użyciu radioteleskopu o średnicy 26 m umieszczonego w Green Bank (Wirginia Zachodnia). Analizował szum radiowy z okolic gwiazd Tau Ceti i Epsilon Eridani, które dzieli od Słońca odpowiednio 10,5 i 11,9 lat świetlnych. Wybrał 7200 kanałów (zakresów) o szerokości 100 Hz rozłożonych wokół centralnej częstotliwości 1420 MHz. Nagrywał sygnały na kasety magnetofonowe, które odsłuchiwał przez standardowy głośnik, szukając sekwencji bądź modulacji.
Drake stworzył także używany do dziś algorytm, który pozwala określić, ile zaawansowanych technologicznie cywilizacji może istnieć w naszej Galaktyce. Wziął pod uwagę potencjał komunikacyjny obcych, szybkość powstawania gwiazd i odsetek tych, które mają planety, średnią liczbę planet znajdujących się w ekosferze gwiazdy, procent ciał niebieskich należących do ekosfery oraz biologicznie aktywnych, odsetek zamieszkanych przez istoty rozumne, średni czas istnienia cywilizacji oraz kilka innych czynników. Zależnie od przyjętych wielkości wynik oscylował między 1 a 250 tys.
Nowe technologie kompletnie zmieniły parametry równania, bo planet jest znacznie więcej, niż zakładał Drake. Prawdziwszy obraz wszechświata poznaliśmy dzięki teleskopowi Hubble’a, natomiast umieszczony na orbicie wiosną 2009 r. teleskop Keplera wręcz zrewolucjonizował astronomię. Badacze znaleźli już 6150 planet w 4575 układach, ponad 8 tys. rozpoznanych czeka na oficjalne zatwierdzenie. Według ostrożnych ocen przynajmniej jedna planeta towarzyszy co drugiej gwieździe. Tych może być w Drodze Mlecznej nawet 400 mld, a wszechświat zawiera ich prawdopodobnie 70 tryliardów.
Magnetofon kasetowy Drake’a zastąpiły wyposażone w AI komputery analizujące równocześnie setki milionów kanałów — od częstotliwości radiowych po promieniowanie gamma. Szanse wychwycenia sygnału niosącego informację wzrosły niepomiernie, choć nasłuch utrudnia coraz głośniejszy szum ziemskich urządzeń telekomunikacyjnych. I nie tylko. Naukowców z australijskiego Parkes Observatory zelektryzowały ewidentnie modulowane impulsy nadchodzące regularnie co 24 godziny. Niestety, okazały się skutkiem otwierania mikrofalówki, nim skończy podgrzewać jedzenie, występującym codziennie w porze lunchu.
Rząd USA odciął finansowanie, lecz prace kontynuuje prywatny Instytut SETI (Search for Extra-Terrestrial Intelligence) wspierany przez miliardera Yuriego Milnera, który na szukanie obcych przeznaczył 100 mln dol. Dużo? Kwestia perspektywy. Twórca platformy VK, a następnie funduszu DST zapłacił tyle samo za dom w kalifornijskim Los Altos Hills. Lęk, czy nie zapraszamy kosmicznych najeźdźców, budzą natomiast inicjatywy METI (Messaging to Extra-Terrestrial Intelligence), czyli słanie w próżnię zero-jedynkowych komunikatów o życiu na Ziemi.
Mimo pozornego milczenia kosmosu badacze są dobrej myśli. — Żeby znaleźć nowych przyjaciół, trzeba przeczesać co najmniej milion układów gwiezdnych, a na razie obserwujemy tysiące — tłumaczy astrofizyczka Jill Tarter. — Wyciąganie na podstawie dotychczasowych obserwacji wniosku, że we wszechświecie nie ma innych cywilizacji, przypominałoby zaczerpnięcie szklanki wody z morza i stwierdzenie, że nie ma tam ryb.
Eksperci SETI sceptycznie traktują raporty o spotkaniach z obcymi na Ziemi. Ich zdaniem lotnicy biorą za UAP złudzenia optyczne wywołane promieniami słońca padającymi na soczewki instrumentów nawigacyjnych pod określonym kątem, a ponadto stada ptaków, chmury, balony, meteory, drony. — Skoro w przestrzeni powietrznej krąży tyle obcych statków, dlaczego żadnego nie zarejestrowały tysiące satelitów? — pyta starszy specjalista instytutu Seth Shostak. Cóż, według Mellona zarejestrowały, a Trump ujawni fotografie.
I komu wierzyć?




