Wydawać by się mogło, że niewiele się zmieniło. W poniedziałek amerykański Sąd Najwyższy orzekł w sprawie Rebekki Kelly Slaughter, byłej szefowej Federalnej Komisji Handlu (FTC), zwolnionej w ubiegłym roku przez Donalda Trumpa. Okazuje się, że to wystarczyło, by wstrząsnąć systemem politycznym w Stanach Zjednoczonych.
Slaughter uznała, że jej dymisja narusza orzeczenie Sądu Najwyższego z 1935 r., które ograniczało prawo prezydenta do kontroli niezależnych agencji rządowych. Poniedziałkowa decyzja cofnęła decyzję z czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta i dała Trumpowi władzę nad tym, jak funkcjonują instytucje chroniące Amerykanów poprzez swobodę odwoływania ich szefów.
Amerykański prezydent ma za mało władzy?
To kolejne zwycięstwo amerykańskiej prawicy i zwolenników tzw. teorii jednolitej władzy wykonawczej – koncepcji amerykańskiego prawa konstytucyjnego promowanej przez konserwatywną myśl prawną, która uważa, że prezydent ma nieograniczoną kontrolę nad władzą wykonawczą.
Mówiąc najprościej, według nich prezydent ma prawo do kierowania pracami wszystkich agencji rządowych oraz odwoływania urzędników, którzy w nich pracują, wedle uznania. Także osób, które nimi kierują, jeśli głowa państwa uzna, że nie realizują jego polityki.
Od czasów prezydentury Reagana zwolennicy tej koncepcji poszerzali swoje wpływy w Sądzie Najwyższym. Niegdyś samotną walkę o jej stosowanie toczył nieżyjący już konserwatywny sędzia Antonin Scalia – człowiek uważany za głównego ideologa teorii jednolitej władzy wykonawczej. Dziś dziedzictwo Scalii wciela w życie przewodniczący Sądu Najwyższego John Roberts, a wspierają go w tym inni konserwatyści w tej instytucji, którzy stanowią tam większość.
W swoim poniedziałkowym uzasadnieniu wyroku, pod którym podpisało się pozostałych pięciu konserwatywnych sędziów, Roberts wprost odwołał się do tej koncepcji, uznając, że twórcy konstytucji powierzyli władzę wykonawczą jednej osobie, czyli prezydentowi, a podlegli mu urzędnicy są odpowiedzialni wyłącznie przed nim i mogą być przez niego odwołani.
Czego chcieli Ojcowie Założyciele?
Od dekad trwa w USA debata wokół teorii jednolitej władzy wykonawczej.
Jej zwolennicy podkreślają, że niepodzielne rządy prezydenta wzmacniają odpowiedzialność jednej osoby wybranej w demokratycznych wyborach, a nie rozmywają jej wśród niepochodzących z wyboru urzędników. Pozwala ona również na zdecydowane działania prezydenta w czasie kryzysu i gwarantuje spójną politykę podporządkowaną wizji prezydenta. Powołują się przy tym na intencje ojców założycieli.
Przeciwnicy także odwołują się do ludzi, którzy w XVIII w. tworzyli podwaliny państwa amerykańskiego. Wskazują, że nie po to obalali rządy brytyjskiego króla, by oddać je w ręce scentralizowanej monarchicznej władzy. Dlatego stworzyli system z rozproszoną władzą.
W ich przekonaniu teoria jednolitej władzy wykonawczej oznacza demontaż mechanizmów kontroli i równowagi władz oraz prowadzi do wyeliminowania niezależności instytucji kontrolnych i znacznego ich upolitycznienia.
Na ten ostatni argument powoływała się Slaughter w wywiadzie dla CNN. – FTC jest agencją, którą Kongres powołał jako organ ponadpartyjny, wieloosobowy i niezależny, aby była ona w stanie kontrolować najpotężniejsze korporacje w kraju i uniemożliwiać im osiąganie przewagi poprzez oszukiwanie i okłamywanie Amerykanów oraz wzbogacanie się kosztem obywateli – stwierdziła.
Zresztą powołanie Komisji Handlu w 1914 r., w przekonaniu jednego z jej architektów, senatora Francisa Newlandsa, miało położyć kres wielkim trustom przemysłowym, które nie tylko niszczyły konkurencyjność kapitalizmu, ale też korumpowały system polityczny.
Krytycy ostrzegają, że poszerzenie władzy prezydenckiej na organy kontroli, zwłaszcza przy administracji Trumpa, która demontuje kolejne regulacje dla wielkiego biznesu, grozi właśnie tym – skorumpowaniem systemu politycznego. Może też oznaczać mniejszą ochronę obywateli przed nadużyciami pozbawionych nadzoru korporacji.
