Cokolwiek teraz się ogląda, nawet rzeczy stare, to wszystko zdaje się aktualne, a przez to przerażające. Człowiek patrzy na serial o gangsterach, rozgrywający się niemal sto lat temu, i widzi, że to opowieść o roku 2026.
W nerwowym drżeniu czekałem na film „Peaky Blinders: Nieśmiertelny”, bo będąc wyznawcą serialu „Peaky Blinders”, wiedziałem, jakie zagrożenia to ze sobą niesie. Bałem się mianowicie katastrofy artystycznej pełnometrażowego finału fenomenalnej opowieści. I stało się — jest katastrofa, a co gorsza nie można powiedzieć, że to piękna katastrofa, bo to katastrofa brzydka, a wręcz paskudna.
Postać Tommy’ego Shelby’ego, gangstera rządzącego międzywojennym Birmingham, została ośmieszona, podobnie jak trzymająca za gardło fabuła serialu. W tym pożal się Boże grande finale historia okazała się mocna jak sparciały balon, który nawet nie może pęknąć, a jedynie syczy żałośnie uchodzącym z niego powietrzem.
Pokrótce, aczkolwiek z niesmakiem, przedłożę tu streszczenie tego zawstydzającego nieszczęścia filmowego. Oto jest rok 1940 i na Anglię spadają niemieckie bomby, w tym na Birmingham, gdzie ginie cała żeńska załoga fabryki amunicji. Samotny i nieszczęśliwy Tommy Shelby ukrywa się przed światem w zapyziałej posiadłości i nie chce mieć nic wspólnego ani z wojną, ani ze swoim synem o imieniu Duke, który został nowym hersztem Peaky Blinders. Duke jest tak zdemoralizowanym bandytą, że wykorzystuje niemieckie bombardowania, żeby rozkradać fabryki, bić rodaków i spiknąć się z Niemcami w celu wprowadzenia do obiegu milionów sfałszowanych funtów. W istocie taka historia miała miejsce: naziści w ramach operacji „Bernhard” naprawdę wyprodukowali stosy fałszywych pieniędzy, by zalać nimi Wielką Brytanię i spowodować załamanie gospodarki, skoro nie mogli rzucić Brytyjczyków na kolana za pomocą Luftwaffe. Historia fenomenalna, bo to było największe fałszerstwo w dziejach, ale nawet to w „Nieśmiertelnym” jest równie ciekawe jak esej o wędkarstwie muchowym.
Tommy Shelby jest taką ruiną człowieka, że nawet zaczyna pisać książkę. To kompletny upadek — dawniej człowiek, którego bali się wszyscy żywi, a nawet wielu umarłych, teraz zamiast naciskać spust pistoletu, stuka w klawisze maszyny do pisania: żałość i wstyd niewysłowiony. Do tego pojawia się nieoczekiwanie nieznana mu bliźniacza siostra jego zmarłej kochanki, która ma relacje z duchami i zajmuje się magią. Nie ma gorszego patentu na ratowanie nędznego scenariusza, jak nieoczekiwane pojawienie się bliźniaczki zmarłej kochanki.
Kiedyś obdarzony niepokojącą urodą Cilliana Murphy’ego Thomas Shelby był Aniołem Zagłady, gdy w zwolnionym tempie szedł przez miasto, z pochyloną głową, z szeroko rozwartymi ramionami i w rozpiętym płaszczu. Był częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro. Ale gdy pragnął czynić dobro, to sprawiał potworne zło, a wokół niego pozostawały już tylko ruiny i zgliszcza. Naturalnie wszyscy zakochali się w Tommym, mimo że był bezlitosnym zabójcą, zakochali się w Peaky Blinders, bo ci mieli styl i fason, przyjęli do swoich domów całą rodzinę Shelbych i kibicowali im nawet przy największych niegodziwościach, jakie ci popełniali.
Brat Tommy’ego Arthur nie dość, że był niepohamowanym psychopatą, to jeszcze do tego kompletnym głupkiem. Szanowałem Tommy’ego, nie znosiłem Arthura, kochałem ciotkę Polly. A to wszystko znaczy, że miałem osobisty stosunek do bohaterów, rzecz w dzisiejszym kinie z jakiegoś powodu coraz rzadsza. Im więcej nowych filmów widzę, tym mniej się angażuję w ich bohaterów.
Wielkość filmu czy serialu poznajemy po doskonałych postaciach drugoplanowych. Dobrą postać głównego bohatera byle amator potrafi sklecić, ale dać wyraziste figury na drugim i trzecim planie, o, to wymaga inteligencji, talentu, a nawet błysku geniusza. I to wszystko miał serial „Peaky Blinders”, nic zaś z tego nie posiada film „Peaky Blinders: Nieśmiertelny”. Ma za to śmiertelną nudę, martwą historię, zmumifikowanych bohaterów.
Postaci Tommy’ego, Arthura, ciotki Polly były napisane, poprowadzone i zagrane fenomenalnie, ale tacy herosi drugiego planu jak płatny zabójca Aberama Gold, a szczególnie Alfie Solomons — to dopiero były perły! Żydowski gangster Alfie to był olimpijski popis Toma Hardy’ego, dowód na to, że człowiek naprawdę może pokochać gangstera, szczególnie gdy ten jest fikcyjny.
Rzecz jednak najważniejsza: bracia Shelby, a także kilku ich zaufanych łajdaków przeszli piekło I wojny światowej, a nie było w dziejach wojen większego piekła niż I wojna światowa. Zostali przez wojnę złamani, mieli klasyczne PTSD i koszmarne sny. Z kontekstu zrozumiałem, że walczyli w bitwie pod Passchendaele, na porośniętych makami słynnych polach Flandrii, które wchłonęły pół miliona zabitych i zostawiły w głowach tych, którzy przeżyli, chaos i obłęd.
I dlatego właśnie bracia Shelby, mimo że są bezlitosnymi gangsterami, gdy w Wielkiej Brytanii rodzi się faszyzm, gdy na scenę wkracza Oswald Mosley ze swoją Brytyjską Unią Faszystów, postanawiają do faszystów strzelać. Oswald Mosley żył naprawdę, naprawdę był faszystą i naprawdę chciał wprowadzić w Wielkiej Brytanii rządy na wzór hitlerowskich. Nic mu się złego nie stało, dożył spokojnej starości i napisał wspomnienia, a ja odnoszę wrażenie, że Mosley powraca dzisiaj, wcielając się w polityków nowej ery, zwanych eufemistycznie populistami.
Oprócz Mosleya, zabójców z Irlandzkiej Armii Republikańskiej, protestanckich Billy Boys, czyli gangusów z Glasgow, pracujących dla faszystów, w serialu pojawiała się również fikcyjna Sekcja D – skrajnie prawicowa organizacja zakonspirowana wewnątrz brytyjskich elit politycznych, biznesowych, kościelnych, wojskowych, zwana też dowcipnie Ligą Ekonomiczną. Sekcja D spiskowała, mordowała, likwidowała nawet pracowników wywiadu, jeśli ci chcieli przeszkodzić w plenieniu się faszyzmu. Umiecie sobie wyobrazić dzisiaj taką organizację wewnątrz jakiegoś formalnie demokratycznego rządu? Ja umiem jak najbardziej.
Mosley, gdy lepiej poznał Tommy’ego, powiedział mu: „Nie ma pan klasycznego wykształcenia, ale stanowi pan idealną równowagę między Dionizosem a Apollinem. Nieracjonalne szaleństwo kontrolowane przez rozum i autorefleksję”. Tommy nie miał klasycznego wykształcenia, ale czytał książki. Na stoliku w jego sypialni leżały „Objaśnianie marzeń sennych” Freuda i „Ryszard II” Szekspira. Nie czytał Nietzschego, to wiemy, bo zapytał go o to Mosley w trakcie jednej z ich diabolicznych rozmów. I diaboliczność Tommy’ego okazywała się anielskością w porównaniu z diabolicznością Mosleya. Tommy chciał zabić serialowego Mosleya, ale mu się to nie udało, bo Mosley go zawsze wyprzedzał o krok i umykał sprawiedliwości ludowej.
Przemowa Mosleya na przyjęciu u Shelbych w piątym sezonie nie była przerażająca dlatego, że Mosley wykrzyczał stek antysemickich i faszystowskich sloganów, ale dlatego, że jego charyzmatyczny popis cynizmu spotkał się z aplauzem zebranej tam eleganckiej i kulturalnej publiczności. Żadnych tam szumowin, ale samej elity, właśnie zakochującej się w człowieku, który woła na koniec „Britain first!”. Mosley to krzyczał w 1929 r., a jakby krzyczał dzisiaj.