„Decyzja ta otwiera drogę do dominacji prezydenta nad niezależnymi agencjami, które Kongres powołał w celu ochrony obywateli przed oszustwami korporacyjnymi, korupcją finansową, atakami na prawa pracownicze oraz innymi formami nadużyć skumulowanej władzy ekonomicznej i politycznej” – napisał w oświadczeniu demokrata z Izby Reprezentantów Jamie Raskin.
Emily Peterson-Cassin z Consumer Federation of America stwierdziła w oświadczeniu, że „konsekwencje tej decyzji wykroczą daleko poza FTC, wprost narażając na ryzyko niezależność agencji, które chronią nasze zdrowie, bezpieczeństwo, finanse i wolność gospodarczą„.
„Mówiąc krótko, nasz autorytarny prezydent właśnie dostał do rąk narzędzia, by stać się jeszcze bardziej autorytarnym, a długoterminowe konsekwencje bez wątpienia będą katastrofalne” – stwierdziła Rachel Rossi, prezeska Alliance for Justice.
Sędzia Sonia Sotomayor w swoim zdaniu odrębnym do decyzji SN napisała wprost, że orzeczenie „daje prezydentowi władzę nieznaną nawet angielskiej Koronie, przeciwko której zbuntowali się Ojcowie Założyciele„. Potężne oskarżenie w przededniu świętowania przez Stany Zjednoczone 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości.
Strach przed gospodarczą katastrofą
Ustrojowe zawirowania wywołane przez Sąd Najwyższy mają jednak wyraźny wyjątek. Sędziowie postawili władzy Trumpa wyraźną granicę – jego swoboda w doborze kadr nie dotyczy Rezerwy Federalnej (Fed), czyli amerykańskiego banku centralnego. Jakby sędziowie uznali, że oddanie mu kontroli nad kluczową dla gospodarki instytucją to jednak przesada.
Sąd Najwyższy tego samego dnia wydał wyrok w sprawie zwolnienia przez Trumpa Lisy Cook z Rady Gubernatorów – najważniejszego organu decyzyjnego Rezerwy Federalnej.
Prezydent oskarżył Cook o wyłudzenie kredytu na podstawie doniesień jednego ze swoich politycznych nominatów. Choć nie dostała żadnych zarzutów, przekonywał, że ma dowody na jej winę i samo to miało to być wystarczającą podstawą do pozbawienia jej pracy. Sąd Najwyższy uznał, że administracja Trumpa, wbrew prawu, nie dała Cook szansy, by odniosła się do tych zarzutów.
Uznanie, że usuwanie osób zarządzających Fed bez wskazania określonej prawem przyczyny jest niekonstytucyjne, to największa jak dotąd porażka Trumpa w walce o wpływy w amerykańskim banku centralnym. Choć sprawa skupiała się na losach Cook, wyrok Sądu Najwyższego oznacza utrzymanie ochrony Rezerwy Federalnej przed wpływami politycznymi. A Trump nieustannie próbuje je zyskać.
Od długiego czasu prezydent toczy batalię z Fed o obniżenie stóp procentowych. Zdaniem Trumpa są one za wysokie i duszą amerykańską gospodarkę. Przez większą część 2025 r. gniew prezydenta na Rezerwę Federalną skupiał się na jej prezesie Jarome’ie Powellu. Zwolnienie Cook w sierpniu zeszłego roku, która była jedną z osób głosujących w sprawie wysokości stóp procentowych, odebrano jako próbę wymiany jej na osobę lojalną wobec Trumpa.
Decyzja Sądu Najwyższego potwierdziła, że osoby zarządzające bankiem centralnym powinny podejmować decyzje na podstawie danych ekonomicznych, a nie żądań prezydenta.
Nie dziwi więc, że Trump jest rozczarowany. W swoim wpisie w mediach społecznościowych napisał, że orzeczenie Sądu Najwyższego opiera się wyłącznie na kwestiach proceduralnych, a on sam nie zamierza zrezygnować z walki o odwołanie Cook.
Trzy bolesne ciosy dla Trumpa
Rzeczywistość jest jednak taka, że sprawa Cook to kolejny cios w jego wysiłki podporządkowania sobie Rezerwy Federalnej. Nie tylko nie pozbył się Cook, ale Powell, który opuścił już fotel prezesa Fed, zdecydował się zasiąść w Radzie Gubernatorów, blokując miejsce dla nominata Trumpa.
Także następca Powella, Kevin Warsh, zdaniem amerykańskich mediów, nie spełni oczekiwań prezydenta, by obniżyć w tym roku stopy procentowe.
Przynajmniej w kwestii Slaughter może triumfować. Sądząc po liczbie wpisów, które opublikował w jej sprawie, jest zadowolony z poszerzenia swojej władzy. Nawet jeśli Sąd Najwyższy nałożył na jego zapędy wyraźne ograniczenia w innych obszarach.
-
Ukraińcy zostaną przy swoim? „Nie zmusimy ich, by myśleli o UPA jak my”
-
Zełenski wypowiedział pakt o nieagresji z Polską? „Był ostrzegany”


